wywiady

Robert J. Szmidt – wszyscy funkcjonujemy w branżowej bańce medialnej [wywiad]

Z Robertem J. Szmidtem rozmawiamy o premierze jego książek na Zachodzie, przyszłości rynku wydawniczego i świata jako takiego.

Rozmowa odbyła się w kwietniowe popołudnie w przydworcowej restauracji, podającej najlepszą pizzę w mieście. Siedzieliśmy lekko na uboczu, w przyjemnie nasłonecznionej sali, a kelnerki uwijały się jak w ukropie i ze zmęczonym uśmiechem mijały jednego z najlepiej sprzedających się polskich pisarzy fantastyki ostatnich lat. Autora, którego kolejne książki – Szczury Wrocławia, dwie odsłony Metra i cykl Pola Dawno Zapomnianych Bitew – szturmują topki Empiku z impetem nosorożca. A to przecież wierzchołek góry lodowej, bo ta ostatnia seria została wydana na rynku anglojęzycznym. Na naszym rynku działał natomiast od dawna – i to w różnych rolach: redaktora, pisarza, selekcjonera, wydawcy.

Na początek chciałbym pogratulować wydania Łatwo być Bogiem na Zachodzie. Jak się czujesz, wypływając na szerokie wody?

Łatwo być bogiem, nieprawdaż? [śmiech] Czuję się tak jak każdy, komu udało się wejść na większy rynek, ale to tak naprawdę dopiero początek mojej przygody na Zachodzie, więc obawiam się, że na razie niewiele więcej mogę powiedzieć. Rynek amerykański bardzo się różni od polskiego, i to pod każdym względem. Ja dopiero poznaję mechanizmy nim rządzące i staram się w nich odnaleźć. Na pewno odczuwam ogromną radość i zadowolenie, że mogę wziąć do ręki moją książkę ozdobioną angielskim tytułem; że widzę Easy to Be a God na Amazonie pomiędzy książkami znanych autorów. I to jest naprawdę fantastyczna sprawa, że można zajrzeć na strony, na które się wcześniej wchodziło, żeby sprawdzić, co tam ciekawego na Zachodzie wydają, i zobaczyć swoje nazwisko. Ale tak jak wspomniałem, za wcześnie jeszcze na opowiadanie, jak to odnosi się sukces na Zachodzie, bo co prawda udało mi się wbić do Top 100 fantastyki na japońskim i australijskim Amazonie, ale to jednak nie Stany. W każdym razie – jeśli wierzyć przestrogom wydawcy – nie powinienem liczyć na podobne wyniki przy pierwszej książce, a jednak pojawiłem się na tamtejszych topkach. W Japonii dostałem się nawet na pierwsze miejsce Hot New Releases i na siódme w space operze. Przez moment Easy to Be a God było więc wyżej notowane niż najnowsza książka Jacka Campbella, która wyszła w tym samym czasie.

No właśnie zauważyłem, że dosyć często gościsz na topkach, i zastanawia mnie pewien brak pokrycia, bo tu rozbijasz bank, a mówi się o Tobie i Twoich książkach raczej niewiele. Jak myślisz, dlaczego to tak działa?

Ja tego też do końca nie rozumiem. Od ludzi znających ten temat lepiej usłyszałem taką teorię: wszyscy funkcjonujemy w branżowej bańce medialnej, która obejmuje grupę tysiąca, góra dwóch tysięcy osób. W takiej bańce może być bardzo głośno o jakiejś książce albo osobie, wszyscy mogą o nich mówić, ale efekty rynkowe takiej popularności są stosunkowo niewielkie.

Prawdziwy sukces odnosisz, jeśli uda ci się przebić na zewnątrz, do masowego czytelnika. Jeśli twoja rozpoznawalność wśród ludzi, którzy nie należą do fandomu, nie jeżdżą na konwenty, ale lubią czytać fantastyki, jest wystarczająco duża, odnosisz sukces mimo przemilczenia w środowisku. Takich czytelników jest bowiem dużo więcej niż we wspomnianej bańce medialnej, zwanej też czasem obrazowo „gettem”.

Jak to działa? To, że na Facebooku widzę mnóstwo odniesień do jakiegoś tytułu, wcale nie oznacza, że ludzie na zewnątrz o nim się dowiedzą. A prawda jest taka, że 80-90% sprzedawanych w Polsce książek trafia do ludzi spoza wspomnianej bańki. Usilnie pracowałem przez kilka lat, by trafić właśnie do nich, i chyba mi się to udało. Moja najnowsza książka (Na krawędzi zagłady, trzeci tom Pól dawno zapomnianych bitew) weszła na listy bestsellerów prawie wszystkich dużych księgarń, i to z takim impetem, że nawet wydawca był zaskoczony rozmiarami sukcesu. Mówimy o książce, która do dzisiaj doczekała się tylko kilku recenzji, głównie na blogach; nawet tak zwani patroni medialni w przeważającej części nic o niej nie napisali. Gdyby powszechność informacji w bańce miała jakiekolwiek znaczenie, pewnie przepadłbym z kretesem, a tu takie zaskoczenie.

Poprzednie tomy sprzedawały się całkiem przyzwoicie, natomiast najnowszy to prawdziwy hit – wejście na główną stronę Empiku, i to kilkakrotnie, to naprawdę niezłe osiągnięcie, zwłaszcza w przypadku space opery, która zawsze ustępowała popularnością innym podgatunkom fantastyki. Wygląda więc na to, że stałem się na tyle rozpoznawalny, iż ludzie sięgają po moje książki bez dodatkowych zachęt.

Zastanawiałem się, czy masz jakąś teorię, dlaczego to tak zadziałało.

Nie mam, sam byłem bardzo zdziwiony, ponieważ wiem, że można osiągnąć bardzo dobrą, wysoką sprzedaż, liczoną w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, tylko wtedy, gdy robi się poważne kampanie reklamowe. Tak właśnie działa dzisiaj rynek księgarski – włożenie większych pieniędzy w marketing sprawia, że więcej ludzi dowiaduje się o istnieniu książki. Zauważasz ją, ponieważ w gazetach o niej piszą, w radio o niej mówią, może nawet w telewizji coś o niej wspomną. Dlatego tym bardziej cieszy mnie sukces odniesiony bez tego wsparcia. Jak to możliwe? Z jednej strony mam na pewno zaufanie czytelnika, budowane na poprzednich książkach, które spodobały się na tyle, że ludzie czekają na nowe tytuły. Z drugiej strony dzięki rozliczeniom wydawniczym widzę, że moje książki mają ciągłą, stabilną sprzedaż. W ich przypadku nie ma czegoś takiego jak krótki okres dużej popularności i spadek w zapomnienie. Wyjaśnię, jak to działa, na przykładzie. Pierwszy tom cyklu trafił do sprzedaży trzy lata temu, także odnosząc spory sukces, zwłaszcza w segmencie książki elektronicznej. Od tamtej pory Łatwo być Bogiem cały czas się sprzedaje, wracając na tak zwane topki przy okazji wydawania kolejnych tomów cyklu – co dało się również zauważyć przy okazji publikacji Na krawędzi zagłady. Dzięki temu wyniki sprzedaży z okresu początkowego zostały już podwojone, jeśli nie potrojone, a to z kolei oznacza, że każdy kolejny tom serii trafia na bardziej podatny grunt. Ludzie po prostu czekają na kolejne tomy ulubionych serii.

Wspomniałem przed momentem o rynku e-booków, który jest dla mnie naprawdę bardzo ważny; sporo się napracowałem, by być na nim obecnym i zauważalnym. Na pewno znasz mój portal www.fantastykapolska.pl, jedną z dwóch naprawdę wielkich legalnych i bezpłatnych e-bibliotek fantastycznych na świecie. Nie tylko ją stworzyłem, ale też udostępniłem wiele swoich tekstów, aby popularyzować e-booki. I to naprawdę działa. W chwili obecnej mam już prawie dziesięć tysięcy użytkowników, którzy ściągnęli łącznie ponad milion opowiadań, noweli i powieści. Dzięki takim akcjom ludzie dowiadują się nie tylko o autorach, których wcześniej nie znali – wspomniana bańka się kłania – ale także mogą sprawdzić, jak ci autorzy piszą. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Moje książki sprzedają się już nie w setkach, ale w tysiącach elektronicznych egzemplarzy, co w przypadku Polski jest bardzo dobrym wynikiem. A to chyba dopiero początek, rynek czytników rozwija się bowiem w oszałamiającym tempie.

Właśnie ukradłeś mi pytanie, czy upatrujesz przyszłości w formatach elektronicznych <śmiech>.

Zadaj to pytanie, powiem ci, dlaczego widzę przyszłość w e-bookach.

Dlaczego widzisz tak świetlaną przyszłość rynku książki elektronicznej?

To proste. Rozmawiamy dzisiaj w Zawierciu. W mieście powiatowym, nie wojewódzkim, oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od większych metropolii. Jeżeli przejdziemy się po okolicy, znajdziemy jedną księgarnię, mini-sieciówkę w bocznej uliczce, w której znajdziesz może dziesięć procent tego co w przeciętnym Empiku. A takich miast w Polsce są setki, jeśli nie tysiące. Dzisiaj książka papierowa sprzedaje się tylko w wielkich aglomeracjach albo wysyłkowo. Na prowincji nie znajdziesz dużych sieci typu Empik czy upadający Matras, znaczna część Polski jest więc odcięta od książek. Tak samo zresztą jak od kina. Skąd biorą się u nas takie fenomeny jak potężne piractwo czy popularność płatnych kablówek? Ano stąd, że ludzie nie mają innego dostępu do dóbr kultury.

W Zawierciu jest kino, stare, jednoekranowe, ale gdybym chciał zobaczyć film, który akurat wchodzi na ekrany, ale nie jest tym jednym wybranym, który trafił tutaj na prowincję, to nie mam wyjścia, muszę jechać do najbliższego dużego miasta, a to jest już prawdziwa wyprawa zajmująca całe popołudnie. Mówimy też o wydatku rzędu dwustu złotych, jeśli policzyć paliwo, bilety, parkingi i coś do zjedzenia. Jeśli spojrzysz na problem z tej perspektywy, zobaczysz doskonale, jakim udogodnieniem jest elektroniczny dostęp bezpośredni do książek, filmów i innych dóbr kultury. Zakupy przez Sieć pozwalają nam, mieszkańcom prowincji, czyli ponad połowie obywateli tego kraju, być na bieżąco, przynajmniej w przypadku książek.

Siedziałeś po wszystkich stronach biurka. Jesteś pisarzem, redaktorem, selekcjonerem, tłumaczem…

Nawet w drukarni przez chwilę coś tam robiłem.

I jeszcze to. Zastanawiam się, która z tych ról była dla Ciebie największym wyzwaniem.

To wszystko są pokrewne zawody, więc trudno powiedzieć, który sprawiał mi najwięcej problemów. Najcięższe to jest to, co się robi aktualnie, ale po głębszym zastanowieniu chyba mógłbym powiedzieć, że redaktorowanie było najbardziej niewdzięczne. Po pierwsze co chwilę zyskujesz wrogów. Ludzie zaczynają cię nienawidzić tylko dlatego, że odrzucasz ich teksty. Naprawdę. Dla tych, którzy trafiają do druku, jesteś gość, ale ci, którzy uważają, że są lepsi, a zostali odrzuceni… Powiem ci, że przez dziesięć lat redaktorowania dorobiłem się wiernej gromadki wrogów, którzy do dzisiaj umilają mi życie gdzie mogą. Chociaż ja naprawdę byłem jednym z niewielu redaktorów, który nie dokonywał selekcji, kierując się kryterium znajomości. Dla mnie najważniejsza była zawsze jakość tekstu. Przecież ja większości autorów nie mogłem wcześniej znać. Tak wygląda specyfika pracy przez Internet. Powiem więcej, to nie była nawet moja suwerenna decyzja. Miałem wyselekcjonowany zespół czytelników zero, którym wysyłałem pakiety tekstów, i na podstawie informacji od nich zestawiałem teksty do kolejnych numerów. Jeśli trzeba było, ostro pracowaliśmy nad opowiadaniami. Stąd wiem, że nawet bardzo średniego autora można wyprowadzić na ludzi.

Problem jednak w tym, że częściej trafiałem na grafomanów, dla których informacja, że nie umieją pisać, była straszliwą obrazą… Pamiętam parę takich sytuacji, kiedy nie dało się człowiekowi wytłumaczyć, że to, co napisał, nie ma wiele wspólnego z językiem polskim. Zachowałem sobie na skrzynce mailowej parę takich dyskusji, w których autorzy udowadniali mi, że ten ich bełkot jednak coś znaczy. Niestety nie znaczył, możesz mi wierzyć, dlatego takie teksty były odrzucane, a ich autorzy wyżywali się potem na mnie. Zatem uważam, że to jest chyba najbardziej niewdzięczna praca, jaką wykonywałem.

Pisarstwo to radość tworzenia. Wymyślasz wszystko od podstaw, konstruujesz bohaterów i zaplatasz akcję, obudowujesz ją szczegółami. Tłumaczenie jest z kolei ciężką pracą, ale metodyczną. Tu tekst jest już napisany, trzeba tylko ubrać go w słowa, żeby czytelnik otrzymał dokładnie to, co jest w oryginale, ale po polsku. Pozostałe rzeczy… jak już wspomniałem, zahaczałem też o pracę na drukarni, ale to były epizody; gdy robiłem pierwsze czasopisma, chciałem poznać każdy aspekt ich powstawania, więc czasami zdarzało mi się stanąć na maszynie razem z drukarzem i we dwóch kalibrowaliśmy wały, żeby kolor był jak najlepiej spasowany. Gdyby dzisiaj postawiono mnie na którymkolwiek odcinku produkcji książki, podejrzewam, że dałbym sobie radę, ponieważ robiłem już wszystko: DTP, skład, cokolwiek. Poza tym eksperymentowaliśmy z nowymi technikami wydawniczymi, ponieważ w czasach, gdy zaczynałem wydawać czasopisma, a był to początek lat dziewięćdziesiątych, druk kolorowy był jeszcze w powijakach.

Wróćmy do etapu selekcjonera. OK, narobiłeś sobie wrogów, ale wypuściłeś też watahę zdolnych pisarzy. Czy masz takich „wychowanków”, z których jesteś szczególnie dumny?

Ciężko mówić o kimś takim jak wybrani wychowankowie, ponieważ starałem się podchodzić tak samo do każdego autora, z którym współpracowaliśmy. Jeżeli ktoś napisał fajny tekst i przysłał go do nas, miał praktycznie stuprocentową pewność, że trafi na łamy. Nawet jeśli trzeba było nad nim popracować. Szczerze powiedziawszy, największą satysfakcję z pracy nad tekstem miałem przy „Marsie” Rafała Kosika.

To jest w ogóle ciekawa historia. Rafał przysłał shorta, takiego króciaka na jedną albo dwie strony, który zresztą poszedł w „SF-ie” parę lat później, ponieważ chciałem pokazać czytelnikom, co można zrobić z takiego niewielkiego tekstu. A zaczęło się tak: powiedziałem Rafałowi, że podoba mi się jego wizja, ale moim zdaniem warto ją rozwinąć. Posłuchał mnie i jakiś czas później podesłał pierwszą wersję powieści. Usiedliśmy nad nią i zaczęliśmy pracować, omawiając rozdział po rozdziale, wątek po wątku, jak to robiono w dawnych czasach. Pamiętam, że to była naprawdę niesamowita praca, ponieważ Rafał jest zawodowcem. On doskonale wiedział, o co chodzi, więc nie traktował moich uwag jako ingerencji w swoją twórczość, tylko zastanawiał się nad proponowanymi rozwiązaniami. Niektóre przyjmował, inne odrzucił. Ostateczna wersja „Marsa” różni się jednak sporo od tej pierwotnej.

Szkoda, że dzisiaj tyle książek trafia do druku zaraz po oddaniu, tylko po redakcji językowej, z pominięciem etapu redakcji merytorycznej. Mimo że czasami współuczestniczyłem w procesie powstawania tekstu albo podrzucałem autorom rozwiązania, to jednak daleki byłbym od przypisywania sobie sukcesów, jakie odnieśli ludzie, którzy u mnie debiutowali, a jest się przecież czym pochwalić: Szczepan Twardoch, Łukasz Orbitowski, Robert M. Wegner, Magda Kozak. Jeśli dobrze pamiętam, przez łamy Science Fiction, a potem Science Fiction Fantasy i Horror przewinęło się ponad stu siedemdziesięciu autorów, z czego kilkunastu dzisiaj święci tryumfy na rynku wydawniczym. Kilkadziesiąt osób ma też za sobą publikacje własnych książek.

Pozwól, że wspomnę autora, na którego od początku bardzo stawiałem, mówię tu o Robercie M. Wegnerze. Wiele lat temu dostałem dwa opowiadania od niego. Jedno z cyklu meekhańskiego, który już wtedy powstawał, a drugie zwykłe science fiction. Ten drugi tekst poszedł od razu, ale wkrótce potem padł nam dysk, na którym była archiwizowana poczta i nadesłane teksty. Tak, nie backupowaliśmy zawartości dysków, to był błąd, który bardzo drogo nas kosztował. Wiesz na pewno, jak w tamtych czasach wyglądały odzyskane dane. Czysta sieczka, tysiące plików bez nazwy, trzeba było każdy z nich otwierać i sprawdzać, co zawiera. Zajmowałem się takim odzyskiwaniem przez kilka miesięcy, z doskoku, na ile czas pozwalał, ale przez cały czas pamiętałem, że miałem jeszcze jeden tekst Roberta. Niestety nie mogłem się z nim skontaktować, ponieważ straciłem także zawartość skrzynki mailowej, a więc i jego adres. Pracowaliśmy więc ze spływającymi na bieżąco materiałami, a w wolnych chwilach, których nie było zbyt wiele, grzebałem w tych danych. Dopiero po paru latach udało mi się dogrzebać do tego drugiego tekstu, zadzwoniłem więc pod numer, który na nim podano, okazało się, że jest na szczęście nadal aktualny. Robert jest naprawdę fajnym, ale skromnym człowiekiem, nie narzucał się więc; skoro się nie odzywaliśmy, uznał, że tekst fantasy nam nie podchodzi, a że skupił się na cyklu meekhańskim, nie podsyłał kolejnych opowiadań.

Większość autorów nieustannie mnie molestowała, więc liczyłem, że się odezwie, zapyta, co z tym drugim tekstem. No ale się nie odezwał, dlatego tyle to trwało. W końcu jednak zadzwoniłem, powiedziałem, że to znakomity kawałek, który także chciałbym wydać. I tak rozpoczęliśmy długą współpracę, choć niestety z dwu-, a nawet trzyletnim opóźnieniem. Warto jednak zauważyć, że od takiej głupoty, od zwykłego technicznego błędu może zależeć przebieg czyjejś kariery. Robert miałby szanse na znacznie wcześniejsze zaistnienie, gdyby nie taki parszywy zbieg okoliczności, ale pamiętałem o nim, ponieważ tak właśnie działałem jako redaktor – chciałem wydać wszystko, co było tego warte.

Zauważyłem, że rozmawiamy głównie o tekstach przynajmniej pozornie uznanych za rozrywkowe…

W Science Fiction publikowałem też całkiem poważne teksty, mimo że nie ukrywaliśmy nigdy, iż tworzymy magazyn popkulturowy. Żeby się utrzymać na rynku, trzeba mieć wysoką sprzedaż, więc zdecydowana część tekstów powinna być komercyjna. Czyli rozrywkowa. Ale moja polityka wyglądała tak, że jeżeli trafił się wartościowy tekst, taki naprawdę porządny, literacki, to zawsze znalazłem dla niego miejsce obok opowiadań stricte rozrywkowych. Idea była taka, by tworzyć numery zróżnicowane: dla fanów rozrywki – rozrywka, dla miłośników głębszej literatury –coś poważniejszego. Myślę, że to jest klucz, o którym należy pamiętać przy robieniu pisma, jeśli chce się, by dotarło ono do szerszej masy czytelników. W każdym numerze każdy czytelnik musi dostać coś dla siebie.

Jasne, ale też się zastanawiam, czy to nie jest zbyt okrutny stereotyp, który trochę utrudnia pracę, że rzeczy rozrywkowe nie mogą być wartościowe.

Ja nie mówię o tym, że one nie są wartościowe. Ja tylko zaznaczam, że czasopismo w obecnej rzeczywistości musi zadowalać znacznie szersze spektrum gustów niż takie ukierunkowane tytuły jak Lampa, gdzie nie doszukasz się warstwy czysto rozrywkowej. Kandydaci do nagród literackich zaczynają często w takich miejscach jak moje pismo, a potem trafiają w ręce ludzi, którzy rozwijają ich kariery. Tak to powinno w każdym razie wyglądać. Aby utrzymać się na rynku i nie tracić, musiałem drukować co najmniej kilkudziesięciotysięczne nakłady, żeby sprzedać czterdzieści, pięćdziesiąt procent egzemplarzy trafiających na rynek. Takie są niestety realia. Tylko duży nakład może trafić do większości kiosków, a tych, dodajmy, jest w Polsce ponad pięćdziesiąt tysięcy. Wiadomo, że w jednych punktach nakład zejdzie do czysta, a w innych z trzech egzemplarzy sprzeda się jeden. To są sprawy, o których ludzie zazwyczaj nie myślą, ale czasopisma nie da się zrobić i utrzymać, jeśli nie masz dobrego biznesplanu w głowie. Natomiast wartość artystyczna to jest wartość dodana. Jak schrzanisz coś na poziomie planowania finansowego albo marketingowego, to żebyś nie wiem jak dobry towar oferował, poniesiesz klęskę.

Władowałeś w Science Fiction sporo lat życia, planowania i wysiłku. Nie żałowałeś, że przekazałeś to pismo w ręce innego wydawcy?

Nie. Pracowałem nad tym pismem prawie dziesięć lat. To mi wystarczyło. Poza tym zacząłem więcej pisać, więc uznałem, że najrozsądniej będzie zdystansować się od redaktorowania. Tak też zrobiłem i naprawdę tego nie żałuję.

Na zakończenie zwróćmy się ku Twoim najnowszym książkom. Kiedy czytałem o przygodach Święckiego, widziałem w tle tego, co robi, dosyć okrutną dystopię. Czy nasz świat zmierza w tę stronę? W stronę takiej kumulacji kapitału, władzy, w rękach nie najodpowiedniejszych osób?

A przepraszam, czy tego nie widać? Rozejrzyj się wokół. Co jakiś czas czytamy o fuzji wielkich korporacji. Biznes zaczyna już ulegać totalnej globalizacji, jeszcze chwila i na scenie zostanie tylko kilku wielkich graczy. Weźmy Google, przecież to tak gigantyczna korporacja, że już teraz nie sposób ocenić jej prawdziwego wpływu na nasze życie. Jesteśmy zależni od kilkunastu megakorporacji ale nie umiemy sprawdzić, czy ich właściciele nie mają ze sobą powiązań kapitałowych jeszcze bardziej scalających te biznesowe struktury. O takich rzeczach dowiadujemy się na ogół przypadkiem albo po fakcie. Tak więc moja wizja przyszłości nie jest wcale tak odległa od tego, co możemy zobaczyć za oknami.

Czy z tej drogi da się jakoś zawrócić?

Raczej nie. Przynajmniej nie bez ogromnej rewolucji, która może doprowadzić do czegoś jeszcze gorszego. Ale ja bałbym się nie głupich biznesmenów, tylko niemądrych polityków.

Kategorie
wywiady
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności - i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych - GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz