eric clement
wywiady

Romain Puertolas: gliniarz, który został magikiem [wywiad]

Walczył z magią i Davidem Copperfieldem. Był policjantem rozpracowującym gangi handlujące ludźmi. W końcu został pisarzem. Romain Puertolas, autor „Niezwykłej podróży fakira, który utknął w szafie Ikea”, opowiada nam o absurdzie, pisaniu powieści w miesiąc i tym, co łączy literaturę z magią.

 

Dzika Banda: Dlaczego nie lubisz magii?

Romain Puertolas: To nie tak, że nie lubię. Mamy dość skomplikowane relacje balansujące na pograniczu miłości i nienawiści. Od małego jak tylko widzę sztuczkę magiczną muszę rozebrać ją na części pierwsze, żeby zobaczyć jak to działa. Dlatego pewnie nie rozumię ludzi, którzy dają się magii wodzić za nos.

Z tej potrzeby rozkładania na części pierwsze magiczne sztuczki wziął się twój kanał na YouTube?

Dokładnie. Chodziło o to, żeby z pomocą logiki pokazać, za czym magiczne sztuczki polegają. I wtedy się zaczęło…

Co?

Nienawiść. Zacząłem dostawać obraźliwe listy z całego świata. Życzono mi śmierci w męczarniach i takich tam.

David Copperfield blokował twój kanał…

Nie tylko, co blokował, a zamknął go jedenaście razy. Za każdym razem, gdy udawało mu się zlikwidować mój kanał, otwierałem nowy. A że miałem mnóstwo followersów na YouTube, to oni wrzucali non stop moje filmy i nic nie mógł z tym zrobić.

Nie uwierzę w to, że tego się nie spodziewałeś. Że znany iluzjonista będzie bronił swojej pracy, a ludzi nie będzie interesowała prawda.

Nie spodziewałem się tego, że tak ogromna rzesza ludzi, będzie przywiązana do iluzji, że nie będzie chciała widzieć prawdy i naprawdę będzie reagować agresją. Co do prowokowania Copperflielda – zgoda, wiedziałem (śmiech).

A teraz do meritum – pytałem o twoją wojnę z magią, bo wydaje mi się, że sporo łączy pisarza i iluzjonistę. Oba zawody polegają na swoistym oszukiwaniu ludzi. A ty zostałeś etatowym pisarzem…

I tu mnie masz. Oczywiście te zawody są tożsame. Swoją drogą zatem zostałem trochę hipokrytą…

Bez przesady – po prostu wpadłeś we własne sidła.

Trochę tak jest. Bo naprawdę uważam, że między magikiem a pisarzem nie ma zbyt wielkiej różnicy – inna jest technika, ale efekt pozostaje ten sam. Tworzymy iluzję, która uwodzi ludzi.

Jaki zatem jest twój stosunek do literackich krytyków? W końcu robią z tobą dokładnie to, co ty z Copperfieldem.

Na szczęście zarówno mój debiut, czyli „Niezwykła podróż fakira…”, jak druga powieść „O dziewczynce, która połknęła chmurę…” zostały bardzo ciepło przyjęte przez krytyków. Gorzej było na forach na Amazonie itp. Tam zdarzali się internauci, którzy miażdżyli mnie bezlitośnie. Z tym, że ja akurat nic sobie z tego nie robię, a to wynika z prostego powodu – nigdy w życiu nie sięgnąłem po książkę czy film sugerując się tym, co o nich napisano.

To, czym się kierujesz?

Sobą. Tym, co lubię, co czuję. Co mnie interesuje. Starałem się zawsze słuchać instynktu, a nie innych. Poza tym od małego uważam, że czytanie to akt niebywale intymny. Zostaje sam na sam z bohaterami i muszę sam wyrobić sobie o nich zdanie. Nie pomogą mi w tym dziennikarze, blogerzy itp.

 „Niezwykła podróż fakira…” i „O dziewczynce, która połknęła chmurę…” to powieści posługujące się absurdem, jako formą oswajania czy przedstawiania rzeczywistości. Powiedz – trudno ci zachować zdrowe proporcje między absurdem a powagą?

To absurdalne poczucie humoru obecne w moich książkach, to tak naprawdę ja. Moje spojrzenie na świat i to ja na niego reaguję. Kiedy kończę czytać to, co napisałem, często zdarza mi się jednak zmieniać tekst, poprawiać go, bo czasami odnoszę wrażenie, że przesadzam z absurdem i zaciemniam odbiorcy fabułę. I wtedy siadam i tnę, zmieniam, poprawiam.  Zatem czy jest mi trudno – nie. Ale nie zmienia to faktu, że pilnuję siebie, aby nie przesadzić. Bo mam świadomość, że nie każdy postrzega świat jak ja, że przeładowanie absurdalnymi sytuacjami fabuły sprawi, że fabuła przestanie dla czytelnika być atrakcyjna. A co za tym idzie – albo go zanudzę, albo zniechęcę. A osobiście to nie lubię literatury, która totalnie zrywa z rzeczywistością. Dlatego dla przykładu nie lubię fantastyki.

Czyli nie dorastałeś czytając Tolkiena?

Oczywiście, że dorastałem. Czytałem „Władcę…”, czytałem książki Michaela Moorcocka. Ale to było w okresie dorastania. Potem zwyczajnie z fantastyki wyrosłem. Przestała mnie pociągać.

Stąd twoja potrzeba demitologizowania sztuczek magicznych? Bo pociąga cię rzeczywistość? A może to lęk przed wyobraźnią.

Lęk przed wyobraźnią – nie. Ale te rzeczy faktycznie się łączą. Po prostu lubię sprawdzać jak coś działa pokazywać skąd pewne rzeczy się biorą, jak działają. Fantastyka, czyli świat wymyślony od a do z mnie nie podnieca intelektualnie.

Ale subtelne absurdalne komedie obyczajowe już tak. Ponoć powieść piszesz miesiąc, a masz już gotowe pięć następnych.

Masz bardzo rzetelne informacje (śmiech). Tak powieść piszę około miesiąca. Najczęściej na telefonie komórkowym i tak – faktycznie mam już rozgrzebane pięć kolejnych. W moim przypadku pisanie przypomniana trochę odkręcania kurka z wodą. Leje się i leje. Trzeba szybko podstawiać naczynia, żeby nie zalało. Teraz mam w sumie gotowe sześć powieści.

Koledzy pisarze cię zabiją za ta łatwość pisania!

W sumie to mógłbym coś jeszcze dla nich napisać… (śmiech)

A poważnie – spodziewałeś się sukcesu „Niezwykłej podróży…”?

Nie. Zanim sprzedałem prawa do debiutu, wysłałem do wydawnictw siedem innych powieści. Wszystkie odrzucono. Z przyzwyczajenia myślałem, że „Niezwykłą…” też odrzucą. A tu niespodzianka.

Co pisałeś wcześniej?

Podobne rzeczy – cały czas pisze o dziwnych przygodach, dziwnych postaci.

Powiedz mi jeszcze jedno – byłeś policjantem, pracowałeś w służbach imigracyjnych, na ile te wszystkie rzeczy, które widziałeś, dziwne przypadki ludzkie, z którymi miałeś do czynienia, wpływają na dziwne przygody twoich bohaterów.

W policji pracowałem w oddziale rozpracowującym gangi zajmujące się nielegalnym przerzutem ludzi. Co zabawne zanim przyjeżdżałem do Warszawy, jako pisarz, byłem tu, co miesiąc, jako policjant na spotkaniach Frontexu (Europejska Agencja Straży Granicznej). W przypadku „Niezwykłej podróży…” faktycznie część dziwnych przygód bohatera to rzeczy, które widziałem naprawdę pracując w policji. Uwierz mi – ludzie są naprawdę najbardziej zaskakującymi istotami na ziemi. (śmiech).

Skoro pracowałeś w Polsce, jako policjant zajmujący się nielegalną emigracją, to powiedz jedną rzecz – dużo się u nas mówi o nielegalnych emigrantach. W zasadzie to jeden z najpopularniejszych społecznych straszaków. A jak to wygląda w rzeczywistości? Czy Polska dla nielegalnych emigrantów jest równie atrakcyjnym krajem jak Francja czy Niemcy?

Jeśli chodzi o przejścia naziemne – kluczowymi punktami przerzutowymi są Grecja i Turcja. Polska owszem jest usytułowana na środku tzw. szlaku bałkańskiego, ale bez przesady. Jak rozumiem straszenie emigracja tu was to część gry politycznej, niż rzeczywistości. Popatrz na to od tej strony – ilu czarnych widzisz na ulicach Warszawy?

Niewielu.

Niemal wcale. Więc nie – Polska nie jest atrakcyjnym krajem dla nielegalnej emigracji. I nie sądzę, aby to się zmieniło.

 

 

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz