Image Comics
komiks

Invincible #118 [recenzja]

Jeśli nie znacie serii „Invincible”, to tak jakbyście nie wiedzieli czym jest wyborna opowieść. W tym przypadku drobiazgiem jest fakt, że to komiks superbohaterski. Bo tak jak „Żywe Trupy” nie do końca są horrorem, tak „Invincible” nie jest stricte superbohaterszczyzną.

Sto osiemnasty numer drugiego najdłuższego tytułu Kirkmana to doskonały punkt zaczepny dla zupełnie nowych odbiorców (który to już zresztą?). Autor dwoi się i troi aby zwrócić uwagę czytelników, ale nie robi tego po taniości, czyli poprzez głupawe eventy i kontrowersyjne treści podbijające na chwilę sprzedaż. On snuje swą epicką (wierzcie mi, nie używam tego słowa zbyt często) opowieść bez względu na trendy, w sposób przemyślany, planując długofalowo, a w marketingu wykorzystuje zupełnie inne chwyty – ot, na przykład spuszczając cenę zeszytu do ćwierć dolara, a w wersji cyfrowej do zera.

Ci, którzy poprzez niniejszy zeszyt po raz pierwszy zetkną się z tym wyśmienitym tytułem dostaną sześciostronicową infografikę streszczającą dotychczasowe wydarzenia, które z pewnością narobią im tylko apetytu. Zaraz potem otworzy się zupełnie nowy rozdział w życiu Marka Graysona, tytułowego Niezwyciężonego, i jego narzeczonej, Atomowej Evy – rodzicielstwo. Parze rodzi się córeczka, Terra, a ze względu na dramatyczne wydarzenia na Ziemi, wobec których Mark jest bezsilny, postanawiają ją opuścić i osiedlić się na planecie będącej stolicą Koalicji Planet. I tutaj Kirkman zaskakuje po raz kolejny, serwując opowieść pełną gagów i sytuacyjnych dowcipów – czyli czegoś co było w serii obecne zawsze, ale nie w tak skondensowanej ilości. Klozetowe żarty na kartach tego numeru nabierają zupełnie nowego wymiaru, przeurocza Terra zachwyca wyczuciem chwili, a w relacjach damsko-męsko-insektowych aż iskrzy.

Kirkman nie byłby jednak sobą gdyby nie zaserwował kolejnego emocjonalnego rollercoastera. Luźna i zabawna atmosfera w jednej chwili przeradza się w pełne napięcia i dramatyzmu momenty, zwieńczone mocnym cliffhangerem. I nie jest to spowodowane pojawieniem się jakiegoś nowego wroga…

Tego właśnie oczekuję od wzorowej opowieści superbohaterskiej. Nie ciągłego nawalania się po łbach, powrotów odwiecznych wrogów, zmiany płci czy rasy albo kolejnego restartu uniwersum*, ale solidnej historii oddziałującej na emocje na kilku poziomach. „Invincible” to w gruncie rzeczy, podobnie jak „Żywe Trupy”, obyczajówka skupiająca się na relacjach międzyludzkich, ale rozgrywająca się w konwencji superhero. Realistyczna na tyle, ile to możliwe ale też garściami czerpiąca z klasycznych motywów gatunku, odpowiednio przerobionych i podanych. I choć Niezwyciężonemu brak poczucia humoru Spider-Mana, mroku i tajemniczości Batmana  czy nieustępliwości Wolverine’a, on sam, jak i jego przygody, to najlepsze co przydarzyło się superbohaterszczyźnie od czasów „Strażników” i „Powrotu Mrocznego Rycerza”.

Na koniec podzielę się jeszcze mała refleksją. Od dwóch lat w środowisku komiksowym krążą plotki, że „Invincible” ma zostać wydany po Polsku, ale wciąż i wciąż nie mogę doczekać sie konkretów. Z jednej strony rozumiem obawy wydawcy, bo pierwszy tom zawsze decyduje o popularności serii i często zaważa o jej dalszej sprzedaży. A biorąc pod uwagę to, co do tej pory wydarzyło się w tych sto osiemnastu numerach, pierwsze siedem wydaje się być bladym powidokiem obecnie wydawanych uber zajebistych (wybaczcie, tylko to słowo tutaj pasuje) historii. Podobnie sprawa się ma z rysunkami. Cory Walker miał wówczas bardzo oszczędną, mało charakterystyczną kreskę, a Ryan Ottley wyrobił się dopiero gdzieś koło czterdziestego numeru, a czarować zaczął dopiero w okolicach sześćdziesiątego. A więc drodzy czytelnicy, apeluję do Was abyście w momencie debiutu serii w języku polskim, wykazali się odrobiną cierpliwości i dali jej szansę. Gwarantuję, że pokochacie ją równie mocno jak ja.

 

*Oczywiście większość tych elementów w „Invincible” się znajduje, ale są one rozegrane w rozsądny sposób, czasem z jajem a czasem zupełnie zaskakująco i kompletnie inaczej niż w DC czy Marvelu.

[amazon template=add to cart&asin=1632153181]

logo atom comics

Kategorie
komiks
Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.
2 komentarze
  • Zmowa Nienawiści
    18 kwietnia 2015 at 11:43
    Skomentuj

    Ryan Ottley faktycznie zaczął wyrabiać się nieco później, ale obecnie trochę sobie odpuścił, bo kreska nie jest tak dopracowana jak kiedyś. Jest ok, ale m.in. czasem dziwne rzeczy z twarzami się dzieją, czego kiedyś zdecydowanie nie było. Szkoda trochę.

  • Paweł Deptuch
    Paweł Deptuch
    30 kwietnia 2015 at 17:32
    Skomentuj

    Fakt, fakt. Ottley czasami odpuszcza, ciągle ma problemy z terminami przez różne zdarzenia (a to choroba jakaś, a szpital bodajże), ale i tak znacznie wybija się ponad średnią (oczywiście moim zdaniem 😉

  • Dodaj komentarz