Photo Credit: Gene Page/AMC
wywiady

Seth Gilliam – warto pamiętać, że serial jest potężnym medium [wywiad]

Z Sethem Gilliamem, odtwórcą roli ojca Gabriela Stokesa w serialu „The Walking Dead”, rozmawiamy m.in. o  recenzentach, Netflixie i zapomnianych serialach.

Zanim ktokolwiek pomyślał o stworzeniu serialu „The Walking Dead” zagrałeś w produkcji, która obok „Miasteczka Twin Peaks” zmieniła historię telewizji. Myślę o „Oz” – zapomnianym arcydziele.

Dzięki!  Po „Oz” była „Rodzina Soprano” ale to my wszystko zaczęliśmy. To był pierwszy, dziś zapomniany serial, który odważył się złamać wszystkie zasady obowiązujące w telewizji. Klasyczny serial telewizyjny miał paru bohaterów, a fabuła koncentrowała się na nich tak, aby każdy odcinek idealnie rozkładał proporcje między postaciami. „Oz” z tym zerwał. W tym serialu mieliśmy  122 bohaterów, a scenarzyści wzbili się na wyżyny, aby opowiadać historię tak, by wszystkie postaci przestawiać, żeby widz mógł zanurzyć się w niebywale złożony i skomplikowany świat. W godzinę   mieliśmy siedem różnych opowieści! Pamiętam, że wtedy mówiono nam, że każdy z motywów, wątków wprowadzanych w innym serialu, stanowiłby osobny odcinek. U nas trwał maksymalnie kwadrans.   Dziś taka narracja jest normą, ale my to robiliśmy w roku 1997! Popatrz na listę płac, popatrz kto przewinął się przez plan.

 „Oz” był serialem, którego akcja toczyła się w tytułowym więzieniu i stanowił niemal paradokumentalny zapis okrucieństwa więziennego. Ty wcieliłeś się w postać oficera Hughesa.

Jak nas wtedy znienawidziła prasa! Owszem, w Nowym Jorku wszyscy rozpisywali się, jaki to genialny serial, ale gdzie indziej nikt nie rozumiał tej nowej konwencji, nikt nie potrafił zaakceptować brutalności „Oz” i zebraliśmy straszne bęcki od recenzentów.

Dwa lata później wystartowała „Rodzina Soprano” i model narracji oraz teatr okrucieństwa wkroczył na dobre do telewizji.

W istocie tak było. Dlatego mówię; serial nieszczęsny bo pierwszy.

Wspominasz o recenzjach – czy w dzisiejszych czasach recenzja ma jeszcze tak dużą siłę rażenia?

Tak, to trwa do dziś. Dobre recenzje są w stanie serial uratować, złe – definitywnie pogrążyć.  Kapitalnie siłę mediów widać w Stanach na przykładzie „Time’a”. Wszyscy się go boją. Możesz dostać świetne recenzje w „New York Post”, ale „Time” – on potrafi zabić. I wcale nie żartuję, nie próbuję się naigrywać. Nic z tych rzeczy. Fenomen tego magazynu mnie zastanawia. Siła oddziaływania i jego czytelnicy. Są to ludzie, którzy tak mocno ufają gazecie, że stawiają gust recenzenta, nad swój własny. I to jest niebywałe.

Żyjemy w czasach dominacji seriali. Myślałeś kiedyś nad tym co serial musi mieć, żeby przebić się przez tę masę?

Przede wszystkim scenariusz. To podstawa. I nie mam na myśli historii, a to jak jest napisana. Jeśli ludzie będą mówili, dokładnie tak jak ludzie na ulicy, jeśli widz odnajdzie się nie w tym co mówią a jak to mówią – połowa sukcesu za tobą. Popatrz na „The Wire” – dlaczego ten serial otoczony jest kultem i cytuje się go do dziś? To proste – to jak napisał go David Simon sprawia, że on się nie starzeje. A to wszystko dzięki temu, że przez lata pracował jako reporter w „Baltimore Sun” i nauczył się języka ulicy. Potem idealnie przeniósł go na ekran. Zatem postawą jest język postaci. Autentyczność buduje wiarygodność i wabi publiczność. Jeśli jej nie ma – przykro mi bracie, ale właśnie stworzyłeś kolejną telenowelę.

W „The Walking Dead” wcielasz się w postać ojca Gabriela Stokesa. Powiedz mi, na ile zasada prawdziwości języka sprawdza się w serialu o zombie?

„The Walking Dead” to zupełnie inna bajka. Bo fantastyka rządzi się w telewizji jeszcze inną zasadą. Tu sposób w jaki mówią postaci jest ważny, ale ważniejsze jest to, aby w szybki i możliwie jak najbardziej wiarygodny sposób, pokazać to kim są. Wyciągnąć z nich ich najlepsze i najgorsze cechy.  Wszystko było już w świetnym komiksie Roberta Kirkmana, serial tylko to podkreślił. Przecież w zarówno w komiksie, jak i w serialu nie chodzi przecież o zombie i zagładę, a próbę odpowiedzenia na pytanie  jak zachowałbyś się, gdyby przestały obowiązywać jakiekolwiek zasady? Kim jesteśmy gdy opadają maski i co czyni nas ludźmi?

Dużo ostatnio mówi się o tym, że telewizję zmieni Netflix, że model publikowania całego sezonu to przyszłość.

Nie sądzę żeby to była przyszłość. Myślę, że to po prostu dobry marketing. To nie jest tak, że dzięki Netflixowi teraz wszyscy nagle zaczną płacić za telewizję.  Podział na płatną i bezpłatną się utrzyma a wraz z nim model emisji seriali taki jak obowiązuje dziś. Natomiast to co zrobił Netflix na pewno i czego im odmówić nie wolno, to pokazanie jak mocno serial ewoluował, jak stał się zwartą i zamkniętą w sobie opowieścią, rozciągniętą w czasie nie na dwie godziny, a kilkadziesiąt. I o tym warto pamiętać, że serial jest potężnym medium, które może pozwolić sobie na rozbudowaną narrację.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz