wywiady

Robert Kirkman – „Outcast” to moja podróż w głąb opowieści o opętaniu [wywiad]

[infobox]Z Robertem Kirkmanem, scenarzystą i współtwórcą takich komiksów jak „Invincible”, „Żywe Trupy”, „Outcast: Opętanie” rozmawiamy o lękach, serialach telewizyjnych i Georgeu R.R. Martinie.[/infobox]

Dzika Banda: Czego się boisz?

Robert Kirkman: To co autentycznie mnie przeraża to jednak prawdopodobieństwo istnienia opętania. „Outcast” to w pewnym stopniu terapia, sposób na przepracowanie tego lęku. I nie myślę tu w kategoriach religijnych, a samym fakcie, że możesz przestać się kontrolować, że ktoś lub coś przejmuje władzę nad twoim ciałem i umysłem. A poza tym no wiesz – boję się ptaków.

Słucham?

Wiem, takie wyznanie sprawia, że można przestać uznawać kogoś za mężczyznę, ale spójrz na to z tej strony. Mają pazury, mają dzioby, skrzydła… One latają, mogą dostać się wszędzie. I to jest przerażające! (śmiech)

A teraz poważnie. O „The WalkingDead” pisano że było reakcją na świat zarówno po 11 września, jak kryzysie z 2008 roku. A jak rzecz ma się właśnie z „Outcast”? Czy tu też możemy mówić o metaforze współczesnych lęków?

Tego się nigdy nie planuje. To nie tak, że siadasz, wymyślasz historię i myślisz sobie – to będzie świetny komentarz do takiego i takiego zjawiska. Te rzeczy dzieją się poza twórcą i tworzywem. Moim podstawowym obowiązkiem jest po prostu wymyślenie historii. Na którą potem reagują ludzie. W przypadku „Outcast” pojawiły się głosy, że jest to seria, która komentuje globalny kryzys władzy. Że na swój sposób opowieść o opętaniu, jest opowieścią o tym jak rzeczywistość wymyka nam się z rąk, bo siły, które do tej pory były ignorowane, dziś przejęły, czy też przejmują  władzę nad światem.

Nie lubisz optymistycznych historii?

Przeciwnie. Zarówno „The WalkingDead” jak „Outcast” mimo całego swojego mroku, fabuły osadzonej w takiej a nie innej rzeczywistości, to jednak opowieści moim zdaniem odrobinę optymistyczne. W końcu bohaterowie pracują wspólnie i podejmują wysiłek, aby wydostać się z otaczającego ich mroku.

Trudno panuje się nad taką historią jak „Outcast” w telewizji? Nad komiksem masz pełną władzę, ale serial to jednak inne medium.

Nie, bo razem z Chrisem Blackiem, czyli producentem wykonawczym „Outcast” doskonale wiemy dokąd zmierzamy. Dlatego frajdę sprawia nam ten moment, kiedy ludzie po obejrzeniu całego sezonu odkrywają wszystkie smaczki i zabawy ukryte w fabule. Kiedy ktoś nagle mówi – to teraz już rozumiem, dlaczego jeden z bohaterów powiedział to, co powiedział w pierwszym odcinku. To wszystko odnosiło się do tego…  Na tym polega umiejętne opowiadanie – na panowaniu nad historią, prowadzeniu jej tak, aby zmierzała tam gdzie chcemy.

„Outcast” to twoja najmłodsza komiksowa seria. Nie boisz się, że niebawem podzieli los „Gry o tron” i serial wyprzedzi rysowaną rzeczywistość?

To pytanie powraca dość często. Rozumiem obawy, ale proszę pamiętaj o jednym – piszę o wiele szybciej niż George R. Martin! Poza tym zupełnie poważnie – razem z Chrisem Blackiem rozrysowaliśmy fabułę o wiele dalej niż jest pokazana na dziś w komiksie, tylko po to aby nad nią panować, a nie wyprzedzić sam komiks. Prawda jest taka, że jednak wydanie komiksu zajmuje dużo mniej czasu, niż nakręcenie serialu. Więc nie ma obaw – serial nie wyprzedzi komiksu. Co jednak nastąpi to w drugim sezonie będzie drobny rozdźwięk między komiksem a serialem. Od razu uspokajam fanów – główne zwroty akcji są takie same, ale wprowadzamy kilka modyfikacji fabularnych w serialu, których nie uświadczycie w komiksie.

To znaczy, że w przyszłości serial pójdzie w zupełnie inną stronę niż komiks?

Nie. Nic z tych rzeczy. Komiks jest fundamentem „Outcast”, i tak pozostanie.

O komiksowej serii „Invincible” mówiłeś, że to twój list miłosny do opowieści o superbohaterach. „The WalkingDead” jest z kolei dla ciebie wyznaniem miłości do filmów George’a A. Romero. Komu zatem składasz hołd w „Outcast”?

Oczywiście „Egzorcyście” i całemu gatunkowi filmowemu wyrastającemu z tego filmu. Jeśli o „The WalkingDead” mówiłem, że to moja próba zmierzenia się z opowieścią zombie, która nigdy się nie kończy, tak „Outcast” to moja podróż w głąb opowieści o opętaniu. Kyle, czyli główny bohater powoli zanurza się w ten świat po to, aby dążyć do podstaw, do korzeni opętania, tego skąd się wzięło, jaka siła je powoduje. A zatem wychodząc od miłości do „Egzorcysty” próbuję sięgnąć dalej – głęboko w gatunek i zjawisko.

W przyszłym roku planujesz zakończyć swoją flagową komiksową serię, „Invincible”. To jak to jest – przestałeś kochać historie o superbohaterach?

O, wypraszam sobie! Nic z tych rzeczy. Przeciwnie, kocham je jeszcze mocniej niż na początku. Prawda jest taka, że zdecydowałem się zakończyć ten cykl, bo wszystko w nim idealnie się ze sobą zgrało, a historia kapitalnie zapięła. I teraz „Invincible” to monumentalna historia, która ma swój początek, środek i koniec. Osobiście – pewnie, żałuję, że to już koniec. Ale jako autor nie mogę ciągnąć tej historii dalej z jednego powodu – ona sama z siebie nagle stała się zamkniętą całością. Nie wolno mi tego rozwalić. Po prostu nie.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz