aw.com
wywiady

Michael Palin: w poszukiwaniu utraconej prawdy

O tym czym jest prawda, pisaniu powieści, poprawności politycznej, „Sensie życia” i tym, że świat to miejsce, które kompletnie oszalało, opowiada Michael Palin.

 

Dzika Banda: Zazwyczaj jak mówimy Michael Palin, to od razu przychodzą do głowy proste skojarzenia: Monty Python, komik, podróżnik, aktor, scenarzysta. O tym, że jest pan pisarzem wie niewielu.

Michael Palin: Bo jestem leniwym pisarzem. Na Boga, bardzo leniwym, „Prawda” to moja druga powieść po prawie osiemnastu latach przerwy!

Musi pan przyznać, że aby zatytułować powieść „Prawda” trzeba być trochę bezczelnym.

Bo?

Bo czym jest w naszych czasach prawda? Czy w ogóle istnieje?

Żyjemy w czasach, w których prawda stała się towarem handlowym. Każdy tworzy własną wersję prawdy, którą sprzedaje ludziom. Reklamy pokazują prawdziwą rzeczywistość, ale każda jest zupełnie inna. Butelka wody, która stoi na naszym stoliku zapewne opisana jest tak, żeby zawierała wszelkie możliwe składniki, które mają nam wmówić, że to prawdziwa woda.

W takim radzie, co jest dziś prawdą?

A co było prawdą wcześniej?

Miga się pan od odpowiedzi.

Nie znam jej. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie w całej powieści, choć zapewne mówiąc to zdradzam czytelnikom zakończenie. Ale dobra, spróbuję odpowiedzieć tak. Patrzę na pana – ma pan okulary, mówi płynnie po angielsku, wygląda na miłego faceta? Czy to prawda? W tej chwili tak. Ale czy jest pan zawsze miły i sympatyczny? Chyba nie, bo są zapewne ludzie, którzy uważają inaczej. Cytat z Oscara Wilde’a w powieści to nie przypadek. Prawda to niebywale skomplikowana rzecz – a my żyjemy w czasach, w których każdemu się wydaje, że ma monopol na prawdę. Mój pomysł na tę powieść narodził się właśnie z takiej sytuacji ja ta, w której jesteśmy. Oto mamy bohatera, który uwielbia i podziwia kogoś, kogo nigdy nie poznał. Kiedy zbliża się do swojego obiektu uwielbienia prawda okazuje się zupełnie inna. Proste, ale niech mi pan uwierzy – wystarczająco długo żyję na tym świecie, aby wiedzieć, że ludzie uwielbiają wierzyć we własną i jedyną wizję prawdy.

Nie musi mnie pan do tego przekonywać – jesteśmy w Polsce w kraju, w którym całe państwo walczy o smoleńską prawdę.

Im więcej wersji prawdy będziecie tworzyć, tym będziecie od niej dalsi, ale o tym nie musze mówić.

Z panem jest tak samo. Wie pan, że w Polsce kiedy mówimy Monty Python większość osób myśli „brytyjski humor”.

Podczas kiedy my nigdy nie byliśmy przedstawicielami klasycznego brytyjskiego humoru! A komedie Christophera Crichtona? A Ealing Studios? My byliśmy przeciwieństwem subtelnego brytyjskiego humoru. Byliśmy głośni i absurdalni, podczas kiedy brytyjski humor jest subtelny i zgryźliwy.

Jak i sprośny weźmy dla przykładu serię „Do dzieła…”

Dokładnie. Ma wiele odcieni. Ten kto uważa, że Monty Python to klasyczny brytyjski humor tkwi w błędzie.

W swojej powieści wprowadził pan postać Polki, żony bohatera, która go rzuca, bo jest…

Zbyt brytyjski i ślamazarny. To akurat uniwersalna prawda o nas Brytyjczykach. Uwielbiamy tkwić w miejscu, snuć fantazje i mało robić, aby je zrealizować. Tej flegmatyczności nie wytrzymuje żona emigrantka, która nie chce siedzieć czterech literach i czekać na to, co przyniesie jej życie. W sumie wzorowałem ją trochę na Margaret Thatcher. (śmiech) Dobra żartowałem. Tak naprawdę przyglądałem się Polakom w Wielkiej Brytanii, większość z nich ma w sobie energię, chęć zmiany własnego losu. Uczy się języka, zdobywa wiedzę, zaczyna robić karierę…

Ale wie pan, że to nie jest prawda o Polakach. Część z nich owszem jest przebojowa, ale większość lubi jednak osiąść na czterech literach, pracować na budowie czy w knajpie i mieszkać na Ealing…

Oczywiście racja. W małej Warszawie…

Tak już nazywacie tę dzielnicę?

Dokładnie, została przez was skolonizowana. Do tej pory było tak, że gdziekolwiek jechałeś na Wyspach, jeśli widziałeś chińską i hinduską restaurację mogłeś być pewien, że mieszkają tam emigranci. Teraz rozpoznaje się to po polskich sklepach. (śmiech)

Brytyjczykom to przeszkadza?

Mnie nie, komuś innemu tak. To naturalne, że emigranci uwierają część społeczeństwa. W końcu wiele osób widzi w nich konkurencję i zagrożenie.

Pan należy do tych Brytyjczyków, którzy nie ukrywają swojej sympatii do Polski.

Bo lubię wasz kraj i nie uważam, żeby to było coś, czego mam się wstydzić. Mam tu przyjaciół. Kręciłem tu filmy. Dziwi mnie za to, to jak Polacy potrafią być zaskoczeni, tym, że ktoś lubi wasz kraj.

To znaczy?

Na przykład – udzielałem wywiadu w waszej telewizji śniadaniowej i prowadząca zadaje mi pytanie – dlaczego lubi pan Polskę? Ale z takim wyrazem twarzy, jakby nie mogła uwierzyć, że Polskę można lubić.

Bo my tak już mamy. Lubimy jak się nas nie lubi, bo wtedy możemy narzekać i marudzić.

Pewnie przez to Brytyjczycy dobrze czują się w towarzystwie Polaków. My też lubimy marudzić.

Mówiąc o Polsce – podczas kręcenia „Nowej Europy” spotkał się pan z Lechem Wałęsą. Podobno nasz prezydent całą rozmowę był bardzo spięty i poważny, spuścił z tonu dopiero, gdy zapytał pan o jego córkę Marię Wiktorię, która wówczas brała udział w „Tańcu z gwiazdami”.

Chociaż podziwiam Wałęsę i jego osiągnięcia to jednak rozmowa z politykiem, który siedzi za biurkiem w zamkniętym pokoju zazwyczaj skazana jest na porażkę. I nie ważne czy jest on Wałęsą, Tony Blairem czy Barackiem Obamą, gdy rozmawiasz z nim w jego gabinecie polityk zawsze zachowuje dystans i wygłasza banalne kwestie na temat swojej kariery, misji, osiągnięć i programu politycznego. Tak było z Wałęsą właśnie. Mąż stanu, wyróżniony pokojową nagrodą Nobla przez większość naszej rozmowy wydawał się powtarzać wyuczone w setkach wywiadów slogany i hasła. Myślałem sobie, cholera, trzeba było usiąść w jakiejś restauracji, miejscu neutralnym, gdzie zachowywałby się swobodnie – z mojego doświadczenia wiem, że najlepiej wychodzą rozmowy podczas jedzenia – i wtedy wpadłem na pomysł żeby zapytać go o córkę. Wiedziałem, że bierze udział w polskiej edycji „Tańca z gwiazdami”, więc zapytałem. I tu wydarzyło się coś zupełnie niespodziewanego, z Wałęsy uszło całe powietrze, zniknęły wyuczone pozy polityka, który po raz kolejny udziela wywiadu, a pojawił się człowiek. Zaczął opowiadać o sobie, rodzinie, tym jak jest dumny z córki, nawet przeprosił nas za to, że zachowywał się tak wyniośle i poważnie. I tym sposobem „Taniec z gwiazdami” uratował nasz wywiad od utonięcia patosie i absolutnej powadze.

„Taniec z gwizdami” niestety kosztował Wałęsę sporo nerwów, bo po tym jak jego córka zaczęła odnosić w nim sukcesy stała się ofiarą paparazzich, a pisma brukowe drukowały jej zdjęcia jak pijana śpi w taksówce.

Na paparazzich niestety nie ma mocnych. Jak zwietrzą krew, człowiek ma już przechlapane.

A pan miał problemy z paparazzi? Od 1997 roku przestał pan grać w filmach fabularnych koncentrując się tylko na dokumentach, znużył pana świat gwiazd i kamer?

Wycofałem się z kina nie przez to, że przerażali mnie paparazzi czy znudziły mnie gwiazdy, tak po prostu się stało. Nie było w tym wielkiego zamierzonego planu. Kręcenie filmów podróżniczych daje mi komfort pracy jakiego nie ma na planie filmowym. Ekipa, z którą pracuje to zazwyczaj sześć, siedem osób, sami podróżujemy po świecie, sami ustalamy swój harmonogram pracy itp. To od naszej pracowitości i tego jak się zorganizujemy zależy czy zakończymy realizację odcinka w jeden dzień, tydzień czy miesiąc. Tym czasem na planie filmowym w ekipie jest sześćdziesiąt osób, jeśli ktoś się spóźni cały dzień zdjęciowy idzie w diabły, do tego jesteśmy uzależnieni od pogody, tego jak i gdzie świeci słońce i innych warunków atmosferycznych. Tym sposobem praca bardzo często staje w miejscu a ty marnujesz bezproduktywnie cały dzień na czekanie. W dokumencie podróżniczym nasz skromna ekipka robi wszystko, że praca upływała w jak najmilszej i komfortowej atmosferze. Poza tym filmy podróżnicze mają jeszcze jedną bardzo dużą przewagę nad filmami kinowymi – otóż jesteśmy w ciągłym ruchu przemierzając cały świat. W kinie możesz utknąć na dwa miesiące na planie filmowym w zamkniętym studiu i tyle masz ze zwiedzania świata. I właśnie z tych powodów postanowiłem poświęcić się realizacji filmów podróżniczych, z dodatku z każdego z nich mam tyle materiałów, że mogę napisać kolejną książkę podróżach, która jest o wiele ciekawsza i przyjemniejsza niż opis dnia na planie.

Z fascynacji podróżami wynika fakt iż część akcji pańskiej drugiej powieści toczy się w Indiach. To w sumie jest element bardzo brytyjski – kolonializm…

… kompleks Indii i bycia mocarstwem. Tak, to celowa lokalizacja, wynikająca z angielskości „Prawdy”, która powieścią, o klasycznym Brytyjczyku, który w poszukiwaniu prawdy wędruje do kraju, który dla wielu z nas wciąż należy do Wielkiej Brytanii.

Ładnie to pan powiedział – „Prawda” to brytyjska powieść. Tylko wy potraficie tak pisać o życiowych nieudacznikach. Nawet jeśli popadacie w funeralny ton, to zawsze podszyty jest on życzliwością i dowcipem. „Krzesło Hemingwaya” pana debiut także był tym przesiąknięty.

I pan je czytał? Jestem wzruszony, bo mało kto dziś o tej powieści pamięta. I to jest prawda (śmiech). Fakt, jeśli położysz na stoliku kilka książek bez okładek to od razu po kilku stronach poznajesz te powieści obyczajowe, które napisane są przez Brytyjczyków. Wynika to chyba z tego, że my z wielką czułością traktujemy życiowych rozbitków i nabijamy się z nich w niebywale przyjacielski sposób ironię i sarkazm łącząc w idealnych proporcjach z dystansem i zabawą. Pełne tego są powieści Martina Amisa, Davida Logde’a…

A zastanawiał się pan kiedyś skąd to się bierze?

Nie raz. Nie mam na to pytanie gotowej odpowiedzi, ale może też wynika to po części z tego, że sami nie lubimy, kiedy ktoś kpi z nas. Dlatego wykazujemy się takim ciepłym dystansem względem tych, którym nie wychodzi. Lubimy się im przyglądać, nie po to, aby kpić, a opowiedzieć ich historię w możliwie jak najbardziej ludzki sposób.

Taki ludzki sposób opowieści charakteryzuje pańskie filmy podróżnicze.

Bo tworząc je wychodzę z założenia, że pozwolę mówić ludziom i nie będę ingerował w to, co powiedzą. Te filmy nie mają scenariuszy z tezą, nie podróżuję w dane miejsca z gotowym w głowie założeniem – pokaże je tak i tak. Często sam bywam zaskoczony tym, co widzę i słyszę. Ale właśnie dla tego są dobre i ludzie lubią je oglądać. Chociaż jeśli mówimy o prawdzie, to już jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że nie opowiadam w nich prawdy o danym regionie. Czasami manipulujemy prawdą, nie pokazujemy jakiś kadrów, unikamy obrazów. W trakcie montażu wylatują sceny. Ale to naturalne – będąc przejezdnym nie jestem w stanie ukazać prawdy o danym miejscu. Mogę jedynie pokazać swoją wersję prawdy.

Wie pan, że „Sens życia” ma prawie czterdzieści lat?

Nieźle ten czas leci. Wydawałoby się, że jeszcze niedawno go kręciliśmy.

Wspominam o tym filmie, bo oglądałem go całkiem niedawno i muszę przyznać, że jest oczywiście przerysowany i absurdalny, ale w wielu miejscach uchwyciliście pewną uniwersalną prawdę – choćby o korporacjach, czy tym jak wygląda codzienność wielkich szpitali, w których porody to masowe zabiegi, na które już nikt nie zwraca uwagi.

Kiedy z Pythonami kręciliśmy „Sens życia” bawiło nas przekraczanie wszelkich granic. To miał być film, który będzie jedną wielką jazdą po bandzie. Nasze pożegnanie w ostrym stylu. Ale ma pan rację, mimo całego swojego przerysowania i przegięcia, udało nam się zapewne zupełnie nieświadomie uchwycić ducha czasów. Czy nawet bardziej przewidzieć to jak będzie wyglądała niedaleka przyszłość. Ekspansję korporacji, znieczulicę w szpitalach… Wtedy stroiliśmy sobie żarty, które okazały się rzeczywistością.

Zawsze zastanawia mnie czy artysta tworzący swoje dzieło ma świadomość jego ponadczasowości?

Czy my mieliśmy tego świadomość jako Monty Python? Nie. Przynajmniej nie wydaje mi się. Bawiliśmy się. Sprawdzaliśmy jakie są granice tego, z czego można kpić i żartować, ale nikt z nas nie myślał o tym co robimy w kategoriach ponadczasowych. Czytam teraz „Samotnię” Karola Dickensa. Wybita powieść, świetna. Ale spojrzmy na postacie. Kobieta, która zbiera datki na Afrykę dostaje je, bo potrafi wszystkich zagadać i zakrzyczeć. Znamy takie postacie dziś? Oczywiście. Cała intryga oparta na sądach i tym jak wymiar sprawiedliwości wpływa na nasze życie – nic się nie zmieniło. Sądy dalej działają opieszale, maluczcy się nie liczą. Czy Dickens zdawał sobie sprawę z tego, że pisze ponadczasowe dzieło opisujące Anglię? Nie sądzę. Pisał „Samotnię” jako powieść w odcinkach tylko po to, aby zarobić. I tu chyba leży klucz do tej kwestii. Wielkie, znaczące dzieła powstają przez przypadek a nie z czystej kalkulacji twórcy.

Im częściej oglądam Monty Pythona tym jestem mocniej przekonany, że dziś taki program nie miałby szans zaistnieć.

Bo nie miałby. Bo zmienił się język telewizji. Nikt nie produkuje programów po części surrealnych, po części okrutnych, po części głupich jak but. Poza tym trudno sobie wyobrazić Monty Pythona w stacji, w której nie wolno w programie do kobiety zwrócić się „kobieto!”, tylko „szanowna pani!”. To chyba najbardziej jaskrawy przykład paranoi językowej, jaką można zaobserwować w telewizji.

Żartów w poglądów religijnych też robić nie można, kpić z narodowości itp.

Bo wszyscy teraz w jakiś chory sposób dbają o to, żeby przypadkiem kogoś nie obrazić. Zupełnie jakby szefowie stacji uparli się, aby zrobić dobrze wszystkim. A tak się nie da. Kiedyś nawet myślałem o tym, że powinno się opatentować taką listę; „Wolność słowa nie obejmuje takich zwrotów jak:…” Robiłaby furorę. Ale musimy pamiętać o jednym – kiedy każdy z nas Pythonów zaczynał karierę w telewizji to wciąż był twór stosunkowo nowy. W Wielkiej Brytanii mieliśmy raptem trzy kanały i wszystkie były publiczne, nie było stacji prywatnych, a ramówkami nie rządzili reklamodawcy. Dostanie się wówczas do telewizji było po pierwsze nie lada osiągnięciem, po drugie gwarantowało ci, że zostaniesz dostrzeżony i albo kompletnie zmiażdżony przez krytykę i widzów albo wychwalony pod niebiosa.  Oczywiście mimo to, iż powstawały wówczas świetne seriale telewizyjne jak choćby „The Prisoner” oraz masa doskonałych filmów obyczajowych, my, jako młodzi, gniewni mieliśmy misję sprowokowania BBC. Jak już mówiłem, w sumie nie tylko „Sens życia”, ale cały Monty Python był zgrywą i testem na granice, jakie można przekroczyć w ówczesnej telewizji. Tyle, że zawsze robiliśmy to na najwyższym, na jaki było nas stać poziomie. W dzisiejszych czasach stacji telewizyjnych jest tyle, iż trudno się w nich połapać a jakoś ustąpiła miejsca temu, co się sprzeda a co się nie sprzeda. W czasach Monty Pythona nikt nie zawracał sobie głowy reklamami, dziś rządzą reklamy i korporacje, a telewizja to tak naprawdę bazar, na którym liczy się nie to, kto zrobi ciekawszy program czy film a kto kupi prawa do emisji meczów z Mistrzostw Świata i za ile będzie mógł sprzedawać reklamy w przerwach.

Pan ma tę komfortową sytuację, że BBC produkujące pana filmu podróżnicze nie ingeruje w ich treść i nie ogląda się na reklamy.

Miałem tę komfortową sytuację. Niestety to już czas przeszły. Widzi pan jeszcze trzy, cztery lata temu BBC było jedyną stacją, która nie oglądała się na reklamy i była w stanie inwestować w programy czy filmy nowatorskie i skierowane do widzów wymagających. Teraz jednak i do nich dotarł nowy sposób zarządzania ramówką, który polega na tym, iż większość programów musi być tak skonstruowanych, aby przez pierwsze trzydzieści sekund streścić, o czym będą.

Czyli teraz do każdego odcinka serii musi pan zmontować lead zachęcający widzów?

Dokładnie – w pół minuty pokazać to, co będzie najatrakcyjniejsze w odcinku. Co moim zdaniem jest idiotyczne, bowiem po pierwsze traktuje widzów jak idiotów, po drugie tak naprawdę nie zachęca do oglądania a sprawia, że oglądalność spada. No, bo jeśli w te kilka sekund pokazuję streszczenie odcinka, to, po co go oglądać? Mamy kluczowe momenty, najładniejsze widoki… Jak na razie zgodnie z nowymi wytycznymi zrealizowaliśmy jedną serię, czyli „Brazylię”. Niby poza tym wstępem nic się nie zmieniło w konstrukcji każdego odcinka, ale jednak… To znak czasów. Nawet programy podróżnicze zaczynają się rządzić prawem tabloidowego zachęcania potencjalnego widza do oglądania.

Od 1997 roku przestał pan grać w filmach fabularnych koncentrując się tylko na dokumentach, uciekł pa w ten sposób od właśnie od tabloidowego świata kina?

Wycofałem się z kina nie przez to, że znudziły mnie gwiazdy i postępująca wówczas już tabloidyzacja, tak po prostu się stało. Nie było w tym wielkiego zamierzonego planu. Kręcenie filmów podróżniczych daje mi komfort pracy, jakiego nie ma na planie filmowym. Ekipa, z którą pracuje to zazwyczaj sześć, siedem osób, sami podróżujemy po świecie, sami ustalamy swój harmonogram pracy itp. To od naszej pracowitości i tego jak się zorganizujemy zależy czy zakończymy realizację odcinka w jeden dzień, tydzień czy miesiąc. Tym czasem na planie filmowym w ekipie jest sześćdziesiąt osób, jeśli ktoś się spóźni cały dzień zdjęciowy idzie w diabły, do tego jesteśmy uzależnieni od pogody, tego jak i gdzie świeci słońce i innych warunków atmosferycznych. Tym sposobem praca bardzo często staje w miejscu a ty marnujesz bezproduktywnie cały dzień na czekanie. W dokumencie podróżniczym nasz skromna ekipka robi wszystko, że praca upływała w jak najmilszej i komfortowej atmosferze. Poza tym filmy podróżnicze mają jeszcze jedną bardzo dużą przewagę nad filmami kinowymi – otóż jesteśmy w ciągłym ruchu przemierzając cały świat. W kinie możesz utknąć na dwa miesiące na planie filmowym w zamkniętym studiu i tyle masz ze zwiedzania świata. I właśnie z tych powodów postanowiłem poświęcić się realizacji filmów podróżniczych, z dodatku z każdego z nich mam tyle materiałów, że mogę napisać kolejną książkę podróżach, która jest o wiele ciekawsza i przyjemniejsza niż opis dnia na planie.

Powszechnie uważa się, że pana ostatnim filmem kinowym był „Lemur zwany Rollo”, ale obaj wiemy, że to nie prawda. Zagrał pan przecież w wielkim hicie kinowym „Masz wiadomość” u boku Meg Ryan i Toma Hanksa.

I zostałem z niego w piękny sposób wycięty. (śmiech) Ale faktycznie zagrałem w tym filmie, to była moja pożegnalna rola, która w efekcie wylądowała na podłodze w montażowni.

A kogo pan tam zagrał?

„Masz wiadomość” to komedia romantyczna, w której Meg Ryan wcielała się w postać właścicielki małej księgarenki, której sklep chce przejąć wielka sieć i reprezentujący ją Tom Hanks. Grałem tam tajemniczego pisarza wzorowanego na Thomasie Pynchonie i J.D. Salingerze, czyli faceta, który całą swoją karierę ukrywał swoją tożsamość i miejsce zamieszkania. Ratując sklepik Ryan wchodziłem do niego i urządzałem performance ujawniając swoją twarz. Słodziutki, śmieszny epizod, który został kompletnie niedoceniony. (śmiech)

Nie żal go panu?

Pan żartuje? Mieszkałem na koszt wytworni w ekskluzywnym hotelu na Upper East Side w Nowym Jorku, rozbijałem się po mieście limuzynami, wszystkie wydatki wpisywali w koszty, to był raj. A potem zadzwoniła Nora Ephron, reżyserka filmu i powiedziała mi: Michael byłeś tak dobry, aż za dobry i musieliśmy cię wyciąć. (śmiech) Tyle, że niestety w Hollywood zawsze tak mówią jak tną niepotrzebne epizody, a umówmy się scenki ze mną nie wnosiły niczego do fabuły. Ale wie pan co – jeśli miałbym kiedyś wrócić do kina i zagrać, to – teraz mówię już poważnie – chciałbym zagrać rolę podobną do tej jaką w „Miłości” Hanekego zagrał Jean-Louis Trintignant. Ale żeby ją zagrać muszę jeszcze zestarzeć się o kolejne dziesięć lat i zmądrzeć. (śmiech). Ale widzi pan zapewne tego się pan nie spodziewał – ten śmieszny Anglik od Monty Pythona wzruszył się na „Miłości”…

Ano nie.

I jaka jest ta prawda o mnie? W sumie pewnie sam jej nie znam.

Może ta, że jest pan zgodnie z tym co piszą o panu w Wielkiej Brytanii „skarbem narodowym”?

(śmiech) Musiałbym być absolutnie próżnym człowiekiem, aby chodzić ulicami i pysznić się faktem, iż jestem „skarbem narodowym”. To etykieta czy też nazwa, która przylgnęła do mnie, bowiem Brytyjczycy są dumni z tego, co zrobiłem dla promocji Wielkiej Brytanii na świecie i to wszystko. Jako „skarb narodowy” nie mam prostszego życia, niestety tak samo jak inni  muszę rozliczać się z fiskusem i płacić w sklepach. (śmiech) A mówiąc poważnie to niech mi pan uwierzy moja rodzina wcale nie ma mnie za narodowy skarb. I choć bardzo staram się być dobrym ojcem to nie zawsze mi to wychodzi.

Jak większości z nas?

Dokładnie tak. Widzi pan, prawda jest taka, że może i robię w swoim życiu rzeczy, których nie robią inni, ale w puencie, kiedy gasną kamery, kończy się plan zdjęciowy itp. jestem taki sam jak inni.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz