wywiady

Nicholas Sparks: wiem jak pisać bestseller [wywiad]

Nicholas Sparks autor bestsellerowych romansów z „Pamiętnikiem” na czele, tylko nam opowiada o tym jak powstaje romans, jak tworzy się powieść, która podbije rynek i tym, że milion dolarów to wcale nie tak dużo jak może się wydawać.

 

Dzika Banda: Mamy rok 1996 wydajesz swój debiut „Pamiętnik” i… co z miejsca zostałeś gwiazdą? To był przecież wielki bestseller.

Nicholas Sparks: dokładnie to była tak. W 1995 roku sprzedałem wydawcy „Pamiętnik” za gigantyczną wówczas kasę – okrągły milion dolarów. Zanim powieść się ukazała minął rok. Co działo się z milionem przez rok? Zwyczajnie się rozszedł. Kiedy dostajesz czek najpierw opłacasz swojego agenta i płacisz podatki. Ponieważ to był sam początek mojej kariery nie widziałem, czy taka kwota jeszcze się powtórzy resztę ulokowałem na kontach oszczędnościowych, spłaciłem hipotekę, no i odłożyłem pieniądze na szkoły dla dzieci. Raptem może miesiąc po tym jak zarobiłem milion już go nie było. Wtedy w 1995 roku nikomu poza żoną, nie chwaliłem się ile dostałem pieniędzy. Nie byłem przecież pewny tego jak rynek zareaguje na książkę, czy się sprzeda, czy będę miał szanse na podwojenie kolejnej zaliczki. Jestem rozsądnym człowiekiem, a więc zapewniłem nam – jako rodzinie – małą stabilizację finansową na przyszłość, a potem wróciłem do swojej starej pracy.

 

Jak to – wróciłeś do pracy?

 

Zwyczajnie. Uznaliśmy z żoną, że to jeszcze nie jest ten moment, w którym możemy rzucić wszystko. Codzienne życie to rachunki, opłaty, losowe zdarzenia. Kilkaset tysięcy dolarów wydawane na bieżąco szybko by się skończyło. Co więcej wtedy nie miałem zupełnie pomysłu na drugą powieść!

 

To kiedy wszystko się zmieniło?

 

W październiku 1996 roku ukazuje się w Stanach „Pamiętnik”. Kiedy okazuje się, że utrzymuje się on przez trzy miesiące na listach bestsellerów, a ja zdołałem jednak napisać drugą powieść, dokładnie w lutym 1997 roku składam wypowiedzenie w pracy i zostaję pełnoetatowym pisarzem.

 

Kiedy upomniało się o ciebie Hollywood?

 

To nie taki proste. Kurcze, jak się komuś wydaje, że przebicie się do Hollywood jest proste to się grubo myli. Najpierw niestety trzeba wypracować sobie nazwisko. A to znaczy, że musisz pojawić się wszędzie – aby spece od filmów o tobie usłyszeli i się tobą zainteresowali. Można oczywiście działać w inny sposób i próbować przebić się do Hollywood samemu, ale to mozolna i żmudna praca. W moim przypadku było tak, że mój agent i ludzi od promocji ciężko pracowali nad tym, aby o książkach było głośno, a potem, gdy już było głośno, pojawiła się propozycja adaptacji „Listu w butelce”. Film trafił do kin w 1999 roku, czyli trzy lata po tym jak sprzedałem „Pamiętnik”. Film nie odniósł takie sukcesu jak spodziewało się studio. Po trzech latach przerwy zekranizowano „Jesienną miłość” (w Polsce pod tytułem „Szkoła uczuć”), który okazał się wielkim sukcesem, ale tylko i wyłącznie przez to, że Warner Bros nie chciało, kręcić tego filmu i powstał za mikro pieniądze (kosztował 10 milionów, zarobił 50 – przyp. red.). Dwa lata później do kin trafia „Pamiętnik” – ogromny sukces, wielki kult dookoła tego filmu, ale co się dzieje? Otóż paradoksalnie nikt nie rzuca się na ekranizowanie moich kolejnych powieści. Mijają cztery lata zanim do kin trafiają „Noce w Rodanthe”, które z kolei nie przynoszą takich zysków, jakie planowano.

 

A potem wydarzyło się coś dziwnego…

 

Tak potem wydarzyło się coś dziwnego, bo mimo niekorzystnych wyników „Nocy…” rusza lawina produkcji filmów opartych na moich powieściach.

 

Jak sądzisz, dlaczego tak się stało?

 

Z prostego powodu. W końcu zaczęto logicznie szacować budżety tych produkcji. W przypadku „Listu w butelce” film kosztował 80 milionów i zarobił tylko ponad sto. „Szkoła uczuć” kosztowała tylko dziesięć a zarobiła pięć razy tyle. Teraz każdy film, jaki powstaje na podstawie moich powieści ma zazwyczaj budżet sięgający maksymalnie dwudziestu pięciu milionów i zarabia około stu milionów. To zdrowy i dobry układ. W przypadku romansu czy melodramatu nie ma, co sztucznie pompować budżetu, tu nie trzeba wydawać na efekty specjalnie ani nic z tych rzeczy. Potrzebujesz tylko dobrego planu zdjęciowego i charakterystycznych aktorów, których polubią widzowie. Zejście z budżetów sprawiło, że filmy oparte na mojej prozie stały się bezpiecznie dla producentów. Teraz na premierę czeka już „Dla Ciebie wszystko”, jeśli uzyska wynik powyżej budżetu ruszy produkcja „Najdłuższej podróży”.

 

Matematyka, zatem okazuje się mieć tu kluczowe znaczenie.

 

Zawsze ma kluczowe znaczenie. Zwłaszcza, gdy mówimy o czymś takim jak sukces.

 

Sukces można wyliczyć?

 

Można wyciągać logiczne wnioski z cyfr i robić tak, aby nie popełniać błędów poprzedników.

 

To znaczy? Jak to wygląda w praktyce?

 

Zwyczajnie wygląda. Zanim napisałem „Pamiętnik” miałem w szufladzie dwa kryminały, które nie dość, że były złe, to nikt nie chciał ich wydać. A więc usiadłem z moim agentem i zacząłem myśleć – co napisać, aby odnieść sukces. Przeglądaliśmy listy bestsellerów i patrzyliśmy, co się sprzedaje, czego nie ma, a na co mogłaby być nisza. I z tego naszego liczenia wyszło mi, że na rynku nie ma powieści, która zaspokajałby potrzeby dwóch różnych odbiorców: młodych dziewczyn pragnących czytać o pierwszym romansie i dla kobiet w podeszłym wieku, które dziś żyją już wspomnieniami. Tak powstał „Pamiętnik”, który opowiadał historię kobiety chorej na Alzheimera, której mąż opowiada historię ich romansu. Dwie grupy docelowe w jednym.

 

I to wystarcza? Czyli można wyliczyć sukces?

 

Nie wystarcza oczywiście, bo gdyby tak było, świat wypełnialiby tylko bestsellerowi autorzy, ale dobre ocenienie rynku pomaga sprzedać powieść na poziomie pomysłu. Jeśli wytłumaczysz wydawcy, czego nie ma i gdzie być może leżą pieniądze – masz spore szanse na to, że uda ci się sprzedać książkę. Potem oczywiście jeszcze musisz ją napisać. Ale ten mechanizm szacowania rynku działa i się sprawdza. Dan Brown i jego „Kod Da Vinci” to najlepszy przykład na celne wyliczenie niszy. Zanim powstała ta powieść miał na koncie kilka książek, których nikt nie kupował. Aż w końcu sprawdził, czego nie ma. A nie ma nie tyle teorii spiskowych, ile powieści z teoriami spiskowymi, ale opartymi na religii. A potem się potoczyło.

 

Z tego, co mówisz można odnieść wrażenie, że twoje powieści, czyli romanse wcale nie są tak emocjonalne jak mogłoby się wydawać.

 

Mówiłem ci, że po tym jak znajdziesz i wyliczysz niszę rynkową, musisz napisać powieść. A tu już matematyka nie działa. Musisz zrobić to tak szczerze i dobrze jak tylko potrafisz. Czytelnik zawsze się zorientuje, jeśli chcesz nabić go w butelkę.

 

To jak planujesz postaci w swoich książkach?

 

A zaraz ci pokażę. Powiedzmy, że bohaterką będzie czterdziestodwuletnia kobieta, która ma córkę nastolatkę (bo już taką może mieć), ale także ma malutkie powiedzmy roczne dziecko (bo także może i nikogo to nie dziwi). Jej rodzice albo jeszcze są czynni zawodowo – jeśli była ich pierwszym dzieckiem itp., albo są w domu opieki (bo była najstarszą córką). Na tym poziomie trafiamy już do odbiorcy, który jest nastolatką (i przeżywa bunt przeciwko mamie, która na domiar złego ma małe dziecko) oraz kobiet w okolicach czterdziestki, które mają trudną sytuację rodziną: musza dla przykładu opiekować się rodzicami, całkiem niedawno odszedł od nich mąż, a rodzina właśnie się powiększyła. Teraz musisz wymyślić, kim był/jest maż, wpisać w postać bohaterki jakiś zawód/traumę, w każdym razie coś, co uczyni ją interesującą i piszesz powieść.

 

Zawsze tak pracujesz?

 

Tak zawsze staram się najpierw wymyślić postaci, bo to one są siłą napędową powieści, które piszę. Romans to gatunek, którego trzon stanowią relacje międzyludzkie a dopiero potem akcja. Najpierw tworzysz postać, zadajesz sobie pytanie: dlaczego dzieje się w jej życiu to, co się dzieje, a potem piszesz. Pamiętaj tylko o jednym: od czasów „Romeo i Julii” osią romansu jest zawsze jakieś wydarzenie, które sprawia, że bohaterowie nie mogą być razem. Nieważne czy to trauma czy rodzinny konflikt. Musi być coś, co dzieli postacie i sprawia wrażenie, że przez to nigdy nie uda im się być razem. Wytnij z „Romeo i Julii” konflikt rodzin i nie masz romansu. Motyw rozłąki musi się pojawić – bez niego nie ma opowieści.

 

A powiedz na dziś – jako autor bestsellerów tłumaczonych na ponad trzydzieści języków, czujesz się spełniony?

 

Jako człowiek – tak. Jako pisarz… Nie… Wiesz, co ja zawsze wyznaję zasadę, że należy cały czas przeć do przodu. Owszem osiągnąłem wielki sukces, ale są też tacy, którzy osiągnęli jeszcze większy. A więc mierzę się z nimi i chcę być coraz lepszy. Do dla przykładu J.K. Rowling jeszcze mi sporo brakuje – a zatem to mój cel.

 

Ale zawsze będzie ktoś lepszy, ktoś wyżej…

 

I dobrze, bo to daje ci motywacje do działania i robienia tego, co robisz jeszcze lepiej.

 

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz