WGN
wywiady

Seth Gabel – Lubię „Salem” za to, że rzuca widzowi wyzwanie

Seth Gabel latami tułał się po rozmaitych serialach, grając odcinek tu, odcinek tam, ale nie rezygnował. Bo i nie wypadało, wszak jego stryj dostawał role u Hitchcocka i Loseya, a teściem jest nie kto inny jak Ron Howard. Ale doczekał się swoich pięciu minut – a może nawet i kwadransa? – jako łowca czarownic Cotton Mather z „Salem”.

 

 

Bartosz Czartoryski: Pozwolę sobie zauważyć, że ze wszystkich bohaterów ty masz na początku drugiego sezonu chyba najbardziej, za przeproszeniem, przerąbane.

Seth Gabel: O tak, nie ma łatwo. Bo co jeszcze mogę schrzanić? Zabiłem ojca, musiałem wynieść się z miasta, żeby potem, a jakże, do niego wrócić. Znowu Mary mną manipuluje. Ale może po kolei. Cotton miał za zadanie pokrzyżować plany czarownic, ale kiedy zawodzi, po prostu ucieka czym prędzej z Salem. Boi się zderzenia z tym, co na niego czeka, jest przytłoczony. Mordując ojca, przebił ostrym nożem i swoją duszę. Ale nie jest kimś, kto może długo się ukrywać, kto będzie opierał się odpowiedzialności. Czuje, że na jego barkach spoczywa ciężar, którego nikt za niego nie poniesie. Innymi słowy: musi stanąć przeciwko samemu diabłu.

Z pewnością nie jest już tym samym facetem co przed rokiem.

O nie! A tak na marginesie: nie jestem pewien, czy ktoś to zauważył, ale przemyciliśmy fajną rzecz, żeby ową zmianę jego światopoglądu pokazać. Na początku pierwszego sezonu Cotton ubrany jest cały na czarno, ale z czasem, kiedy przechodzi drogę od zatwardziałego purytanina do człowieka skłaniającego się ku nauce, zaczyna nosić jaśniejsze odcienie. Taki szczegół.

Scenarzyści w finale rzucili tym „dobrym” parę kłód pod nogi.

Z końcem pierwszego sezonu odpalili istną atomówkę naładowaną siłami nadprzyrodzonymi i teraz trzeba to jakoś posprzątać, co nie przyjdzie łatwo. Czyli, w sporym skrócie, Cotton i spółka będą musieli uporać się z konsekwencjami tego, co się wydarzyło, bo wiedźmy osiągnęły swój cel, zwyciężyły. Rozpętała się zaraza, ludzie padają jak muchy. I znikąd ratunku.

Cotton Mather to postać autentyczna, procesy w Salem znane są chyba każdemu, kto ma jakiekolwiek pojęcia o historii Ameryki lub popkulturze, ale wy poczynacie sobie z historyczną prawdą bardzo swobodnie.

Tak, ale intencjonalnie. Lubię „Salem” za to, że rzuca widzowi wyzwanie, aby inaczej spojrzał na niektóre fakty historyczne i zakwestionował je, zastanowił się, czy suche formułki z podręcznika oddadzą, co doświadczał człowiek tamtej epoki przy zetknięciu z, jak uważał, czarami. Ówcześni koloniści nie mieli pojęcia, co czeka ich na nowym lądzie, w nowym świecie. Święcie wierzyli w Boga, w diabła, byli przekonani, że bitwa pomiędzy nimi toczy się nie w niebie czy w piekle, ale tutaj, na przypiecku. Uznali, że Szatan, literalnie, kryje się w okolicznych lasach, czyha na nich na niepoświęconej ziemi. I jeśli zaczniesz o tym myśleć, spróbujesz odpowiednio się nastroić, fakty historyczne przestają mieć znaczenie, skupisz się na uduchowionych, głęboko wierzących, ale i przesądnych ludziach próbujących przetrwać w nieznanym kraju. Próbujemy oddać na ekranie ten sposób myślenia – przesadzony, rozbuchany, niezaprzeczalnie naiwny, surrealistyczny, kiedy myślano, że codziennie toczy się śmiertelna gra o najwyższą stawkę. O ludzkie dusze.

Czyli, z tego, co mówisz, można odbierać „Salem” na poziomie metaforycznym; w takim razie czego metaforą mogłoby być czary?

Chciwości? Powiedziałbym, że towarzyszy ona każdej wojnie, nieważne, czy ścierają się w niej dwa imperia i walczą o kawałek ziemi, czy dwóch gości okłada się na ulicy pięściami. Zdaje mi się, że czary są metaforą chciwości, jej manifestacją, a diabeł uosobieniem.

Kategorie
wywiady
Bartek Czartoryski

Bartosz Czartoryski. Samozwańczy spec od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury; prowadzi fanpage Kill All Movies.

Dodaj komentarz