Egmont
wywiady

Marvano: Poprawność polityczna to choroba [wywiad]

Marvano wybitny belgijski ilustrator i rysownik komiksowy. W Polsce ogromną popularnością cieszyła się jego fantastyczna seria „Wieczna wojna”, zaś niedawno wydano u nas serię „Grand Prix”. Nam Marvano opowiada o kondycji komiksu we flamandzkiej Belgii, Hitlerze, nagrodach Darwia i tym jak bardzo nienawidzi poprawności politycznej.

Dzika Banda: Który raz odwiedzasz Polskę?

Marvano: Chyba piąty w ciągu bodaj dwudziestu lat…

No właśnie. Polska, którą odwiedzałeś pierwszy raz, zapewne była zupełnie innym krajem…

Wiesz trudno mi wypowiadać się Polsce, jako kraju, który ciągle się rozwija i zmienia. Ogromu waszych zmian zapewne nie zauważam. Ale dla mnie, choć wiem, że zabrzmi to banalnie taką rzucającą się w oczy zmianą, było to jak wasz kraj nabrał kolorów. Świetnie widać to, kiedy obserwuje się ludzi na spotkaniach autorskich. Przez dwadzieścia lat zmienili się diametralnie.

Kiedy przyglądasz się ludziom zebranym na spotkaniach autorskich myślisz czasem – o zmieniły się czasy kiedyś przychodziła tylko garstka fanów, teraz tłumy.

Nie, bo pod tym względem komiks w Polsce tak samo jak w Belgii, w części flamandzkiej, traktowany wciąż jest jak rozrywka dla upośledzonych umysłowo.

Mocne słowa.

Ale prawdziwe. Im bardziej komiksiarze starają się przekonywać siebie, że zostali docenieni przez mainstream, tym głębiej tkwią w błędzie. Mainstream nie rozumie komiksu, nie czuje takiej potrzeby i nigdy to się nie zmieni.

Popatrz a w Polsce tyle pisze się o tym jak to komiksy wbijają się w społeczną świadomość, jak ich twórcy stają się ludźmi docenionymi przez krytykę…

A jest tak w rzeczywistości?

Nie.

No właśnie. Kiedy przyglądasz się zjawisku z boku jesteś w stanie zobaczyć o wiele więcej niż my komiksiarze, będący w środku całego zamieszania. Ty mówisz – nic się w podejściu do komiksów nie zmieniło. Komiksiarze powiedzą ci – zmieniło się wszystko. Ale to ty jesteś bliżej prawdy a oni żyją w błogim stanie samookłamywania się. Oczywiście mówię tu nie o kondycji komiksu, jako takiego, czy ilości nakładów, a podejściu literackiego establishmentu do komiksu, jako dzieła sztuki. Na sprzedaż nie mam prawa narzekać, na jakość komiksów, jakie powstają także. Natomiast na to jak realnie oceniania jest nasza praca – już tak. Bo chociaż powstało setki, jeśli nie tysiące komiksów, które dotykają rzeczywistości, mówią o rzeczach niebywale istotnych, to i tak poważni krytycy traktują komiks, jako „gatunek”, czyli coś rysowanego, infantylnego i przeznaczonego dla ludzi, którzy nie potrafią czytać.

Gorzkie słowa jak na człowieka, który mieszka w miejscu, w którym komiks jest świętością.

Mylisz się. Komiks jest świętością we Francji i francuskiej części Belgii. Tu gdzie mieszkam, czyli w części flamandzkiej, jak już wspominałem – komiks świetnie się sprzedaje, ale traktowany jest po macoszemu.

W przypadku Polski za taki stan rzeczy odpowiadają lata komunizmu i fakt, że po odzyskaniu wolności zostaliśmy zalani falą komiksów o superbohaterach, które utwierdziły przeciwników gatunku w przekonaniu, że to takie rysunki dla dzieci. Ale w Belgii musiał zadziałać inny mechanizm.

Mimo że nie mieliśmy lat komunizmu to mechanizm jest podobny. Literacka krytyka pozostaje ślepa na to, jakie wartości niesie za sobą komiks, ograniczając się do powtarzania w kółko tezy, ze to sztuczka rysowana dla dzieci.

Myślę, że aby naprawdę, realnie, zmieniło się podejście krytyków do komiksów w Polsce, musi umrzeć moje pokolenie. Kiedy za pisanie o komiksach wezmą się nasze dzieci, być może podejście do tego medium się zmieni.

Ale nie musi. Wrócę do mojej Belgii – mamy tu naprawdę nie pierwsze pokolenie wychowane na komiksach, a mimo to w pewnym momencie odcinają się oni od gatunku. Tak już się dzieje – po prostu.

Tym czasem popatrzmy na twoje, wydane właśnie w Polsce „Grad Prix” – komiks, któremu daleko do bohaterów w trykotach…

A bliżej do powieści historycznej…

No właśnie. Nie ma kosmosu i wojen z obcymi, które przyniosły ci sławę (cykl „Wieczna wojna” przyp. red.)…

Ludzie często pytają się mnie o to czy łatwiej rysuje się komiks w kosmosie od historycznego. Niestety nie – przy obu najbardziej żmudna praca to nadanie realnego kształtu temu, co sobie wyobrażasz. W przypadku komiksu osadzonego w historii powinno być paradoksalnie prościej, bo możesz wzorować się na prawdziwych obrazkach z epoki, zdjęciach, samochodach…

Dlaczego „Grand Prix”?

Ten komiks narodził się w chwili, gdy odkryłem opowieść o tym jak Hitler inwestował gigantyczne pieniądze w samochody wyścigowe tylko po to, aby udając, że pracuje nad kolejnymi bolidami, tak naprawdę opracowywać silniki do myśliwców. Niemcy po pierwszej wojnie światowej objęte były zakazami zbrojeniowymi i nie mogli oficjalnie prowadzić badań. Stąd wzięło się zainteresowanie Hitlera wyścigami, które w efekcie wykorzystał do własnych celów. 1000 konny silnik trafił w końcu do samolotu nie na tor wyścigowy. Rysując ten komiks chciałem stworzyć opowieść ku przestrodze – pokazać jak rodził się totalitaryzm, jak żerował on na naiwności ludzkiej i do jakiej tragedii doprowadził.

Ku przestrodze, czyli abyśmy nie zapomnieli?

Tak i uczyli się na własnych błędach.

Nie wydaje ci się to naiwne? Naprawdę wierzysz w to, że ludzie są w stanie uczyć się na własnych błędach?

Szczerze – nie. Historia już udowodniła nam wielokrotnie, że nie potrafimy się niczego nauczyć. Szybko zapominamy, co było źródłem nieszczęść i robimy dokładnie to samo, co nasi poprzednicy. Poza tym ludzie w ogromniej mierze są zwyczajnie głupi. Znasz nagrody Darwina?

Oczywiście.

To wytłumacz mi skąd biorą się ludzie, którzy je otrzymują. Jakim cudem można być tak głupim, aby popełniać dajmy na to samobójstwo trując się, wieszając i podcinając żyły równocześnie…

Moją faworytką jest pani, która myślała, że ma samochód z autopilotem…

I…

I postanowiła zrobić dobrze ustami mężowi podczas, kiedy samochód jechał na tym „autopilocie”, który okazał się „tempomatem”. Państwo podczas seksu wjechali w klinikę dentystyczną, a pani odgryzła panu przyrodzenie.

Matko Boska! Wracając do tego, o czym mówiliśmy. To myślę tak. Ludzie nie uczą się na własnych błędach, ludzie są ograniczeni i zaślepieni. Ale moralnym obowiązkiem tych, których wzrok sięga dalej niż za kawałek własnego nosa, jest przypominanie innym o błędach, jakie popełniliśmy. Podkreślam jeszcze raz – może i jestem idealistą, ale jako że nim jestem moim obowiązkiem jest przypominanie o tym, kim jesteśmy i do czego jako rasa ludzka jesteśmy zdolni.

Zejdźmy na chwilę z wielkiego kwantyfikatora na ziemię i do komiksów. Ludzie może nie są w stanie uczyć się na własnych błędach, ale artyści czasami tak. Masz jakieś rady dla początkujących komiksiarzy? Coś, co w przyszłości pozwoli im uniknąć rozczarowań i bólu?

Bardzo późno zacząłem rysować. Zanim tak naprawdę zacząłem utrzymywać się z komiksów, normalnie pracowałem i dzieliłem życie na zawód i pasję. To niestety w dziewięćdziesięciu procent przypadkach jedyna droga do celu. Upór i zdroworozsądkowe podejście do tego, co się robi. Pamiętajcie proszę, że musicie z czegoś żyć, ale niech szara rzeczywistość nie zabija marzeń. Górnolotne – wiem. Poza tym ważne, najważniejsze moim zdaniem w komiksowej branży jest jedno – zdolność rysowania. Uczcie się rysunku, nauczcie się rysować ludzi, zwierzęta, opanujcie perspektywę. Na eksperymenty z formą nadejdzie jeszcze pora. Ale naprawdę warto mieć opanowaną sztukę rysunku.

We współczesnym komiksie sztuka rysowania staje się jakby zbędna…

Wiesz, te wszystkie zeszyty, które składają się z kilku kresek i niby dowcipnego komentarza, naprawdę trudno uznać za komiks. To tak jakbyś każdego, kto uderzy w strunę nazwał muzykiem czy każdego, kto coś koślawo naskrobie w notatniku pisarzem. Nie ma tak lekko.

Ale we współczesnym komiksie jest silny trend nazywam go prymitywny, czyli kilka kresek, kółko i mamy człowieka itp.

Niestety jest. Jeśli jeszcze dodamy do tego paranoidalną poprawność polityczna, wg, której powoli nie wolno nam niczego skrytykować, bo przez przypadek kogoś urazisz… Tak w ogóle to myślę, że największym szkodnikiem naszych czasów jest poprawność polityczna. Ona zabija różnorodność. Wszyscy stajemy się tacy sami. Mamy mówić tak samo, myśleć tak samo. Schlebiać wszystkim tak samo. Tak a dłuższą metę nie da się żyć! A wracając do tych pseudo artystycznych komiksów to powiem tyle – historia sztuki już nie raz pokazała jak kończą ci, którym wydaje się, że tworzą abstrakcję.

Jak?

W zapomnieniu.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz