wywiady

Robin Hobb: Księgarnie wybrukowane są powieściami, których autorom wydawało się, że usiądą i coś napiszą [wywiad]

Robin Hobb, naprawdę nazywa się Margaret Astrid Lindholm Ogden. Jest autorką bestsellerowego cyklu fantasy „Skrytobójca”. George R.R. Martin i Orson Scott Card uznali ją za najlepszą współczesną pisarkę fantasy. Nam opowiada o tym, że pisanie fantasy wcale nie jest takie proste.

Robert Ziębiński: Fantasy to podobno najłatwiejszy gatunek literacki na świecie. Autor siada i pisze co tylko chce. To prawda?

Robin Hobb: Wiesz ile razy słyszałam na spotkaniach – zostanę jak ty, autorem fantasy, bo pisanie fantastycznych historii jest takie proste. Siadasz i piszesz. Bardzo bym chciała, żeby tak było, ale nie jest.

Bo?

Bo księgarnie wybrukowane są książkami fantasy, których autorom wydawało się, że usiądą i napiszą. A potem brutalna rzeczywistość rynkowa i czytelnicy powiedzieli – nie.

Ale z czego to wynika? Źle napisanych książek? Schematu, jakim rządzi się gatunek?

Do schematu jeszcze wrócę. Wspominasz o tym, że autor fantasy siada i może pisać, co chce. Pozornie tak jest. Nie ma przecież lepszego gatunku, w którym można uwolnić wyobraźnię, niż fantasy, które opowiada o magii, smokach i magicznych krainach. Części składowe opowieści są zatem absolutnie fantastyczne, a co za tym idzie – dające pełną wolność kreatywną. I tu dochodzimy do najważniejszego i zarazem najtrudniejszego – sprawienia, że ludzie uwierzą, że magia istnieje. Jedna szkoła pisarka, ta o której wspominasz twierdzi, że można spisać co się chce, bo w końcu budujemy świat i może w nim dziać się to, co tylko nam się zamarzy.  I to byłoby cudowne, gdyby nie było absolutnie niewykonalne. Bo tworzenie świata, który ma wciągać czytelnika, musi opierać się na mechanizmach,, które on zna. Tylko wtedy możemy poprowadzić opowieść tak, że odbiorca nie zorientuje się nawet, w którym momencie czyta historię o magicznych światach.

Wszystko jest manipulacją?

Nie manipulacją. Po prostu uwiarygodnieniem opowieści. Proszę sobie wyobrazić Hogwart z Harry’ego Pottera, który funkcjonuje na zasadach kompletnie absurdalnych. Nie ma hierarchii w radzie pedagogicznej, nie ma podziału na lekcje. Wszystko jest według klucza, który wymyśli sobie autor. Niby sytuacja idealna – w końcu twórczość ma opierać się na zasadzie wolności. Problem polega na tym, że wolność totalna jest niemożliwa. Zwłaszcza w sytuacji, gdy mówimy o literaturze gatunkowej, czyli w założeniu komercyjnej. Nie możesz wrzucić odbiorcy w świat, który nie ma zasad, bo czytelnik bardzo szybko się pogubi.

Bo jest leniwy?

Nie. Bo wszyscy działamy w obrębie pewnych schematów, które pozwalają nam kategoryzować i nazywać świat. Gdybym próbowała wmówić ci, że to okno przez które patrzymy teraz to drzwi, uznałbyś mnie w najlepszym wypadku za wariatkę, w najgorszym za kogoś kto próbuje namówić cię do wyskoczenia przez okno. I teraz wróćmy do powieści – jeśli mamy świat, który obraca się w obrębie rzeczy nazwanych i rozpoznawalnych dla wszystkich, to łatwiej jest czytelnikowi wówczas uwierzyć w to, że w normalnym świecie to okno, jest oknem i wyskoczenie przez nie skończyłoby się śmiercią. Ale w świecie fantastycznym z pomocą magii, dziwnych sił czy elementu nadprzyrodzonego zwykłe okno zamienia się w drzwi do innej rzeczywistości. Popatrz na szafę z „Opowieści z Narni” – po co C.S Lewisowi była cała część powieści w której opisywał życie dzieci w bombardowanym Londynie, ich podróż na prowincję do domu profesora Kirke’a? Ano po to, aby najpierw zbudować świat realistyczny, taki w którym wszyscy się odnajdują, a potem wprowadza szafę. Pozornie szafa jest zwyczajnym meblem. Dopiero przez przypadek mała Łucja odkrywa, że to drzwi do innego wymiaru. Gdyby Lewis nie zbudował poczucia realności świata otaczającego bohaterów, ich przejście na drugą stronę nie zrobiłoby takiego wrażenia. Przede wszystkim zaś nie byłoby wiarygodne, a co za tym idzie – nie okazałoby się tak wielkim przebojem.

Lewis nie tylko ogrywał nasz świat, on zbudował świat baśniowy, czyli Narnię na jasnych nawiązaniach do chrześcijaństwa. 

Ofiara króla Aslana, która jest ofiarą Chrystusową po raz kolejny – staje się jasna, przekonywująca i czytelna do odbiorcy dzięki temu, że odnosi się do postaw wiary, jaką znamy niemal na całym świecie. Oczywiście – nie ulega wątpliwości, że Lewis który był głęboko wierzący nawiązywał tu celowo do religii, ale nie zmienia to faktu, że opowieść stała się tak nośna, bo była łatwo rozpoznawalna dla odbiorcy.

Czyli zatem trzeba zawsze bazować na czymś, co jest znane odbiorcy?

Jeśli napiszę w powieści, że bohater wskakuje na konia, pędzi na nim czterysta kilometrów w jedną noc, nad ranem daje trochę owsa i jadą dalej, czytelnik rzuci książką przez pokój i tyle z jego zainteresowania. Wiemy przecież, że koń w realnym świecie padłby po takim rajdzie i tyle byłoby z podróży. Nie mówiąc o tym, że przejechanie konno czterystu kilometrów w noc, jest niemożliwe. Więc nie czterysta a czterdzieści. I koń musi odpoczywać, bo zdechnie. Komuś może wydawać się to dziwne. Ej, powieści fantasy mają magię, więc dlaczego to nie może być magiczny koń, albo bohater mieć magiczny napój.

No właśnie czemu nie może?

Może. Owszem. Ale jeśli nie wprowadzimy magicznego napoju, nie opiszemy magii wcześniej, to nie zadziała. O czym niestety większość autorów fantasy zapomina. Stąd w tylu powieściach magia pojawia się deus ex machina – wyskakuje nagle, gdy autor tak się zapędzi w historii, że uratować może go tylko czynnik nadprzyrodzony. Tyle, że wprowadzenie takiego elementu bez uprzedzenia, zamiast pomagać, burzy spójność książki. Bo nie sztuką jest stosować rozwiązania rodem z tanich powieści z lat 30., czyli nadludzkim wysiłkiem woli, wydostał się z płonącego samochodu, sztuką jest zbudowanie świata, w który czytelnik wierzy od początku do końca.

Przygody Harry Pottera, „Opowieści z Narni” – to powieści fantasy, których akcja toczy się na przecięciu naszego i magicznego świata. Tu łatwiej budować odwołania do rzeczywistości. Ale fantasy to gatunek, który bardzo często buduje świat od podstaw magiczny. I co – w nim także muszą działać te mechanizmy?

Nawet jeszcze mocniej muszą działać, bo budujemy świat, który nijak ma się do naszego, a czytelnik zanim się w nim zanurzy musi znaleźć oparcie. I buduje się je na wielu poziomach. Począwszy od konstrukcji świata w którym żyją bohaterowie, po zachowanie ich samych. Weźmy dla przykłady „Grę o tron”. Dlaczego jest tak popularna? Dlaczego George Martin stworzył świat, który pokochały miliony? Bo sprawił, że jest wiarygodny na niemal każdej płaszczyźnie. Walka o tron, to nic innego, jak walka o królestwo, podobna do tych jakie rozgrywały się u nas w średniowieczu. Ustroje polityczne jakimi rządzą się państwa w Westeros silnie odnoszą się do prawdziwych politycznych podziałów i wizji. Strategie, wojny podjazdowe i dworskie – to wszystko zupełnie śmiało mogłoby się wydarzyć w naszym świecie, bez udziału magii i smoków. Do tego bohaterowie – wszyscy oni zachowują się jak ludzie. Mają swoje namiętności, słabości, skrywają tajemnice. Bywają źli i wyrachowani, ale też i rycerscy i uczynni. Jak w życiu. Wszystko to buduje świat, który w finale wprowadza smoki i magię tak, że będąc czytelnikiem czy widzem, wierzymy, że tak tam jest. Ale nie byłoby to możliwe, gdyby martinowskie Westeros na poziomie konstrukcji, nie było lustrzanym odbiciem naszej rzeczywistości. Idźmy dalej – „Władca pierścieni” czyli biblia fantasy, to przecież świat, który na wielu poziomach odnosi się do naszej rzeczywistości. Tolkien odcinał się od interpretacji, jakoby „Władca…” był alegorią atomowej zagłady, ale już od nawiązań do całej drugiej wojny światowej nie. Powieść pisana była podczas niej, silnie czuje się w niej lęk przed wielką wojną, a opis zła i armii podbijającej świat, choć w jej skład wchodzą nieumarli jednoznacznie kojarzy się z tym co działo się podczas drugiej wojny.

Czy prawdziwym zatem byłoby stwierdzenie, że fantasy, jak i cała fantastyka, to gatunek pozornie wolny i łatwy, bo w praktyce wymaga niezwykłej konsekwencji i świadomości autora?

Przede wszystkim sprowadza się do tego, że autor musi mieć świadomość, że nie pisze dla siebie, a ludzi. Że powodzenie komercyjne powieści, czy cyklu uwarunkowane jest od czytelników. A ich nie można traktować jak idiotów. Dla nich trzeba budować świat, tak aby w niego wierzyli. Proszę pamiętać o jednym – mówimy o powieściach komercyjnych. O pisaniu, które ma się sprzedawać i być czytane. W zasadzie cała historia fantasy sprowadza się w tym wypadku do tworzenia światów tak prawdziwych, że nikt nie neguje istnienia w nich magii.  Wcale nie twierdzę, że nie da się uwolnić wyobraźni tak mocno, że napisze się powieść łamiącą wszystkie zasady, która zbuduje świat tak abstrakcyjny, że klękajcie narody. To się da zrobić. Więcej, to się dzieje. Z tym, że musimy mieć świadomość, że mówimy już nie o prozie komercyjnej, gatunkowej, a artystycznej. W prozie artystycznej możemy autentycznie wszystko. Ale autorzy jej mają świadomość, że to wszystko się nie sprzeda. To już rzecz dla kogoś, kto sięga po literaturę nie dla rozrywki, a poszukując bodźców, nazwijmy je, intelektualnych.

Nie istnieje zatem połączenie prozy intelektualnej i rozrywkowej?

Nie o to chodzi. Pewnie, że istnieje, weźmy choćby pierwszego z brzegu Dona DeLilo, który miesza w swoich powieściach wszystko, od literatury eksperymentalnej, po kryminał. Chodziło mi o to, że o ile pisanie mądrej fantastyki i fantasy wymaga od autora sporej wiedzy i warsztatu, z czego autorzy często nie zdają sobie sprawy.

I tu dochodzimy do wspomnianych na początku schematów. Brak warsztatu sprawia, że powieści fantasy grzęzną w schematach?

Brak warsztatu, umiejętności planowania, ale w ogromnej mierze nieświadomość gatunku, jaki się uprawia. Wspominałam, że „Władca pierścieni” jest alegorią wojny. Idźmy dalej – większość literatury gatunkowej da się odczytać, jako alegoria czy parafraza zjawisk nas otaczających. „Gra o tron” to opowieść o władzy i walce o nią. Harry Potter jest powieścią o dojrzewaniu. I tak dalej. Żeby każdy element w powieści zagrał, autor musi mieć świadomość opowiadanej historii. No i chcieć coś opowiedzieć. Jeśli ogranicza się tylko do wykorzystania schematu w stylu bohater wyrusza w podróż, aby w finałowej walce z siłami ciemności ocalić świat, to w zasadzie już koniec powieści. Bo utonie w powtarzalności schematu i nigdy ponad niego nie wyskoczy. Dlatego fantasy to pozornie łatwa literatura. Ma swoje schematy, dopuszcza magię i elementy nadprzyrodzone. Wszystko, co teoretycznie daje wolną rękę twórcy. Ale też wymaga od niego kreatywności i umiejętności tworzenia świata. Co w finale jest największym testem na rozumienie wolności. Bo z pisaniem jest trochę jak z życiem w społeczeństwie. Nasza wolność jest nieskończona, ale musimy umieć z niej korzystać, tak, aby nie zmieniła się w arogancję i anarchię.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz