wywiady

Peter Watts – idea SF jako prognostyka przyszłości jest poważnym błędem [wywiad]

Jego „Ślepowidzenie” czyta się i interpretuje na kierunkach filozofii i psychologii, a treść i naukowe zaplecze zachwyca nawet akademickich nestorów. Na koncie ma Hugo i Shirley Jackson Award. Peter Watts opowiada nam m.in. o pierwszej próbie literackiej, odczuciach po „Avatarze” czy wierze w życie pozaziemskie.

 

Co właściwie skierowało cię na pisarską ścieżkę? Czy od najwcześniejszych lat chciałeś opowiadać historie? Może odczuwałeś jakieś szczególne powołanie, a może była to twoja próba znalezienia sposobu na życie?

Jakoś, kiedy miałem siedem, może osiem lat, usłyszałem słuchowisko Disneya bazujące na ich adaptacji Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Był niedzielny poranek, audycja na antenie krajowego radia. Całkowicie mnie pochłonęło. Siedziałem z fioletową kredką i kilkoma arkuszami papieru, zapisując z tej historii tyle, ile byłem w stanie zapamiętać – sam tworząc własną opowieść. Ten tekst musiał być do bani (mój tato powiedział, że załoga nie porzuciłaby statku tak szybko, jak ja to opisałem), ale strasznie nakręciłem się na tą historię.

Wynika z tego tyle, że moim pierwszym aktem popełnienia fikcji literackiej była trzystronicowa nowelizacja radiowej adaptacji filmu opartego na powieści… Z perspektywy czasu, miło mieć świadomość, że już w 1966 roku byłem tak głęboko zanurzony w multimedialnych formach. Naprawdę, wyprzedzałem swój czas.

Tak czy inaczej, to pierwszy raz, jaki pamiętam, w którym byłem natchniony do pisania. A od tego czasu pisałem już tylko coraz częściej. Szkoda, że zajęło mi ćwierć wieku, zanim zdołałem coś opublikować…

Jak myślisz, dlaczego niektórzy wydawcy określają twoje książki jako„zbyt mroczne”?

Nie wiem, czy niektórzy naprawdę uważają je za zbyt mroczne. Jedyny profesjonalny wydawca, który zrobił taką uwagę (z tego, co wiem) był z Rosji, co zawsze uważałem za cudownie ironiczne, ale myślę, że oni mogli tylko próbować zracjonalizować fakt, dlaczego odrzucili publikację Rozgwiazdy.

Oczywiście, od tego czasu wszystkie moje książki pojawiły się w Rosji – niektóre w wielu wydaniach – i nie widzę teraz, by moja praca była dla nich zbyt mroczna.

„Ślepowidzenie” często jest nazywane twoim magnum opus, na niektórych uczelniach, studenci filozofii i psychologii mają ją na liście lektur. Oprócz tego wygrała wiele nagród. Czy nie obawiasz się, że już żadna z twoich książek nie osiągnie takiego sukcesu?

O tak. Obawiam się, że Ślepowidzenie rzuci cień na prawie wszystko, co od teraz napiszę. Jest też jedną z przyczyn, dla których kolejna książka, którą zamierzam napisać, będzie technothrillerem osadzonym w niedalekiej przyszłości albo romansem historycznym. Dlatego, że o wiele trudniej jest porównywać jabłka z brokułami.

Z drugiej strony, prawdopodobnie lepiej mieć napisane jedno Ślepowidzenie niż żadne.

Gdzie doszukiwać się początku koncepcji na kosmiczne wampiry i postludzkie zombie?

Wampiry powstały z panelu, na który ktoś mnie wcisnął na konwencie w Edmonton, na wiele lat przed napisaniem Ślepowidzenia. Był to panel o wampirach, i po dziś dzień nie mam pojęcia, dlaczego mnie tam umieścili, byłem przecież pisarzem hard SF. Nigdy nie napisałem nic o wampirach, nie interesowałem się nimi, wręcz uważałem je za nieco idiotyczne. Może ktoś z konwentu mnie nie lubił?

Tak czy inaczej, byłem na panelu o wampirach i wszyscy rozmawiali o Buffy i Angelu, a ja nie miałem nic do powiedzenia o którymkolwiek z nich. Natomiast wiedziałem coś o biologii, więc postanowiłem zabawić się, próbując wysnuć półprawdopodobne wyjaśnienia biologiczne dla różnych aspektów mitu o wampirach. Było to swego rodzaju wyzwanie, ponieważ wampiry, biologicznie rzecz ujmując, są jednymi z najgłupszych mitycznych stworzeń, jakie można sobie wyobrazić (może z wyjątkiem wilkołaków). Ale wtedy wpadłem na pomysł tzw. Crucifix Glitch – mechanizmu neurologicznego, który nie tylko tłumaczy niechęć wampirów do krzyży, ale także wyjaśnia, dlaczego cały gatunek wyginął – i zdałem sobie sprawę, że to nie najgorszy pomysł.

Na panelu nie wypadło to zbyt dobrze. Żaden z pozostałych prelegentów nie wiedział, czym jest funkcja interpolująca i jaki może mieć związek z rozkwitającym romansem pomiędzy Angelem i Buffy, ale przynajmniej nikt więcej nie wybrał mnie już do żadnego „wampirycznego” panelu. A kiedy podczas pisania Ślepowidzenia nagle przyszło mi do głowy, że w fabule jest dziura w „kształcie” wampira, tylko czekająca na wypełnienie, wykorzystałem swój wcześniejszy pomysł. Tak oto stworzyłem gotowe wampiry.

Jeśli chodzi o zombie, to „filozoficzny zombie” był już podstawą filozoficznych dyskusji na długo zanim zacząłem pisać Echopraksję. No i już zrobiłem wampiry; zombie wydawały się więc idealnym uzupełnieniem.

Wizja w Echopraksji nie jest zbyt optymistyczna. Czy myślisz, że ludzkość przyszłości również będzie miała nieprzyjemne niespodzianki?

Zapomnij o przyszłości. Myślę, że obecnie na ludzkość czekają nieprzyjemne niespodzianki.

Czy biolodzy w twoich książkach, przykładowo ci w Echopraksji, posiadają coś z twojej osobowości?

Co najmniej filozoficzną mentalność. Może też odrobinę przeżyć, cechę osobowości, może dwie, które mogą pochodzić też od moich przyjaciół – biologów. Byłbym głupi nie korzystając z tego źródła. Umysł biologa jest jedną z tych niewielu rzeczy, na których naprawdę się znam.

Niedawno odwiedziłeś Polskę – uczestniczyłeś w festiwalu fantastyki Pyrkon. Jakie są twoje wrażenia z wizyty?

Korzystne i ekstatyczne. Generalnie bardziej preferuję europejskie festiwale w porównaniu do tych północnoamerykańskich, a sam Pyrkon był jednym z najbardziej imponujących, jakie kiedykolwiek widziałem. Być może byłem na innych festiwalach, które miały więcej punktów artystycznych lub były ściślejsze tematycznie, ale nigdy nie byłem na takim, który byłby bardziej energiczny. Był to zdecydowanie największy festiwal, na jakim kiedykolwiek byłem. Myślałem, że Les Utopiales (Francja) jest duży, lecz Pyrkon był dosłownie dziesięciokrotnie większy. To mnie powaliło. Co więcej, po kilku latach nudy festiwalowej, całkowicie wzmocniło mój entuzjazm do takich wydarzeń.

Powiedz mi, ile jest prawdy w tym, że sprawdzasz polskie opinie na temat swoich prac?

Chodzi o „samowyszukiwanie”? Sądzę, że to konkretnie masz konkretnie na myśli. Raczej skupiam się na opiniach i recenzjach w języku angielskim. Generalnie nie szukam ich w żadnym innym. No, chyba że ktoś mnie akurat do takich odeśle.

Pracowałeś przy tworzeniu gier. Czy doświadczenia z tej pracy są przydatne w pisaniu opowieści?

Niekonwencjonalnie: elementy tworzące udaną grę różnią się od tych, które trafiają do udanej powieści. Zawiłe spiski dostępne dla powieściopisarza są trudne do umieszczenia w grze, w której twój bohater może postępować samodzielnie i robić rzeczy, niekontrolowane przez autora. W dzisiejszych czasach im bardziej chcesz, aby twoja fabuła znalazła się w grze, tym mniej swobody dajesz graczowi (gra paradoksalnie staje się wówczas mało grywalna).

Zapewne nie zawsze tak będzie. Sądzę, że w pewnym momencie technologia wyewoluuje do punktu, w którym wątek będzie proceduralnie generowany z działań gracza (w przeciwieństwie do prostych, dostępnych obecnie opcji ograniczonego rozgałęzienia). Dlatego uważam, że gry, pomimo swych obecnych ograniczeń, są przyszłością opowiadania historii. Bardzo bym chciał mieć w to jakiś wkład.

Zaś jedyna powieść powiązana z grami wideo, jaką kiedykolwiek napisałem (Crysis: Legion), była świetną zabawą – sprawiła więcej frajdy niż pisanie zwykłej książki, nawet pomimo strasznie napiętych terminów, twórców ciągle zmieniających fabułę oraz wręcz toksycznej polityki biura. Wydaje się zabawne, że tak wiele z tego, co sprawia, że granie to przyjemność, pochodzi od punktu widzenia scenarzysty. Taki absolutnie głupi przykład: rzeczy pokroju kosmitów, potrafiących przemierzać kosmos z łatwością, z jaką my przechodzimy przez ulicę, a mogą zostać zastrzeleni naszą zwyczajną ludzką bronią. W zasadzie, to trochę analogia na poziomie osadzenia gry w realiach, gdzie ludzie zostają sromotnie skopani przez kolonię lemurów. Ten projekt próbował wymyślić różne retoryki i uzasadnienia, by usprawiedliwić tę głupotę, aby nadać sens tym nonsensownym elementom. Rezultatem nie była sztuka najwyższych lotów, ale kiedy ktoś każe ci napisać Stary Testament w konwencji pentametru jambicznego, nie narzekasz, jeśli wynik nie zakończy się wygraną literackiego Nobla. Jesteś cholernie dumny, że byłeś w ogóle w stanie to zrobić.

Nad czym obecnie pracujesz? Gdzieś zostało powiedziane, że nad Sunflowers. Podobno masz już skończone trzy historie.

Aktualnie pracuję nad odpowiedziami do tego wywiadu. W międzyczasie przeplatam to z małym scenariuszem SF napisanym dla ludzi z X-Prize (właśnie zostałem zrekrutowany do ich „Rady Doradczej Science Fiction”, nie mam pojęcia, co to jest).

Ciekawe, że wspomniałeś o Sunflowers. Właśnie wysłałem czwartą historię z tej serii do mojego wydawcy w Tachyon, nazywa się The Freeze-Frame Revolution i opowiada o buncie, wspominanym od czasu do czasu w kilku innych opowiadaniach. Wydaje mi się, że wkrótce ukaże się też po rosyjsku.

Następnie mam w planach Intelligent Design. Technothriller bliskiej przyszłości, opowiadający o „smart money” i genetycznie modyfikowanych olbrzymich kałamarnicach.

Uważasz, że twoje książki są zawsze zgodne z nauką? Nie wydaje ci się, że nauka może ograniczać wyobraźnię?

Myślę, że na swój sposób moje książki są aż nazbyt zgodne z nauką. Spędzam tak wiele czasu na próbach usprawiedliwienia niektórych zjawisk w teksach, że czasami drastycznie zaburzam rytm narracji. Co więcej, „nauka” jest dynamiczna, zmienia się – rzeczy, teorie, hipotezy uważane dziś za prawdziwe, w następny czwartek mogą okazać się całkowicie błędne. Kiedy więc oprzesz opowieść na czymś, co przeczytasz w „Science”, ale po kilku latach, okazuje się, że zostało to już obalone, to twoja historia szybko się dezaktualizuje.

Na drugą część pytania odpowiem twierdząco – im więcej wiedzy naukowej posiada się w danej dziedzinie, tym bardziej ogranicza się możliwości wyobraźni. Za każdym razem, gdy do głowy wpadnie ciekawy, abstrakcyjny pomysł, doświadczenie w rzeczywistym świecie wychodzi na wierzch i podpowiada dziesięć powodów, dla których ten pomysł nie miałby prawa bytu. Chyba do pewnego stopnia trzeba być nieświadomym aktualnych modeli nauki, aby poczuć się komfortowo podczas pisania. Wszak niektóre z najbardziej wizjonerskich dzieł napisali ludzie, naprawdę niewiedzący, o czym piszą. I dlatego mogli pozwolić wyobrazi wznieść się ponad granice konwencjonalnej mądrości.

A prawdą jest, że zostałeś biologiem, aby poznać język delfinów?

Heh, niezupełnie. Prawda, że przez szkołę średnią przeszedłem zachwycony możliwością komunikacji międzygatunkowych. Czytałem prace Johna Lilly’ego i wiele innych popularnonaukowych książek, wychwalających wysoką inteligencję waleni. Jednak w momencie rozpoczęcia formalnej nauki w tej dziedzinie, bardzo szybko wyzbyłem się pewnych uprzedzeń.

Nie zrozum mnie źle, nadal uważam, że my – ludzie – wcale często nie doceniamy zdolności kognitywnych innych gatunków (w ten weekend „New York Times” opublikował artykuł o tym, że być może nawet świstaki posiadają swój język). Nadal też uważam, że wiele waleni jest cholernie inteligentnych. Choć sam język może nie być najlepszym miernikiem inteligencji – można posilić się o stwierdzenie, iż gatunek żyjący pod wodą, używający dźwięków do wszystkiego, od echolokacji do oszałamiania ofiar, może mieć mniejszą potrzebę formalnego języka niż ludzie.

Co więcej, przez dekady nie odkryto żadnych rozstrzygających dowodów na istnienie formalnego języka waleni. A my, empirycy, powinniśmy podchodzić sceptycznie do wszelkich roszczeń w przypadku braku odpowiednich świadectw.

Z takich anegdotycznych spraw. Widziałeś może kiedyś coś, czego nigdy nie spodziewałbyś się na dnie morza?

Raz widziałem kondoma na dnie Howe Sound.

Dość banalne pytanie, ale czy wierzysz w życie pozaziemskie? Czy myślisz, że wśród gwiazd żyją istoty, z którymi moglibyśmy się kiedykolwiek skontaktować? Czy raczej wątpisz w możliwość dogadania się z nimi?

Owszem, wierzę w takie życie. Powiem więcej, wierzę w inteligentne, technologicznie zaawansowane życie pozaziemskie. Biorąc pod uwagę to, co obecnie wiemy o ewolucji życia w różnych środowiskach, w jakich może ono się znaleźć i znając potencjalną liczbę takich środowisk we wszechświecie, uważam, że jest to już statystyczna pewność.

Jednak to, czy kiedykolwiek nas odwiedzą, czy kiedykolwiek się skontaktujemy – to zupełnie inna kwestia. Jeżeli tak się stanie, nie mam pojęcia, czy będziemy w stanie się dogadać. Jeśli darwinowski dobór naturalny ma wpływ w całym wszechświecie, to wszystko, co gdzieś wyewoluowało, zostało ukształtowane przez te same procesy, które ukształtowały życie na Ziemi. Takie wnioski sugerują, że ludzie i obcy będą mieć dużo wspólnego, a co za tym idzie – być może będziemy mieć odpowiednie aparaty, aby się „dogadać”. Oczywiście, taki tok myślowy zdaje się przybliżać także obraz ludobójczej wojny terytorialnej i inwazji oraz niszczenia planet.

Co myślisz o filmach, które nie do końca przestrzegają praw ewolucji, takich jak Avatar lub E.T.?

E.T.to w sumie bajka w fikcyjnym świcie science fiction. Jeśli zastanowisz się nad tym w ten sposób, to działa dobrze. Nie oczekuje się wiarygodności w bajkach.

Z kolei przy Avatarze mam znacznie bardziej mieszane uczucia. Widać, że twórcy bardzo się starali, aby biologia Pandory przynajmniej „wydawała się prawdopodobna”, ale potem wpadli na potrzebę upewniania widzów, że obcy „mają sutki”, jak to Cameron powiedział w wywiadzie (tj. nie mogli pokazać skrajnie odmiennych kosmitów, bo musieli w jakiś sposób być rozpoznawalni dla ziemskiej publiczności). Film stara się także o kredyt zaufania, pokazując przebłysk dwóch stworzeń pośrednich między humanoidalnymi Na’vi a heksapodalnym gatunkiem, który zdominował pozostałe kręgowce. Twórcy wiedzieli, jakie zasady łamią i wyraźnie to w utworze potwierdzili, więc za taką świadomość ich szanuję. Niemniej, uznaję, że wykreowany świat, tętniący życiem w tle, jest dziesięć razy ciekawszy niż faktyczna fabuła.

Choć wciąż daleko mu do doskonałości. Całe założenie biosfery, w której wszystkie zwierzęta mają nerwowe złącza USB zwisające z szyjek, to po prostu błaganie o dalsze efekty. Gdzie są pasożyty, trafiające do układu nerwowego gospodarza i kontrolujące jego zachowanie? Gdzie znajdują się środki zaradcze drapieżników, które powinny ewoluować, hakować i kontratakować naturalnych wrogów i konkurentów na poziomie neurologicznym? Wystarczyła jedna cecha biologii Pandoran, aby wysłać cały ekosystem na własną unikatową trajektorię, a jednak wydaje się, że w ogóle nie ma ona wpływu na stosunki ekologiczne. Drapieżnik i zdobycz zdają się oddziaływać na Pandorę w podobny sposób, jak na Ziemi. To według mnie prawdziwa porażka wyobraźni.

Jednak najbardziej wkurza mnie w biologii Avatara niesamowita głupota samych biologów. Wspomniane interfejsy nerwowo-USB obecne we wszystkich makroflorach – w sieciach neuronowych drzew i sieciach botanicznych – wszystko to powinno po prostu krzyczeć „celowa inżynieria” do każdego kompetentnego biologa. Pandora jest sztucznym ekosystemem. Nie ewoluowała – została „zaprojektowa”. Byłoby to oczywiste dla każdego, kto ma choćby licencjackie zrozumienie procesów ewolucyjnych… A żaden z naukowców w filmie nie wspomniał o tym jako o możliwości.

Jako pełnoetatowy pisarz wciąż masz czas na inne rozrywki? Czy raczej preferujesz zgłębianie tajnik nauki w swoim wolnym czasie?

Jedną z rzeczy, najbardziej przeze mnie nielubianych w byciu pisarzem na pełen etat jest to, że nie mam już czasu na czytanie dla czystej przyjemności. Mam regał woluminów, które kupiłem z myślą o przeczytaniu, ale po prostu nie mam jeszcze na to czasu. Większość książek, czytanych przeze mnie obecnie, to albo badania, albo pozycje, do których ktoś mnie prosi o blurb.

Bardzo lubię gry wideo, choć generalnie ograniczam się do grania w jedną na rok, z prostego powodu – gdybym grał w tyle gier, ile bym chciał, nie wychodziłbym w ogóle z domu. Dawniej nurkowałem, ale od lat już tego nie robię. Staram się biegać i podnosić ciężary, co jak mniemam niektórzy uznaliby za „rozrywkę”, lecz ja nienawidzę każdego kroku i każdego podniesienia, zrobionego przez te wszystkie lata. Jedynym powodem, dla którego wciąż tego nie porzuciłem jest strach przed otyłością.

Jak myślisz, dlaczego ludzie mówią, że jesteś raczej ponurą i pesymistyczną osobą, kiedy z wielu spotkań i relacji wychodzi coś zgoła innego? Może dysponujesz po prostu specyficznym poczuciem humoru?

A więc tak – sądzę, że wszyscy ci, którzy myślą, że jestem wiecznie ponury, to generalnie ci, którzy nigdy nie mieli ze mną do czynienia. Niestety, więcej jest osób, które w ogóle mnie nie spotkały, niż tych, z którymi miałem przyjemność nawiązać kontakt. Pewnie stąd takie opinie.

W rzeczywistości uchodzę za dość zabawnego, właściwie za gościa w typie do rany przyłóż.

Ma to sens. A teraz, czym jest dla ciebie science fiction? Sposobem na przewidywanie przyszłości? Czy próbą wyprzedzenia technologii i nauki? A może tylko rozrywką wysokich bądź niskich lotów?

Uważam, że idea SF jako prognostyka przyszłości jest poważnym błędem. Szczególnie, gdy masz setki tysięcy historii, osadzonych w przyszłości, niektóre z nich trafiają w dziesiątkę lub dwie inne trafiają przypadkowo. Niemniej, to nie cel tego gatunku. Jego zadaniem jest – jak sądzę – wypróbowanie różnych możliwości przyszłości, żeby nie powiedzieć „tak to się potoczy”, ale raczej „przypuśćmy, że wszystko potoczy się w ten sposób i jakie będą tego konsekwencje”? SF to jedyny gatunek zaprojektowany od podstaw w celu zbadania wpływu zmian naukowych, kulturowych czy technologicznych na społeczeństwa. Każda historia, mówiąca o czymś takim, jest z natury fikcją naukową.

Jestem pewien, że już o tym wcześniej słyszałeś. Zdaję sobie sprawę, że dość często wygłaszam tę opinię.

A może potrafisz wskazać, czego brakuje w tym gatunku? Czy nie sądzisz, że science fiction straciło swoją dawną pozycję (szczególnie w twardej odmianie)?

Szczerze powiedziawszy, trudno jest mi konkretnie odpowiedzieć. Jak wspomniałem, mam za mało czasu na czytanie książek z myślą o przyjemności, przez co jestem niesamowicie w tyle. Odnoszę wrażenie, że coraz więcej autorów pisze SF nie dlatego, że chce badać implikacje nauki, ale dla ideologicznego komentarza (kosmici na ten przykład są po prostu wygodną, choć ciężką metaforą „obcego”). Oczywiście, taka rola jest uzasadniona – LeGuin bądź Butler to dwoje mistrzów tego podgatunku – lecz coraz trudniejsze w zrozumieniu jest dla mnie to, że SF staje się obecnie oceniania na podstawie tego, czy przechodzi przez pewne testy ideologiczne, w przeciwieństwie do tego, czy historia jest narracyjnie spójna lub interesująca z naukowego punktu widzenia.

Powtórzę się, że jestem bardzo w tyle, więc dokładnie nie wiem. Być może całe spektrum SF jest nadal zdrowe i kwitnące, a ideologowie wydają się być nieproporcjonalnie wpływowi, ponieważ krzyczą najgłośniej.

Kategorie
wywiady
Adrian Turzański

Urodzony pod znakiem Skorpiona, w roku "Leona zawodowca", "Pulp Fiction", "Króla Lwa" i filmowych adaptacji "Maski" oraz "Kruka".Kulturoznawca, pożerający szeroko pojętą popkulturę, choć nie wyłącznie. Redaktor, krytyk, szortalista, publicysta, bibliofil, a przede wszystkim :homo verecundus". Przez swoje krótkie życie przebywający w różnych subkulturach, kręgach i środowiskach. Ma swój gust i swoje zdanie. Bynajmniej nie konformista. Wśród jego autorytetów, na których teoriach wcale często się opiera, są Eco, Barthes, Koneczny, Derrida, Eliade, Benedict, Kopaliński i Geertz. Niestety, wszyscy już odeszli...

Dodaj komentarz