wywiady

LP – chyba mam swoją niszę, będę żyć z reklam [wywiad]

Z LP, amerykańską piosenkarką rockową, rozmawiamy o wpływie reklam na karierę, showbiznesie i Donaldzie Trumpie.

W latach siedemdziesiątych istniał etos klubu, zespołu, managerów szukających gwiazd. Dziś można odnieść wrażenie, że rolę muzycznych klubów przejęły reklamy, które stały się kuźnią nowych muzycznych talentów. Co o tym sądzisz?

Tak jest, żebyś wiedział! Wiesz, że kiedy moja piosenka „Into The Wild” została kupiona do reklamy bagatelizowałam sprawę. W końcu to tylko reklama. Potem CNN umawia się ze mną na – uwaga – dwudziestominutowy wywiad! Pieprzone CNN! Dwadzieścia minut o piosence w reklamie. Grałam po festiwalach, grałam po klubach, a do wielkiej stacji zaproszono mnie po reklamówce. Wiesz, co się stało z Feist po sukcesie reklamy z piosenką „1234”?

Nie

Znienawidziła ją i nie gra jej na koncertach. Wracając do tego, o co zapytałeś; czy reklama jest nową formą klubu? Na pewno reklama jest dziś medium, które potrafi wypromować gwiazdę, potrafi odkryć piosenkę i sprawić, że pokocha ją świat. Zwłaszcza, że reklamy dziś emitowane są niemal na całym świecie takie same. Jest w tym pewien paradoks; otóż, zwróć uwagę, że gdy w reklamie pojawia się artysta nieznany, publiczność reaguje w miły sposób: „o rety jakie to fajne, posłucham co nagrał jeszcze”, ale kiedy w reklamie gra dla przykładu Led Zeppelin, rozlega się lament; „upadek gwiazdy, sprzedali się reklamie, syf i nicość”. Zadajmy sobie racjonalne pytanie, to w końcu jak jest z tymi reklamami? Dobre miejsce do startu czy jednak wstyd? Dlaczego dla Led Zeppelin to obciach, a dla mnie błogosławieństwo?

Nie masz wrażenia, że to idealnie oddaje współczesność? Działamy tylko na dwóch skrajnościach i nic poza tym?

Że niby tylko gniew albo euforia?

Tak. To co pośrodku zanika.

Możliwe. Nikt nie myśli: „o rety, The Beatles w reklamie, ale fajnie! Kolejne pokolenie odkryje ich muzykę!” Za to dominuje narracja; „zdrajcy sprzedali prawa i legendę”. Uważam, że każdy powinien znać Beatlesów, a jeśli pozna ich przez reklamę – nie mam nic przeciwko.

Kilka lat temu miałam pewien pomysł na życie; po tym jak zaśpiewałam dżingle w kilku reklamach, pomyślałam: „chyba mam swoją niszę, będę żyć z reklam”. Nagle pojawiły się te wszystkie domowe studia i w zasadzie każdy mógł nagrać dżingla. I moja kariera się załamała (śmiech). Mówię o tym nie przez przypadek. Zasadnicza różnica między reklamą, a klubem jest taka, że reklama jednak nie rozwija tak skrzydeł jak granie na żywo.

Ale dla ciebie reklama była jednak początkiem?

Była. W ogóle moja kariera to ciąg absurdalnych i dziwnych zbiegów okoliczności. Nawet „Lost on You” to zbieg okoliczności i przypadek. Mało brakowało, żeby piosenka nigdy nie ujrzała światła dziennego. Z powodu takiego, że wytwórnia się na nią wypięła. Cały album gotowy do wydania trafił do kosza, bo ktoś uznał, że płyta za dużo kosztowała, że się nie zwróci i w ogóle to nikt, takich piosenek nie chce. Cała moja kariera zamknięta została w tabelce excela między zyskami a stratami. Podkuliłam ogon, spuściłam głowę i poszłam sobie. Zamiast się poddać, uznałam, że „no cóż, będę pisać dalej”. Nic innego nie umiem, a to że komuś się to nie podoba to nie moja rzecz. Byłam względem nich szczera – zagrałam co napisałam – odmówili. Kilka tygodni później podpisałam umowę z małą, niezależną wytwórnią. Zaliczka zwróciła mi się po wydaniu singla z „Muddy Water” (śmiech). Mojej poprzedniej firmie wiszę wielkie piwo (śmiech). Dziś kiedy myślę o tym, przypomina mi się powiedzenie: „skarb jednego, jest śmieciem dla innego”. Widać tak musiało być.

Tak jak w przypadku wydawcy, który odrzucił Harry’ego Pottera?

O tak! Albo tych, którzy odrzucili Beatlesów! Nie żebym się porównywała. Chodzi mi o to, że nigdy do końca  nie wiesz, nie masz pojęcia czy masz do czynienia z hitem, czy gniotem. Warto się nie poddawać, zwłaszcza, jeśli to co robisz, jest jedyną rzeczą na jakiej się znasz.

Powiedz, jak to jest z tymi specjalistami od wyłapywania hitów. Da się rzeczywiście odkryć piosenkę?

Nie wiem. Gdybyś zadał mi to pytanie kilka lat temu, powiedziałabym: tak. Dziś ta pewność ze mnie wyparowała. Piosenki to loteria. Hit możesz napisać w pięć minut, albo męczyć się nad nim latami. „Lost on You” napisałam w moment. Nawet nie sądziłam, że ten numer będzie tak dobrze przyjęty.

Sama powiedziałaś, że grałaś dla szefów wytwórni. To oni powinni to wiedzieć.

Tak, powinni. Ale wiesz kim są dziś szefowie wytwórni?

Nie.

Autentyk: pytam typa: „czym zajmowałeś się wcześniej?” „Byłem sprzedawcą telefonów”. Ręce opadają. Teraz rozumiesz – pierdolony sprzedawca telefonów. Został szefem muzycznym, bo świetnie dobierał dzwonki, albo dorastał słuchając radia. Jak, kurwa każda jedna osoba na tym jebanym świecie. Gratuluję! Należysz do wybranych.
Niestety, to nie jest czas fachowców w branży. Branża schodzi na psy, nie tylko muzyczna.

W Polsce jest podobnie – krytykami są chłopcy, którzy przy piwie gadali o książkach czy filmach. Wielkie wydawnictwa zatrudniają panią np. z Coca Coli do promocji książek!

Każdy autor pić musi (śmiech)! Zgadzam się, że dewaluowanie sztuki postępuje. W korporacjach szefom wydaje się, że jak ktoś potrafi sprzedać telefon, to sprzeda płytę. Dziennikarzem również zostaje byle kto. Mamy poważny kryzys autorytetów. Możemy zaprzeczać, ale prawda jest taka, że autorytet staje się rzeczą zbędną. Popularność, status społeczny buduje się nie na podstawie osiągnięć, a bzdur, pierdół i popularności.

Donald Trump?

Daj mi kurwa spokój! Najbardziej przeraża mnie fakt, że Trumpowi udała się rzecz niezwykła – został prezydentem mojego kraju, a ja go nienawidzę i boję się go. Znasz teorię o efekcie motyla? Wyobraź sobie, jakie szkody na świecie robi ten idiota i jaką czkawką się to nam odbije. Nie teraz, nie dziś i nie jutro – za kilka lat.

Trump wsławił się bardzo intrygującym traktowaniem kobiet.

O tak. Wspaniałym. Co za kawał buca!

Na świecie mówi się o równouprawnieniu, o równych szansach, ale show biznes to wciąż męska branża, w której kobiety są traktowane źle?

Zwłaszcza w kinie, gdzie wiek wciąż rządzi, a seksizm wychodzi zza każdego węgła. W branży muzycznej jest ciut inaczej. Popatrz na mnie – nie wyglądam jak posągowa śliczna blondyna w wielkim biustem. Mimo tego, kiedy chodzę na spotkania nie mam wrażenia, że komuś mój widok przeszkadza. Przeciwnie, są zaintrygowani. Seksistowski podział „ładna/brzydka” nie działa w branży. W muzyce widok schodzi na boczny plan. Nikomu nie przeszkadza fakt, że jestem lesbijką, że ubieram się tak, jak się ubieram. Inaczej jest zatem niż w Hollywood, gdzie co dostałabym rolę najwyżej trzecioplanowego dziwadła, albo dilerki, co samo w sobie jest pewnym paradoksem, bo w kinie i na scenie pierwszym zmysłem jest wzrok.  W mojej branży również rządzą faceci, ale gdzieś z tyłu głowy  mają większą świadomość sztuki niż producenci w Hollywood.

Wierzysz w zmianę? Że jednak będziecie kiedyś rządzić rozrywką?

Wszystko jest możliwe. Pomyślałbyś piętnaście lat temu, że będziesz nosił w kieszeni mały komputer? Teraz wszyscy zapierdalają do kibla i zamiast jak dawno temu jarać tam szlugi, chodzą żeby potajemnie sprawdzać status na fejsie. Smartphone to papieros dwudziestego pierwszego wieku! Zmierzam do tego, że wszystko jest możliwe. Uber zniszczył mafię taksówkową, palenie stało się zakazane, wszyscy bawią się telefonami. Może i nadejdzie dzień, że kobiety zajmą się na poważnie branżą i zmienią jej oblicze? Nie można tego wykluczyć.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz