Disney Films
wywiady

Scarlett Johansson: dorosła dziewczynka

O byciu dziecięcą gwiazdą, komiksowych seksownych superbohaterkach i graniu Janet Leigh opowiada nam Scarlett Johansson.

 

W 2011 otrzymałaś swoją gwiazdę w hollywoodzkiej Alei Sław. To dla ciebie coś na kształt podsumowania kariery?

Scarlett Johansson: Mam nadzieję, że nie. Siedzę w tym biznesie już od dwudziestu lat, ale nie odnoszę wrażenia, że powiedziałam, już wszystko. Obym się nie myliła. Ale przyznaję, bo nie ma się co oszukiwać własna gwiazda to coś co niesamowicie schlebia ego artysty. Poza tym to taki ostatni powiem staroświeckości w Hollywood. Podczas kiedy wszystko tam gna do przodu, światem rządzą efekty specjalne, współczesne technologie, Aleja Gwiazd to coś rodem z dawnej epoki. Z tym całym odciskiem rąk w cemencie itp. przypomina  styl glamour lat 30. ubiegłego wieku, a ja jestem bardzo nostalgiczną osobą.

 

A jak się przyznaje gwiazdy w Alei Sław?

Wiem tyle, że zbiera się specjalna komisja, która wybiera nazwiska artystów, którzy w danym roku zostaną gwiazdą wyróżnieni.  Ale spośród kogo wybierają i jaki jest ich klucz nie mam pojęcia.

 

Mówisz o sobie, że jesteś nostalgiczna i coś w tym jest. Wiele osób postrzega cię jako aktorkę nie z tej epoki, kobietę o bardzo retro urodzie itp.

Czy jestem retro i czy gram w retro stylu to pytanie nie do mnie, a tych którzy mnie oceniają. Nie czuję się retro. Wyglądam jak wyglądam i nie mam zamiaru tego wyglądu zmieniać. Ale faktycznie jest tak, że ubierając się staram się być klasyczna, bez popadania w staroświeckość ale bez przesadnej ekstrawagancji. I tak chyba jest ze wszystkim co robię. Lubię rozsądny balans między tym co klasyczne a szalone. Nie chcę przesadzać w żadną stronę.

 

Dwadzieścia lat w branży to szmat czasu, biorąc pod uwagę fakt, że masz dopiero dwadzieścia osiem lat. Zaczynałaś w kinie jako cudowne dziecko, powiedz czy istnieje złoty środek na to aby płynnie przejść z ról dziecięcych do poważnego grania? Doskonale wiesz że należysz do grona wybranych – większość dziecięcych gwiazd nigdy nie przebija się do dorosłego kina.

Moja kariera jest dość specyficzna i mało przystaje do schematu dziecięcej gwiazdy. O mnie zawsze dbała mama, z którą byłam w dobrych relacjach i która zawsze stawiała rodzinę nad karierę. Do tego mieszkałam w Nowym Jorku, miałam to szczęście że otaczali mnie rozsądni ludzie, którzy nie pozwolili żeby woda sodowa uderzyła mi do głowy. Dlatego nie mogę mówić w imieniu każdej dziecięcej głowy, bo miałam dużo szczęścia do ludzi i ról. A potem przyszło „Między słowami” i płynnie zmieniłam swój status z dziecięcej gwiazdy na gwiazdę dla dorosłych.  Grając ostatnio w „Kupiliśmy Zoo” uświadomiłem sobie jak bardzo dziś zmienił się status dziecięcych gwiazd.

 

To znaczy?

Zabrzmi to strasznie, ale moich czasach nigdy nie ścigali nas paparazzi i nie interesowały się nami tabloidy – oczywiście za wyjątkami dzieci, które w bardzo głośny sposób próbował zachowywać się jak dorośli – teraz jest zupełnie inaczej. W „Kupiliśmy Zoo” grałam razem z Elle Fanning (gwiazda „Super 8” przyp. red.), która ma raptem czternaście lat i cały czas była oblegana przez paparazzich. Dlatego wydaje mi się że dzisiejsze dziecięce gwiazdy będące pod ciągłym obstrzałem brukowej prasy będą miały naprawdę duży problem z staniem się dorosłymi aktorami, bo już teraz traktowane są przez media jak dorośli. To presja która może uniemożliwić im start w dorosłe życie i zohydzić ten zawód.

 

A ty jak radzisz sobie z paparazzi?

Jak tylko mogę staram się ich ignorować. Nie jest to łatwe, ale da się zrobić.

 

Być może  twoje zdrowe podejście do kariery i szumu dookoła twojej osoby wynika z tego jesteś w połowie Europejką, a tutejsze gwiazdy mają o wiele większy dystans do kariery niż Amerykanie.

Może coś w tym jest. Mój tata jest Holendrem, matka Żydówką. Ojciec ma bardzo specyficzne poczucie humoru, oschłe i bardzo zjadliwe. Zawsze był zdystansowanym do wszystkiego człowiekiem i chyba tego nauczyłam się od niego.

 

 

Film „Avengers” to opowieść o tym jak komiksowi superbohaterowie tacy jak Hulk, Iron Man, Kapitan America, Thor łączą się w tytułową drużynę by walczyć ze złem. Grasz tam Czarną Wdową super szpiega, który z nimi współpracuje. Twoja bohaterka paraduje po planie w seksownym obcisłym wdzianku.

Gdyby ktoś zobaczył jak wygląda plan filmowy i całe to czołganie się na kolanach stwierdziłby od razu że nie ma niczego seksownego w byciu superbohaterką (śmiech).  W dodatku wciskasz się w obcisły, niezwykle przylegający do ciała kostium, kręcisz scenę walki i po jednym dublu jesteś spocona jak szczur. Uwierz mi, kiedy pot ścieka ci z każdego włoska na głowie nie myślisz o byciu seksowną. Choć przyznam że kiedy stoisz obok Chrisa Hamswortha i wiesz że zaraz go kopniesz, to owszem jest to dla kobiety budujące doświadczenie. W końcu walczyć z kimś kto jest od ciebie dwa razy większy i jeszcze mu dokopać, to łechce próżność. (śmiech)

 

Ale przyznasz że seksowna superbohaterka to popkulturowy stereotyp, z którym jeszcze nikt nie odważył się zerwać.  

Jon Favreau w „Iron Manie 2” filmie w którym po raz pierwszy pojawiła się moja bohaterka czyli Czarna Wdowa chciał, żebym była bardzo seksowną suką, która bez trudu nakopuje facetom – i to był komiksowy schemat. W „Avengersach” Joss Wheadon za punkt honoru przyjął sobie odcięcie się od stereotypów. Pewnie że wizerunku postaci nie zmienimy, bo przecież obowiązuje nas to jak narysował Czarną Wdowę Stan Lee (twórca serii komiksowej „Avengers” – przyp. red.) ale mogliśmy – i Joss to zrobił – nie ograniczać jej obecność do pokazywania seksownych majtek. Dodać jej przeszłość, uczynić bardziej kobietą niż seksowną wydmuszką. Czarna Wdowa zatem ma swoje wątpliwości, potrafi być czuła, choć oczywiście wciąż wygląda diablo seksownie i wciąż potrafi skopać kilka tyłków. W ogóle kiedy Joss zjawił się na planie powiedział jedno – ten film nie będzie spełnieniem mokrego snu nastolatka, a dobrze napisaną zabawą w kino o superbohaterach.

 

W którym wszystkie sceny kaskaderskie podobno wykonujesz sama?

Sceny walk tak, wszelkie ujęcia w których wiszę na linach także. Ale skłamałabym gdybym powiedziała że na planie nie było kaskaderów.  Producenci umarliby na serce gdyby ich nie było.

 

„Avengers” to jeden z nielicznych filmowych adaptacji komiksów, która autentycznie bawi, bo chce być zabawna a między postaciami iskrzy chemia. 

Dowcip to zasługa świetnych dialogów, jakie napisał Wheadon. A co do chemii to powiem tak, niektórym twórcom wydaje się, że kiedy kręcisz film o superbohaterach nie musisz dbać o psychologiczne relacje między bohaterami. Przecież wszyscy są wymyślenie więc po co zawracać sobie takimi szczegółami głowę. Ale to nie prawda. Każdy film, nie ważne czy to dramat, czy adaptacja komiksu, swoją wiarygodność bierze właśnie z relacji między postaciami. Jeśli nie ma między nimi chemii, widz nie poznaje zależności ich łączących, a wtedy nic dobrego z takiego filmu nie wychodzi. W „Avengersach” bardzo długo rozmawiałam z Jossem o relacjach łączących Nicka Fury’ego szefa organizacji S.H.I.E.L.D. (grany przez Samuela Jacksona – przyp. red.) z Czarną Wdową. Skąd się wzięła w jego organizacji, jaką pełni w niej funkcję, co myślą o sobie nawzajem. Dzięki tym rozmowom udało nam się – wydaje mi się – stworzyć postać żywą a nie papierową.

 

Prosto z planu „Avengersów” trafiłaś na plan „Hitchcocka” filmu opowiadającego o kulisach powstawania „Psychozy” gdzie wcielasz się w jak najbardziej autentyczną postać legendarnej aktorki Janet Leigh…

I to jest niesamowite przejście z komiksowej postaci do kogoś prawdziwego. Grając Czarną Wdowę moim jedynym ograniczeniem był kostium. Ta postać została już tak narysowana i koniec. Ale jej głos, to jak się rusza, jak się zachowuje to moja prywatna interpretacja. W przypadku Janet Leigh nie ma mowy o wymyślaniu postaci. Każdy na świecie widział chyba „Psychozę”, większość ludzi wie jak wyglądała Janet Leigh w dodatku wystarczy pogrzebać odrobinę w Internecie by usłyszeć jak mówiła, jak się ruszała i kim była.

 

Granie prawdziwych postaci ogranicza aktorsko?

Bynajmniej nie oto chodzi. Raczej o fakt, że o ile w przypadku Czarnej Wdowy mogłam wymyślać, co mi przyszło do głowy, tak tu muszę trzymać się rzeczywistości. Nie mogę stworzyć Janet Leigh od nowa. Musze być nią. A to także wielkie wyzwanie, grać tak aby widownia zapomniała, że patrzy na mnie a miała przed oczyma Janet Leigh. Kto wie czy nie większe od grania postaci fikcyjnych.

 

Przez lata w środowisku filmowym krążyła plotka że zagrasz w innej biografii, czyli filmie o Marii I Stuart, królowej Szkocji ściętej w XVI wieku za intrygi przeciwko królowej Elżbiecie I.

To nie były plotki. Projekt, który miał być czymś na kształt kobiecej wersji „Walcznego serca” ciągnął się bardzo długo. Czytałam scenariusz, świetnie napisany i prawie ją zagrałam. Prawie, bo jak to często bywa w Hollywood, mimo iż wszystko idzie w dobrą stronę obsada jest zebrana, reżyser przymierza się do pracy, coś nagle staje na przeszkodzie i projekt zostaje zawieszony. Tak stało się z „Mary – Królową Szkotów”. Niestety nie sądzę, aby ktoś jeszcze ten film reaktywował.

 

Mówiąc o plotkach dotyczących filmów w których masz zagrać. W Polsce gigantyczną popularnością cieszył się film Johna Carney’a „Once”, podobno pojawisz się w jego nowym filmie.

Nazywa się „Can a Song Save Your Life?” ale niestety się w nim nie pojawię. Miałam zagrać, spotkaliśmy się kilka razy, czytałam scenariusz, ale John rozpoczyna zdjęcia w chwili gdy ja kręcę film i nic z tego nie wyszło. Za to w jego filmie na pewno zagra Mark Ruffalo, czyli filmowy Hulk z „Avengersów”.  (Scarlett zastąpiła Keira Knightley – przyp. red.)

 

Ale podobno planujesz wyreżyserować adaptację „Letniej przeprawy” Trumana Capote?

Tak i prace nad filmem już trwają. Ale jeszcze będą się trochę przeciągały w czasie a gotowy film powinien ujrzeć światło dzienne w 2014 roku.

 

Grasz, śpiewasz, reżyserujesz, jest jeszcze coś co chciałabyś w swojej artystycznej karierze zrobić a czego nie próbowałaś?

Nie myślałam o tym. Na pewno chciałabym wrócić do śpiewania i nagrać nowe piosenki, ale nie mam póki co na to czasu. Za dużo obowiązków za mało czasu.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz