Actor Sir Roger Moore attends the 50 Years of James Bond Auction at Christies in London, October 5, 2012. REUTERS/Neil Hall (BRITAIN - Tags: ENTERTAINMENT) - RTR38U8W
wywiady

Sir Roger Moore – Całe życie byłem permanentnie żonaty [wywiad]

Prawda jest taka – nigdy nie poznałem faceta, który nie chciałby być przez moment James Bondem. Wychowywaliśmy się na filmach o przygodach 007, fascynowaliśmy jego gadżetami, zazdrościliśmy kobiet. Tak miała większość z nas. Jeśli więc szanowna czytelniczko twój mąż, chłopak, kochanek lub przyjaciel twierdzi, że Bond nigdy go nie ruszał – zwyczajnie kłamie.

Moim pierwszym Bondem był „Goldfinger”, nigdy nie zapomnę tych zabójczych kapeluszy podobnie jak Pussy Galore…  Ale do rzeczy. Od dłuższego czasu chodził mi po głowie (jak niejednemu dziennikarzowi zapewne) pomysł aby zmontować książkę z wywiadami z aktorami odtwarzającymi rolę 007. Pomysł ambitny i nawet niegłupi. Zamiast jednak wprowadzić go w życie (jak większość dziennikarzy) długo o nim myślałem. Mijały miesiące, lata, książka z Bondami stawała się bytem funkcjonującym tylko w wyobraźni, aż tu nagle…  

W 2009 roku na samym początku odkryłem, że Sir Roger Moore wydał autobiografię. Nie miałem pojęcia, czy ktoś w Polsce kupił do niej prawa, ani czy jest dobra. Po prostu odruchowo wszedłem na stronę brytyjskiego wydawcy, znalazłem adres emailowy agenta Moore’a i na szybko spreparowałem kilka zdań z prośbą o wywiad.

Trzy dni później w poczcie znalazłem odpowiedź: „Super. Roger bardzo się ucieszył. Zadzwoń do niego do jego szwajcarskiej posiadłości we wtorek o 19.15”. Poniżej podano numer telefonu.

A potem sprawy potoczyły się lawinowo i nawet nie zauważyłem, a już próbowałem nie zadławić się obgryzionymi ze stresu paznokciami, gdy w słuchawce usłyszałem głos: „A to ty. Poczekaj ściszę telewizor”. To były pierwsze słowa jakie powiedział do mnie James Bond. Resztę możecie przeczytać poniżej. Przyznaję jedno, mimo iż Roger Moore skończył wtedy już ponad 80 lat, nie stracił ani wigoru, ani poczucia humoru. Po wszystkim rzucił – wiesz co, masz mój prywatny numer, jakbyś coś jeszcze chciał, dzwoń, ale nigdy przed 19.00 bo wtedy jestem na stoku. Nie zadzwoniłem. Numer mam wciąż zapisany, ale teraz nikt go już nie odbierze. A co do książki z Bondami… Rozochocony otwartością Sir Rogera, zacząłem pisać jak szalony do wszystkich Bondów. Żaden nie odpisał. Poza jednym. Agentka Seana Connery’ego odpisała bardzo grzecznie: Sean jest już na emeryturze i choć bardzo dziękuje za to, że polscy dziennikarze o nim pamiętają, niestety nie będzie już udzielał wywiadów.

Sir Roger Moore (1927-2017): Chociaż w swojej karierze wcielał się w różnorakie postacie – od niemieckiego oficera w „Ucieczce na Atenę” przez zblazowanego angielskiego arystokratę w „Akcji na Morzu Północnym” po  najemnika w „Dzikich gęsiach” – świat na zawsze zapamięta go jako Jamesa Bonda. No i może „Świętego”. Zagrał w osiemdziesięciu filmach w tym takich przebojach jak „Złoto” czy „Wilki morskie”. Na początku kariery parał się także reżyserią. Zrealizował m.in. 9 odcinków „Świętego”. 

Robert Ziębiński: Sir czy trudno jest być ikoną popkultury? Przecież za każdym  razem gdy ktoś mówi Roger Moore, myśli James Bond.

Sir Roger Moore:  Wszyscy myślą,  że wcielenie się przeze mnie w postać super szpiega musiało drastycznie zmienić moje życie. Otóż, zapewne rozczaruje to wiele osób, ale nie – Bond  aż tak strasznie nie zmienił  mi życia, ale na pewno je usprawnił bo w końcu zagwarantował płynność finansową (śmiech). To naturalne przecież, że aktor, który zagrał kilka razy Bonda jest  z tą rolą utożsamiany. No cóż, na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że podobno istnieją w Wielkiej Brytanii osoby, które mówiąc Roger Moore myślą „Ivanhoe”. (śmiech). Zaznaczam – podobno.

Znaczy, nie przeszkadza Panu, że zaszufladkowano Pana jako Bonda?

Nie mam ani o to żalu, ani mi to nie przeszkadza. Zresztą musi pan przyznać szczerze, że chyba lepiej jest zostać zapamiętanym przez kolejne pokolenia, jako James Bond niż dla przykładu odtwórca roli Adolfa Hitlera. Dobrze się będę ludziom kojarzył, a to ważne.

I będzie się Sir kojarzył także ze świetną książką. Wspomnienia „Nazywam się Moore, Roger Moore” autentycznie wzruszają i bawią na zmianę.

Miło to słyszeć. Trochę czasu zajęło mi ich napisanie.

Bał się Pan zmierzyć z przeszłością?

Nie, tu raczej chodziło o brak motywacji. Od dłuższego czasu moja żona, córka wisiały nade mną powtarzając – młodszy już nie będziesz, weź się w garść i w końcu spisz te swoje wspomnienia.  I tak chodziły za mną, chodziły, aż w końcu wychodziły. Dwa lata temu, bodaj w listopadzie, usiadłem i zacząłem pisać i nie przestawałem póki nie skończyłem.

Wrócę jednak do swojego pytania – nie bał się Sir konfrontacji z przeszłością? Łatwo było wybrać się na taką wycieczkę przez własne życie?

Nie było to łatwe, ale w efekcie bardzo przyjemne. Podczas pisania nagle uświadomiłem sobie, że nie mam większych problemów z przypomnieniem sobie tego, co robiłem, jako człowiek dorosły, ale dzieciństwo nagle okazało się czarną dziurą. Żeby coś z niego sobie przypomnieć przeglądałem daty, próbowałem układać wydarzenia chronologicznie. Największy problem miałem z rodzicami. Oboje nie żyją od dawna i zupełnie zamazali mi się w pamięci. I kiedy myślałem, że nic o nich sobie nie przypomnę stało się coś dziwnego – zaczęli mi się śnić. Co noc przez kilka miesięcy, a do tej pory nigdy mi to się nie zdarzało.

To brzmi jakby przeprowadzili Pana przez dzieciństwo.

Bo trochę tak było. Reasumując – nie bałem się wyruszyć w podróż przez własne życie. A skoro panu się tak książka podobała i wielu innym osobom, które ciepło o niej mówiły znaczy to tyle, że się opłaciło w tę podróż wybrać.

To może teraz dla odmiany wybierzmy się w krótką podróż przez Pana życie i karierę?

Proszę bardzo.

Młody, przystojny Roger Moore zaczynał karierę od bycia modelem?

No nie do końca. Gdy zgodziłem się na sesje fotograficzne, jako model, byłem wówczas próbującym się przebić młodym aktorem. Z czegoś trzeba było żyć, a to były stosunkowo łatwe i niewymagające specjalnych zdolności pieniądze.

Próbował Sir jako młody mężczyzna odnieść sukces równocześnie w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

Trochę przypominało to siłowanie się. Dostawałem małe role w Stanach u boku wielkich wówczas gwiazd jak choćby, w „Kiedy ostatni raz widziałem Paryż” gdzie zagrałem z Elizabeth Taylor, ale to wciąż było za mało aby zostać zauważonym. Wtedy, to był bodaj 1958 rok, zaproponowano mi tytułową rolę w historycznym serialu „Ivanhoe”. Kręcony był w Wielkiej Brytanii, więc wróciłem do domu, grałem w nim przez rok i chociaż odniósł on spory sukces wróciłem do Stanów, by pojawić się w dwóch westernowych serialach „The Alaskans” i w „Mavericku”.

No właśnie – mało kto pamięta, że słynny James Bond grywał również i w westernach.

Bo też i nie ma o czym za bardzo pamiętać. W 1962 roku dostałem propozycję zagrania Simona Templara  czyli Świętego i tak naprawdę od tej chwili moja kariera rozpoczęła się na dobre.

Zanim przejdziemy do „Świętego” podręczę jeszcze Pana o Amerykę i Wielką Brytanię. Zaczynał Pan w latach 50., czyli złotych czasach Hollywood, czym różniła się praca tam od pracy w Europie.

Podstawowa różnica to wielkość i jakość studiów filmowych. W Ameryce byli tacy potentaci  MGM, Warner Bros, Columbia, 20th Century Fox, którzy nie dość, że posiadali gigantyczne studia i niemal nieograniczone możliwości realizacji filmów to jeszcze współpracę z aktorami opierali na systemie kontraktowym, czyli jeśli podpisywałeś umowę z danym studiem stawałeś się jego własnością. W Wielkiej Brytanii wyglądało to zupełnie inaczej, bardziej swojsko. Nie mieliśmy tak wielkich studiów filmowych, bo takie Pinewood czy Denham czy Ealing za cholerę nie miało jak konkurować z powiedzmy MGM. Do tego w Hollywood zawsze nadrzędnym celem każdego producenta było kręcenie filmów i zarabianie na nich. Dlatego też całe życie aktora, jak i każdej innej osoby z branży kręciło się tylko dookoła Hollywood i osób zaangażowanych w filmy.  U nas pod tym względem zawsze panowała większa swoboda i bardziej, powiedzmy, rodzinna atmosfera.

To widać zwłaszcza oglądając „Świętego” –musiał się Pan dobrze bawić na planie.

Bo to w ogóle był zabawny serial. Przyjemny, lekki, postać urocza i sympatyczna. Oczywiście spięcia czy konflikty się zdarzały, bo to nieuniknione, gdy przez kilka lat pracujesz w gronie tych samych osób, ale ogólnie „Święty” był  bardzo przyjemną zabawą. W dodatku mieliśmy strasznie ograniczony budżet, a wobec tego, że Templar podróżował po świecie i rozwiązywał zagadki kryminalne w różnych zakątkach globu, musieliśmy je najczęściej budować w studiu. Do dziś się dziwię, że ktoś uwierzył w plastikowe palmy, wysypany piasek  i podpisy np. Wyspy Bahama, ale tak to wtedy wyglądało.   

Serial debiutował w telewizji w tym samym roku, co pierwszy Bond „Dr No”. Odnoszę wrażenie, że w pewnym momencie konkurowaliście ze sobą – Simon Templar i James Bond, w niektórych odcinkach pojawiały się nawet jawne aluzje do Bonda jak choćby bandyci tłumaczący się Simonowi, że złoto ukradli Goldfingerowi.

Te zabawy były nieuniknione, bo obie postacie były do siebie bardzo podobne. Obie miały literackie pierwowzory – Święty u Leslie Charterisa, Bond u Flaminga i obie generalnie walczyły ze złem. Tyle, że Bond był bardziej zawodowym zabójcą niż dżentelmenem a Święty takim dowcipnym harcerzykiem, który nie zabijał, ale za to z klasą i gracją walił wrogów po twarzy. Poza tym serial podobnie jak filmy z Bondem stawał się coraz bardziej popularny i naturalną koleją rzeczy było, że zaczynał z Bondem konkurować. Ale żarty, o których pan mówi nie były złośliwe – raczej takie miłe zaczepki, że znamy, zauważamy i się uśmiechamy.

Jedenaście lat później sam stał się Pan Bondem.

I przyszło mi to z łatwością.

To znaczy?

Tak jak mówiłem, Templar i Bond to postacie do siebie podobne, więc nie było dla mnie zbyt wielkim problemem wcielenie się w Bonda. Zresztą pierwsze przymiarki do tej roli miałem kilka lat wcześniej, gdy Sean Connery chciał pierwszy raz zrezygnować, tyle że ja wtedy kręciłem z Tonym Curtisem „Partnerów” i nie miałem czasu dla Bonda.

A kobiety Sir? Po tym jak stał się Jamesem Bondem musiały namiętnie Pana uwodzić?

Z kobietami nigdy nie miałem problemu. Zresztą całe życie byłem permanentnie żonaty.

Ale fanki o tym nie zawsze wiedziały.

A to już był ich problem (śmiech).             

Dowcip to coś, co Pan wniósł do postaci Bonda. Filmy z Pana udziałem były lekkie, z dużą ilością gagów – jak choćby ten ze „Szpiega, który mnie kochał”, w którym wypływał Pan samochodem amfibią z morza i wyrzucał przez okno rybkę, która jakimś cudem wpłynęła do samochodu. 

Pamiętam tę scenę wymyśliliśmy ją z ekipą na plaży w Sardynii. Gagi w Bondach, w których zagrałem, powstawały w dużej mierze w spontaniczny sposób, jak ten z rybką. Bo skoro Bond płynie amfibią to, dlaczego nie może wyrzucić przez okno rybki? Zresztą taki był mój pomysł na Bonda – z przymrużeniem oka.  Jedną z moich ulubionych kwestii to dialog napisany dla mnie specjalnie przez Toma Mankiewicza z „Człowieka ze złotym pistoletem”. Jest tam taka scena gdy opieram się na strzelbie, mierzę nią w krocze pewnego typa i mówię – „Mów teraz albo na zawsze trzymaj się za ptaka”. Nie wiem dlaczego akurat ten, ale strasznie go lubię.

A Pański ulubiony Bond?

Ten, o którym już rozmawialiśmy „Szpieg, który mnie kochał”.

Dlaczego akurat ten?

Lewis Gilbert, który reżyserował ten odcinek był świetnym facetem – profesjonalnym reżyserem, ale też i prywatnie strasznie bliską mi osobą, poza tym myślę, że udało nam się w „Szpiegu…” właśnie idealnie zrównoważyć żarty z poważną konwencją.

Nowy Bond mam na myśli „Quantum of Solance” nie ma w sobie nic z lekkości Pańskich filmów.

Owszem to mroczne kino, ale wydaje mi się, że dzisiejsza publiczność po prostu takiego Bonda potrzebowała.

Podoba się Panu?

Szczerze mówiąc nie mam zdania. Ale rozmawiałem z Danielem Craigiem i wiem, że on tęskni za odrobiną dowcipu w Bondzie, więc jest spora szansa, że lekki ton znów w cyklu zagości.

Mam taką nadzieję, bo w poważnym wydaniu James Bond szybko się zestarzeje, jak każdy nowy film sensacyjny zresztą.

Ma pan rację, ale to nie dotyczy tylko Bonda ale całego współczesnego kina, które z jednej strony produkuje masowo filmy akcji, które niby próbują naśladować rzeczywistość z drugiej strony tak głupie komedie, że nie da się na nich wysiedzieć, ale taka jest kolej rzeczy w Hollywood – mody przychodzą i odchodzą. Czy kilka lat temu pomyślałby pan o tym, że nagle nastąpi absolutny wysyp kina kostiumowego, które lata świetności przeżywało w połowie lat 50? Raczej nie. Osobiście myślę, że niebawem do kin wróci luz i dawny czar bohaterów – tak musi się stać, bo ludzie są coraz bardziej zmęczeni okrutnymi pseudo rzeczywistymi filmami.   

Oby miał Pan rację.

Myślę, że pan się o tym na własnej skórze przekona, ja nie za bardzo.

Dlaczego?

Bo pan jest młody, a ja stary to chyba logiczne.

Spokojnie, razem tego dożyjemy. A wracając do kina – Hollywood już wcześniej drastycznie zmieniło innego Pańskiego bohatera.

Mówi pan o „Świętym”.

Dokładnie z Valem Kilmerem

Okropny film, nie lubię go. Pamiętam jak rok po premierze kinowego „Świętego” zadzwonił do mnie Val Kilmer i powiedział – „przepraszam cię, za to że tak strasznie to wszystko spierdoliliśmy”. Mówię mu – masz rację, przeprosiny przyjmuję,  ale dlaczego dotarło to do ciebie dopiero teraz? A on na to – bo cholera dopiero teraz przeczytałem opowiadania Charterisa i to są świetne historie. Jaki płynie z tego morał? A no taki, że zanim weźmiesz się za jakiś film, wypadałoby poznać jego bohatera. Ekipa realizująca „Świętego” nie miała pojęcia, o kim kręci film.                  

Podobno istniał scenariusz filmu napisany specjalnie dla Pana, Seana Connery’ego i Micheala Caine’a – to prawda?

Niestety to tylko filmowa legenda, która od dłuższego czasu krąży po branży. Gdyby istniał pewnie byśmy w nim zagrali, a już na sto procent nieźle zabawilibyśmy  się na planie no i po.

Ale za Michaelem Cainem zagrał Pan razem w komedii „Strzał w dziesiątkę”.

A to był dopiero niedobry film!  Ale przyznaję zagraliśmy w nim razem z Michaelem, żeby trochę wykpić nasz szpiegowski image (Caine grał w cyklu szpiegowskich filmów o agencie Harrym Palmerze – przypomina rz.), co oczywiście nas ubawiło, ale widzów nieszczególnie.

Nigdy nie myślał Pan, żeby ograć swój wizerunek nie w komedii a kinie poważnym, powiedzmy u Antonioniego.

Antonioni już nie żyje, więc mi to nie grozi. (śmiech)

Ale nie ciągnęło Pana nigdy w stronę kina artystycznego?

Mówiąc już poważnie – raz w życiu zagrałem w filmie nazwijmy go artystycznym – to był „Człowiek, który prześladował samego siebie” (w reż. Basila Deardena z 1970 roku – przyp. rz.). Bardzo dobry film, rola, która wymagała ode mnie czegoś więcej niż uśmiechu i czaru, skomplikowana, pokręcona psychologicznie i co? I nic. Nikt tego filmu nie obejrzał. Raz też prawie dostałem rolę w „Dniu szakala”. Pamiętam jak zadzwonił do mnie producent tego filmu z pytaniem czy nie chciałbym się wcielić w postać złego zabójcy. Odparłem, że bardzo chętnie. Niestety Fred Zinneman reżyser filmu był innego zdania. Po latach dowiedziałem się, że odrzucił moją kandydaturę nie przez to, że mnie nie lubił, a przez to, że nie nadawałem się na anonimowego mordercę.  Na początku lat siedemdziesiątych miałem już rozpoznawalną twarz i wszyscy kojarzyli mnie ze „Świętym” tak więc trochę słabo nadawałem się na enigmatycznego Szakala.  Jak widać zatem  negatywne role i kino artystycznie nie jest mi pisane. Jestem starszym panem od rozrywki i niech tak zostanie.

Na koniec muszę zapytać Sir – kto według Pana był najlepszym Bondem?

Oczywiście Sean Connery – był pierwszy, przetarł nam wszystkim ślady. I Daniel Craig – cenię go za odwagę, za to, że podjął się tej niełatwej próby zmienienia wizerunku Jamesa Bonda.

A Pan? Ten luz, swada, charyzma?

Oj przecież to wywiad ze mną, więc nie mogę powiedzieć, że byłem najlepszym Bondem. To ewentualnie mógłby powiedzieć Sean, więc proszę o to jego pytać (śmiech).

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).
Komentarz
  • BK
    6 czerwca 2017 at 10:15
    Skomentuj

    Świetny wywiad! Chyba najbardziej wnikliwy spośród tych, jakie Moore udzielił polskim dziennikarzom. A było ich niewiele, raptem kilka krótkich rozmów, głównie podczas jego wizyty w Polsce w 2004 r., kiedy odbierał Telekamerę. Trochę szkoda, bo Moore był ciekawym rozmówcą, doskonale zorientowanym nie tylko w sprawach filmowych (miał sporo doświadczeń z okresu wojny, po 1945 r. służył w wojsku, stacjonował w Niemczech, no i zwiedził kawał świata). Był na pewno całkiem niezłym obserwatorem i chętnie dzielił się swoimi spostrzeżeniami. Jeśli kogoś to interesuje, polecam jego wywiady na przykład dla The Daily Telegraph jeszcze z lat 90-tych, ale także kilka z ostatnich lat. Warto „przewertować” w tym celu internet 🙂

  • Dodaj komentarz