wywiady

Maj Sjöwall: W duchu wciąż jestem socjalistką

Wspólnie z Perem Wahlöö stworzyła dziesięciotomowy cykl o inspektorze Martinie Becku, który zrewolucjonizował literacki kryminał i rozpoczął modę na skandynawskie kryminały. Tylko nam Maj Sjöwall opowiada o miłości do socjalizmu, Jo Nesbo i Walterze Matthau.

 

Dzika Banda: Czuje się pani matką skandynawskich kryminałów?

Maj Sjöwall: Bo ja wiem (śmiech). Może bardziej babcią.

A poważnie? Dziś skandynawskie kryminały to światowy fenomen, którego nie byłoby zapewne bez książek napisanych przez panią i Pera Wahlöö. Od was się zaczęło.

Po nas czyli po 1975 roku kiedy ukazał się ostatni tom o komisarzu Martinie Becku, pojawił się z pewnym poślizgiem Hanning Mankell, ale prawdziwy boom jak to się dziś mówi zaczął się po sukcesie trylogii „Millennium” Stiega Larssona.

Chronologię zdarzeń znamy, a zastanawiała się kiedyś pani dlaczego? Dlaczego Skandynawskie kryminały?

Często się zastanawiam. Widzi pan, dowcip tej sytuacji polega na tym, że kiedy zaczynaliśmy naszą serię w 1965 roku czytanie kryminałów w Szwecji wcale nie było czymś modnym, ani poważanym. W zasadzie kryminał jako gatunek był uznawany za literaturę niższego sortu, a ludzie czytali głównie to co przychodziło ze Stanów czy Wielkiej Brytanii. Nasz pomysł był prosty, choć dość szalony. Chcieliśmy stworzyć cykl, którego ludzie nie będą wstydzić się czytać publicznie. Nie będą obkładali okładek szarym papierem w autobusach, żeby przypadkiem nikt nie dowiedział się że czytają kryminał.

 

Szwedzi są takimi literackimi purystami?

Kiedyś byli, dziś już nie. Ale wtedy w połowie lat 60. tak było. Żeby osiągnąć zamierzony cel uznaliśmy, że należy odwrócić proporcje. Niech intryga idzie swoją drogą, bo bez niej nie ma kryminału przecież, ale my dodamy do niej szersze, społeczne tło. Opiszemy jak funkcjonuje system polityczny w Szwecji, pokażemy jego błędy, wypaczenia i jak w tym systemie odnajduje się jednostka, a wreszcie jak wygląda prawdziwa praca policji. Może mi pan wierzyć, albo nie – przed nami w Szwecji nie było kryminałów, których bohaterami byliby policjanci. Jeśli już pisaliśmy kryminały to w stylu Agaty Christie. Jak się okazało ten pomysł był strzałem w dziesiątkę, bo nagle okazało się, że książki o Becku i jego ekipie nie są oceniane jako kryminały sensu stricte a powieści stawiające diagnozy szwedzkiemu społeczeństwu.

 

Czas wam sprzyjał. Przełom lat 60. i 70. to okres kiedy polityka była wszędzie.

Oczywiście, że czas nam sprzyjał. Wojna w Wietnamie i rewolucja obyczajowa sprawiły, że młodzi ludzie stali się świadomi politycznie a co za tym idzie gotowi na dyskusje, spragnieni jej. Nasze książki trafiły więc na idealny grunt: czytelników którzy zarówno potrzebowali rozrywki jak poważnej politycznej debaty. A my im to daliśmy.

 

Wasza seria była silnie naładowana polityką i uwielbieniem dla socjalizmu.

Jestem i  zawsze głęboko w sercu będą socjalistką, ale nasze książki nie wyrażały uwielbienia a raczej wchodziły w dyskusję z socjalizmem i tym co prezentował sobą szwedzki rząd. Pierwsze części były mocno krytyczne wobec niego i proponowanej wówczas przez polityków formy socjalizmu. Z upływem lat ten stosunek się zmieniał, bo zmieniała się polityka.

 

Polska wówczas była krajem socjalistycznym a wasze powieści, choć pochodzące ze zgniłego Zachodu wydawano u nas bez problemów.

Nie bez problemów. Nie pamiętam od którego tomu zaczęliście nas wydawać, ale pierwsze, chyba trzy, ukazały się u was z poślizgiem, bo nie spodobały się waszej władzy, właśnie za nasze krytyczne podejście do socjalizmu.

 

Podróżowaliście z Perem po Europie Wschodniej? Porównywaliście wasz socjalizm do naszego?

Byliśmy na Węgrzech, w Rumunii, Czechosłowacji i Polsce. Wiem do czego pan zmierza – tak nasz socjalizm był utopijny, wasz zupełnie realnie przerażający.

 

A nie było tak?

Było. Ale zanim nas pan oceni, proszę pamiętać o tym o czym mówiliśmy. Byliśmy dziećmi naszych czasów i należeliśmy do generacji, która zachłysnęła się ideologią. Powstawały nowe frakcje, ludzie stawali się trockistami, stalinistami, komunistami. Mnie najbliżej duchowo było do socjalizmu, jako wizji państwa, które otacza opieką swoich obywateli. Które dba i nie pozostaje obojętne. Musi pan pamiętać – w 1968 kiedy nastąpiła radziecka agresja na Czechosłowację wypisałam się z partii. To był koniec mojego życia jako socjalistycznej aktywistki.

 

U nas wyglądało to zupełnie inaczej, choć założenia wyjściowe zapewne były podobne.

Polityka zależy od ludzi, którzy ją uprawiają, niestety.

 

 

Idealny socjalizm zakłada istnienie idealnych ludzi, a to niestety nie jest wykonalne.

Nie jest. Ale można próbować w polityce wyciągać to co najlepsze z socjalizmu i wprowadzać w życie.

 

Tak myśli pani? To zapytam inaczej. Jak bardzo na przestrzeni lat zmieniła się Szwecja? Czy dalej jest taka jak w waszych powieściach?

Oczywiście że nie. To zupełnie inny kraj. Zmieniło się wszystko. Politycy stali się o wiele bardziej zachłanni. Państwo opiekuńcze przestało istnieć jako takie – liczą się pieniądze. One rządzą polityką i społeczeństwem, a co za tym idzie pojawiły się na masową skalę zbrodnie popełniane z powodów ekonomicznych. Co z kolei sprawia, że podział między bogatymi a biednymi stał się jeszcze bardziej widoczny. No i jeszcze jedno – to czego nie było w czasach mojej młodości: masowo pojawiły się narkotyki. Więc jest to zupełnie inny kraj. Jeszcze jedno – kiedyś ważni, istotni dla kraju politycy posiadali wyraźne poglądy polityczne, dzięki którym wiedziało się, kto jest z prawej strony, kto z lewej. Dziś wszyscy mówią to samo. Podziały polityczne istnieją tylko na papierze.

 

Czyta pani dzisiejsze skandynawskie kryminały?

Nie. W zasadzie mało czytam kryminałów. Lubię Jo Nesbo – to co pisze jest okropne, obrzydliwe, ale jak to pisze jest wspaniałe. Tak – on dziś jest chyba Skandynawem najwspanialszym.

 

A jak młoda socjalistka zareagowała na propozycję ekranizacji jej powieści z Hollywood? Odrzuciła pieniądze zgniłego Zachodu?

(Śmiech.) A skąd. Byliśmy zachwyceni i onieśmieleni. Do nas, szwedzkich autorów zgłosiło się wielkie studio z wielką gwiazdą!

 

Mieliście wpływ na kształt scenariusza?

Gdzie tam! Stuart Rosenberg czyli reżyser i zarazem producent wraz ze studiem Fox kupili od nas prawa i tyle. Akcję filmu przeniesiono do San Francisco, zmieniono fabułę. W zasadzie kiedy oglądaliśmy ten film na uroczystej premierze nie poznawaliśmy własnej książki. Ale wie pan, zagrał w nim Walter Matthau a on był jednym z najwspanialszych aktorów w historii! Wpływ na kształt filmów miałam dopiero w Szwecji, gdy zaczęły powstawać seriale telewizyjne i filmy oparte na naszych książkach. Wtedy treść konsultowano ze mną (Per Wahlöö zmarł w 1975 roku – przyp. red.)

 

 

To wróćmy jeszcze do początku naszej rozmowy – jak pani myśli skąd ten światowy fenomen skandynawskich kryminałów?

Ano z tego, że razem z Perem stworzyliśmy nowy podgatunek kryminalny, który pielęgnowano w Szwecji przez lata i doprowadzono do perfekcji, na którą w końcu zwrócił uwagę świat. Dziś wszyscy bawią się proporcjami, wrzucają do powieści politykę, oceny społeczne, ale najlepiej wychodzi to Skandynawom.

 

I najmroczniej…

I tego nie rozumiem. Znaczy rozumiem brak słońca, krótkie dni, to wszystko ma wpływ na nastrój, ale wiele razy próbowałam sama sobie odpowiedź na pytanie dlaczego nasze, w sensie skandynawskie, kryminały są tak mroczne i nie wiem. Widać to część naszej natury i już. Po prostu musimy to zaakceptować.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz