fot. Newsweek
wywiady

Wyclef Jean – Hip hop przestał być własnością czarnych, stał się najpopularniejszą muzyką świata [wywiad]

Z Wyclefem Jeanem, z wokalistą, muzykiem i kompozytorem, z okazji 20-lecia płyty „The Carnival” rozmawiamy o branży muzycznej, gangach i wkurzaniu sąsiadów.

Powiedziałeś  kiedyś o sobie „jestem nowym Harrym Belafonte”. Intrygujące wyznanie jak na gwiazdę hip hopu.

Wyclef Jean: Powiedz bracie – dlaczego intrygujące?

Bo Harry Belafonte to przecież zapomniana gwiazda muzyki calypso. Zresztą o tym gatunku dziś także mało kto pamięta.

Bracie, ale tu nie o muzykę chodzi. Naprawdę powiedziałem, że jestem nowym Harry Belafonte i może to zabrzmiało nieskromnie ale tak uważam – zresztą sam Harry mnie błogosławił. A wszystko przez to że Belafonte, który żyje i ma dziś ponad osiemdziesiąt lat, był pierwszym Haitańczykiem, który odniósł gigantyczny sukces w Stanach Zjednoczonych. Wiesz, że jego płyta „Calypso” z 1956 roku była pierwszą płytą w historii muzyki rozrywkowej, która sprzedała się w milionie egzemplarzy. Podkreślam płytą, nie singlem! I osiągnął to facet z Haiti a nie Elvis. I z tym drugim Belefonte chodziło właśnie o pochodzenie. Jestem drugim po nim Haitańczykiem, który osiągnął wielki sukces w Stanach. A tego nie muszę się wstydzić, więcej, to powód do dumy.

Jesteś do tego stopnia dumny, że postanowiłeś zostać prezydentem Haiti?

Ale nim nie zostałem.  Pomysł był prosty i wielokrotnie o nim opowiadałem. Skoro jestem popularnym artystą, dlaczego miałbym nie pomóc swojemu krajowi. Tym bardziej, że naprawdę potrzebował pomocy. Po trzęsieniu ziemi w styczniu 2010 roku oczy całego świata zwrócone były na Haiti. Tyle, że tylko oczy nie wystarczą aby odbudować ten kraj. Pomagaliśmy – w sensie my artyści – jak tylko mogliśmy, a gdy okazało się, że jako Haitańczyk mogę kandydować na urząd prezydenta, powiedziałem sobie, czemu nie?

I nie zwyciężyłeś.

Zwyciężyła biurokracja i dziwne przepisy – szkoda o tym gadać,  odrzucono moją kandydaturę bo przez pięć ostatnich lat nie mieszkałem na Haiti.

Ponieważ dziś ogromna część artystów nagrywa płyty via email, sam przyznajesz, że pracujesz zamykając się z laptopem w pokoju, powiedz czy taka forma kompozycji, nie zabija żywiołowości piosenki? Sztuczne bity, gitarowe pogłosy nigdy nie brzmią jak żywe instrumenty.

Bracie, ty potrafisz na czymś grać?

Potrafisz to za dużo powiedziane, brzękałem kiedyś na gitarze, teraz zadręczam sąsiadów nieudolnymi próbami opanowania harmonijki ustnej.

A podłączałeś kiedyś gitarę do pieca?

No pewnie, ale do czego to zmierza?

Do przystawki i częstotliwości dźwięku. Przystawka w gitarze podpiętej do pieca przetwarza mechaniczne uderzenia w struny w sygnał elektryczny, który potem słyszysz i mówisz o żywym brzmieniu. Prawda jest taka, że brzmień jest tyle ile w zasadzie ludzi grających na gitarze. Dziś żyjemy w czasach, w których technologia pozwala nam zamknąć w postaci pliku taką częstotliwość dźwięku jaka ci się zamarzy. Od twojej inteligencji i wyobraźni muzycznej zależy to czy przetworzony w plik dźwięk wykorzystasz tak aby brzmiał naturalnie czy też tak będziesz z nim kombinował, że wyjdzie ci czysty plastik. Ulubionym argumentem dzisiejszych krytyków muzycznych to zarzucanie komuś, że nie brzmi naturalnie. Owszem wiele płyt nie brzmi naturalnie, ale nie przez to, że technologia nie daje możliwości stworzenia takiego brzmienia  a przez to, że osoby odpowiedzialne za dźwięk na albumie tak kombinują, że wszystko brzmi sztucznie. W końcu to nie technologia pisze i nagrywa a ludzie.

Czyli nie uważasz, że zabawy z laptopem zabiją współczesną muzykę?

Nie. Nic nie zabija współczesnej muzyki. Ona przez lata odkąd powstał blues, potem rock’n’roll stała się zjawiskiem globalnym i totalnym. Łatwo jest zwracać uwagę na złe płyty i pisać że świat się kończy, hip hop się kończy czy reggae się kończy. Tyle, że to nie jest prawda. Na jedną fatalną płytę przypada dziesięć znakomitych, ale w mediach większą uwagę skupia się na tych złych.

Pierwszą płytę z The Fugees wydaliście w 1994 roku. Miałeś wtedy dwadzieścia pięć lat a hip hop podbijał świat. Dziś blisko dwie dekady później jak oceniasz to co wtedy zaszło na rynku, ten nagły światowy boom na czarną muzykę.

Dorastałem w latach 80. wtedy hip hop był jeszcze muzyką getta i ulicy, tyle że ja prawie wcale go nie słuchałem. Bardziej kręciła mnie Enya, Carlos Santana czy Fela Kuti. Potem jak skończyłem liceum – początek lat 90. –  założyliśmy zespół i pomyśleliśmy: a gdyby tak spróbować to wszystko ze sobą połączyć. Rytm ulicy, rapowane wokalizy i muzykę etniczną, elektronikę, gitary. Tak się narodziło The Fugees. Owszem masz rację, zwłaszcza pierwsza połowa lat 90. to był gigantyczny boom na czarną muzykę, ale wynikało to nie tylko z faktu iż ludziom się podobała. Ona niosła pewne uniwersalne, czytelne w każdym miejscu na świecie przesłanie. Hip hop był muzyką buntu, dawał możliwość wypowiedzenia się każdemu – nie ważne co cię bolało, mogłeś to wykrzyczeć.

Punk rock dwie dekady wcześniej pełnił podobną funkcję.

Dokładnie. Bo i hip hop i punk to bardziej nośnik idei niż muzyka. Zresztą zwróć uwagę, że punk wciąż jest popularny, bo nie musisz tak naprawdę potrafić grać, wystarczy że masz w sobie emocje, które cię rozpierają, nosisz w sobie jakąś niezgodę na panujący na świecie porządek. Dokładnie tak samo jest z hip hopem. Dodaj do tego muzykę R’n’B zupełnie inną, ale także docierającą do ludzi na całym świecie – dlaczego? Bo była niezwykle sensualna, zmysłowa, działa na wyobraźnię zarówno kobiet jak mężczyzn. Ale wracając do twojego pytania, myślę, że jest ono niewłaściwie zadane. Nie chodzi o to co wtedy zaszło a to jaki wpływ na muzykę na świecie miał ów boom.

A jaki twoim zdaniem?

Zmienił się obraz muzyki, jej postrzeganie. Hip hop przestał być własnością czarnych, stał się dziś najpopularniejszą muzyką świata. Dlatego dziś moim zdaniem fraza „World Music” nie dotyczy już muzyki etnicznej a bardziej tego jak hip hop i R’n’B zawładnęły masową wyobraźnią. Ile masz w Polsce składów hip hopowych? Z tego co wiem setki. Hip hop nagrywają chłopaki w Syrii, Iranie i Meksyku. Ta muzyka przekroczyła wszelkie bariery geograficzne, rasowe, socjalne. Stała się własnością świata. Jej elementy słychać w metalu, popie, jazzie, w zasadzie w każdym gatunku muzyki rozrywkowej. Oczywiście stało się tak w dużej mierze przez to, że żyjemy  czasach globalnej wioski. Internet, telefonia komórkowa, skype to wszystko sprawia, że muzyczna ekspansja określonych gatunków jest dziś tak prosta.

Złośliwi twierdzą że prawdziwy hip hop umarł w drugiej połowie lat 90. wraz ze śmiercią Tupacka i chwilą gdy na muzykach hip hopowych łapę położyły wielkie wytwórnie płytowe.                            

Posłuchaj mnie teraz uważnie i nie przerywaj, bo poruszyłeś bardzo ważny problem – dojrzałości słuchacza do akceptowania zmian w muzyce. Są ludzie którzy dajmy na to po przeczytaniu książek Raymonda Chandlera, twierdzą że on napisał jedyne i prawdziwe „czarne kryminały” i negują wszystko to co powstało po jego  śmierci. Są ludzie, którzy uważają że Jimi Hendrix był najwybitniejszym gitarzystą i koniec kropka. Tyle że w obu przypadkach to nie jest prawda. Po Chandlerze była masa wybitnych autorów kryminałów a po Hendrixie pojawiły się dziesiątki wybitnych gitarzystów. Tyle że fani często nie potrafią zaakceptować prostego faktu, że czas płynie, sztuka się rozwija a my starzejemy. Lata 1990-1996 wiele osób uznaje za złote lata hip hopu, że powstały wtedy legendarne płyty Dra Dre, Tupaca, nasza, A Tribe Called Quest itp. a potem nie było już nic. I to jest wierutna bzdura. Moja córka słucha płyt Lil Wayne’a, które są świetne, a nagrane całkiem niedawno. Nie można zamykać swojego umysłu na jeden określony okres w muzyce i negować następnych po nim. Przecież po nas pojawił się Jay Z, Kayne West, wspomniany już Lil Wayne, świetni muzycy z niebywałym wyczuciem rytmu i słów. Hip hop nie kończy się na latach 90., tak jak rock nie skończył się na 60. Tyle, że trzeba być otwartym na nowe, mieć pozytywny stosunek do muzyki i chęć poznawczą. Żal mi osób które zamykają się na nowe i opowiadają te kocopały o śmierci hip hopu itp. Zresztą jak ktoś już tak bardzo chce udowadniać jak to hip hop się sprzedał jak już nie jest muzyką ulicy, niech sprawdzi kto wydawał nasze płyty. Same wielkie wytwórnie, bo one od tego są żeby wydawać płyty.

Ale przyznasz że był moment w którym mówiłeś hip hop a przed oczyma stawał ci obwieszony złotem koleś zarywający laski.

A czemu się dziwisz? To w końcu byli i są chłopaki z getta, gdy tylko dorabiali się pieniędzy kupowali to z czym kojarzyło im się bogactwo. Jedni robili to bardziej subtelnie inni mniej. Ale to naturalny bieg rzeczy. Zresztą o tym skąd pochodził hip hop najdobitniej świadczy to jak silnie na tym gatunku odcisnęła się przemoc. Raperzy wikłani w wojny gangów, strzelaniny, handel narkotykami. To wszystko spuścizna ulicy.

The Fugees nie towarzyszyły zadymy z gangami, za to nagle z osiedlowego składu z New Jersey staliście się najpopularniejszą grupą 1996 roku, bo wtedy wydaliście „The Score” album, który zaledwie w rok sprzedał się w 18 milionach egzemplarzy. To był szok?

I to jaki. Jednego dnia siedzieliśmy w piwnicy mojego wuja i nagrywaliśmy sobie po cichu płytę, a kilka dni później staliśmy się wielkimi, totalnymi gwiazdami. Nikt wtedy nie chciał nam uwierzyć, że to płyta w całości nagrana w domu. Nie mieliśmy profesjonalnego studia itp. Po prostu schodziliśmy do piwnicy i kombinowaliśmy. A co do gangów to dom obok domu wujka znajdowała się najprawdziwsza narkotykowa melina i dookoła nas kręciło się naprawdę nieciekawe towarzystwo.

Nigdy później nie nagrałeś już płyty pod szyldem The Fugees.

Kiedy schodziliśmy do piwnicy, byliśmy dzieciakami, które rozpierała radość tworzenia. Kiedy niego wyszliśmy nagle poczuliśmy wielką presję. Każdy chciał od nas nowego albumu, każdy miał jakieś żądania. Nie daliśmy im rady i każdy poszedł w inną stronę. Ale nie pokłóciliśmy się tak, żeby się do siebie nie odzywać. Po prostu się rozeszliśmy.

Najgorzej sukces zniosła chyba Lauren Hill, wielka nadzieja muzyki, która nagle przepadła.

Lauren po prostu wybrała macierzyństwo. Odniosła wielki sukces, ale ważniejsze dla niej okazały się dzieci – uszanuj to.

Wrócę na chwilę jeszcze do „The Score” z którego pochodził wielki przebój „Killing Me Softly”. Ponoć nagrywając ten album wzorowaliście się na rock operze The Who „Tommy”. Dziwna inspiracja jak na hip hopowy skład.

Chodziło o to, że jeśli „Tommy” był pierwszą rock operą, my chcieliśmy nagrać pierwszą hip hop operę. O to w tym porównaniu chodziło. I poniekąd jest to hip hop opera o życiu na przedmieściach, słuchaniu muzyki i miłości. Wspomniałeś o „Killing Me Soflty” pamiętam że gdy wydaliśmy ten numer jako singiel – a jest to autorska przeróbka piosenki Robert Flack – niewiele osób w branży miało śmiałość bawić się w takie wariacje na temat cudzych utworów. Dziś to rzecz nagminna, niestety.

Niestety?

Bo robiona bez pomysłu. Mechanicznie, nudno. Cała płyta „The Score” była naszym hołdem dla ukochanej muzyki, nagranym nie po to żeby zarobić a pokazać światu piękne piosenki. 

A o czym jest piosenka „Hips Don’t Lie” którą w 2006 roku wykonałeś z Shakirą?

(śmiech) Bracie, o życiu. A poważnie to świetny taneczny przebój, który jest dowodem na to co mówiłem wcześniej – o globalizacji muzyki. Masz tu elementy hip hopu, popu i reggae a wszystko to niebywale sexy podane. Świat oszalał na jej punkcie. To jedyna piosenka w historii muzyki popularnej która w jeden weekend została odtworzona w samych Stanach ponad 9 tysięcy razy!

A teraz po tych wszystkich sukcesach, jakie odniosłeś ale i kilku porażkach czujesz presje podobną jak po wydaniu „The Score”?

Nie. Jest mi dobrze. Nagrywam płyty, gram koncerty i próbuję swoja muzyką uszczęśliwiać ludzi. Oczywiście nic na siłę. Nie zmusisz nikogo do słuchania twoich płyt, może je po prostu dla kogoś nagrać i liczyć że mu się spodobają. Bo muzycy często o tym zapominają, że grają nie dla siebie a dla ludzi. Bez publiczności nas nie ma.

A co z reaktywacją The Fugees, o której przez tyle lat było głośno?

Niech dalej będzie o niej głośno. Nic nie wskazuje aby miała nastąpić.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz

REKLAMA
Instagram
  • Grudzień to miesiąc sprawiania sobie i innym małych przyjemności. "Armstrong"  jest właśnie jedną z nich. Cudna książeczka dla małych i dużych.

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagrampl #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #dladzieci #kosmos #wydawnictwoWilga
  • Niech Was nie zawiedzie ta słodycz. To prawdziwy, soczysty thriller. Tak, chodzi o książkę. 😊

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #bookstagrampl #zaczytanegiry
  • Jak tam u Was? Mikołaj już był? 😉🎅✨ #dredd #judgedredd #actionfigure #threea #2000AD #toys #prezenty #mikołajki #popkultura #komiksy #dystryktzero