REUTERS/Daniel Munoz
wywiady

Zack Snyder – Superman bez seksu [wywiad]

Uwaga – tylko nam Zack Snyder, twórca „Człowieka ze stali”, opowiada o tym jak kocha kino gatunkowe, adaptacjach komiksów, igraniu z oczekiwaniami widzów i nowym Supermanie.

Dzika Banda: Hitchcock zanim zaczynał zdjęcia do filmu, miał już całość wymyśloną w głowie. Należał bowiem do tej grupy twórców, którzy myśleli obrazami. Trudno nie odnieść wrażenia oglądając twoje filmy, że stosujesz podobną technikę.

Zack Snyder: Oczywiście, masz rację. Myślę obrazem, zanim zabieram się za kręcenie, całość mam narysowaną i przestudiowaną. Wiem, co chcę osiągnąć, jakiego potrzebuję na to nakładu finansowego i próbuję znać swoje ograniczenia. Poza tym każdy mój film to zabawa kinem gatunkowym, w której staram się równoważyć elementy satyryczne i poważne. Tak, aby wprowadzać widza w swoiste zakłopotanie – by nie wiedział, czy raczej zastanawiał się, czy to, co oglądał było realizowane na poważnie czy było grą z gatunkiem.

Poważni krytycy często pogardzają twoim kinem gatunkowym.

Wiesz jak wyglądała moja szkoła filmowa? To było piętnaście lat kręcenia reklam i trzydzieści lat czytania komiksów. Zawsze wiedziałem, że chcę kręcić takie kino, że gatunek to coś, co mnie kręci i pasjonuje. Ale do własnego języka musiałem dorosnąć. Kręcąc „Świt żywych trupów” eksperymentowałem i badałem siebie. Potem było „300”, czy raczej sukces „Świtu…” pozwolił mi powrócić do projektu „300”, bo de facto pomysł na ten film narodził się wcześniej. „Świt…” był zatem moją wprawka gatunkową, „300” pierwszym zmierzeniem się z komiksem i kinem gatunkowym, a potem byli „Watchmeni”. I ten film zrobiłem już absolutnie świadomie, podobnie zresztą jak każdy następny po nim. A czy krytycy pogardzają? Może i pogardzają, ale tym chyba nie muszę się przejmować.

A co w ogóle znaczy dla ciebie kino gatunkowe?

„Sucker Punch” było moją medytacją nad kinem gatunkowym. Hołdem dla niego i wrzuceniem w jeden film wszystkich moich przemyśleń na ten temat. Czym jest kino gatunkowe? To czysta, niczym nieskrępowana rozrywka. Akcja, która galopuje przed siebie i porywa cię niczym lawina. W „Sucker Punch” chciałem dociągnąć kino akcji do ekstremum, stworzyć sekwencje walk i akcji tak totalne, że zupełnie świadomie ocierać się one będą o parodię. Bo przecież kino akcji to kompletnie przegięte i nieprawdopodobne często jest parodią samego siebie. Tylko, że wielu twórców nie ma tej świadomości. Ja mam. Chciałem przegiąć jak nikt, nigdy nie przegiął, zabrać widza na wycieczkę w świat tak szalony, że aż śmieszny. By w puencie zaskoczyć zupełną zmianą klimatu i powrotem do poważnej tonacji.

Przeciągasz w swoich filmach akcję w stronę ekstremum to fakt, ale też bardzo często wkładasz do tego ekstremum elementy tak zaskakujące, że wytrącają one widza z równowagi.

Widziałeś już film o wojowniczych dziewczynach? Zapewne nie jeden. A film o dziewczynach walczących z gigantycznymi japońskimi wojownikami? Nigdy. Tak – właśnie o osiągnięcie tego stanu u widzów mi chodzi. Ten moment, w którym myślą – ech ten facet ogranicza się tylko do gatunkowych klisz, a potem następuje coś, co zupełnie wytrąca im ten argument.

Lubisz bawić się emocjami widzów…

Bo na tym polega kino. Lubią, nazywam swoją dziwaczną formę okrucieństwa, która polega na tym, że robię widzom rzeczy, które im się nie podobają. Zabić główną bohaterkę? Przecież nie przystoi. No to macie. (śmiech).

W sumie tego można się spodziewać po facecie, który prowadzi firmę produkcyjna o wdzięcznej nazwie „Cruel and Unusual Films” („Okrutne i niezwykłe filmy”).

Czyli doceniasz wymyśloną przeze mnie nazwę! Tak naprawdę „Cruel…” narodziło się przez przypadek, po prostu nagle okazało się, że muszę będąc producentem reklam nazwać jakoś swoją firmę. Oznajmił mi to mój księgowy, a ja rzuciłem do niego: „to wpisz Cruel and Unusual”.

Do tej pory, twoje filmy były orgią dziwacznych pomysłów i nawet kiedy pracowałeś nad tak kultowym komiksem, jakim byli „Watchmeni” udało ci się opowiedzieć go po swojemu. Ale „Człowiek ze stali”…

To oczywiście zupełnie inna historia, ale też od początku przeze mnie wymyślona. To nie tak, że kręcąc adaptację takiej ikony i legendy nagle straciłem twórczą wolność. Od początku, kiedy tylko Chris Nolan zaproponował mi reżyserowanie Supermana miałem na niego pomysł. Przedyskutowaliśmy go, okazało się, że wszystkim się podoba. Więc – nie, nikt mnie nie kontrolował.

Ale z pewnych elementów musiałeś zrezygnować…

Musiałem zrezygnować zupełnie z seksu, ale powiedz szczerze, czy wyobrażasz sobie Supermana z seksem? Trudno tu mówić o kompromisie, po prostu w tej historii nie ma miejsca na erotyzm. Postanowiłem też zupełnie nie używać muzyki Johna Williamsa z oryginalnego „Supermana”, czyli zrezygnowałem z jakichkolwiek form nawiązywania do wcześniejszych ekranizacji tego komiksu. Nie zrezygnowałem za to z wersji IMAX, nie mogłem. Oglądanie tego filmu w salach Imax to po prostu czysta rozkosz. Jest głośny, wielki, szalony!

Czytałem gdzieś, że mimo wszystko jesteś przeciwnikiem filmów 3D. To prawda?

Nie. Ktoś coś przekręcił. Nie jestem przeciwnikiem technologii. Uwielbiam 3D za to, jakie daje możliwości zabawy z głębią obrazu, dźwiękiem czy kolorem. Chodziło mi o to, że jestem przeciwnikiem wmawiania ludziom, że oglądając filmy 3D staną się częścią filmu. To tak nie działa. Widz nigdy nie będzie bohaterem filmu. Nie stanie na środku planu, nie wejdzie w ekran. Może za to być otoczonym przez obraz, może mieć złudzenie uczestniczenia w fabule, ale nigdy nie stanie się jej częścią. O to mi chodziło – jestem przeciwnikiem wmawiania widzom, czegoś, czego 3D im nie może dać. Należę jednak do tego grona reżyserów, którzy mają świadomość, że kino 3D swoimi korzeniami sięga początków filmu i że wcale nie jest to nowy sposób opowiadania, a po prostu zupełnie inna technika, a nie na Boga narracja.

Kategorie
wywiady

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz