Sony Music
wywiady

Liam Gallagher: tylko k… śpiewam

Liam Gallagher i jego koledzy z zespołu Beady Eye opowiadają nam o końcu muzyki rockowej, The Black Keys, Kings of Leon i tym jak wielką krzywdę wyrządzają ludziom programy w rodzaju „Idola”.

(uwaga sporo przekleństw)

Dzika Banda: Jakie to uczucie być okrzykniętym przez brytyjskich dziennikarzy najlepszym  frontmanem w historii rocka?

Liam Gallagher: A bo ja kurwa wiem? Ja tylko śpiewam.

Ale musisz przyznać, że to imponujące – od człowieka, któremu przyklejano w prasie łatkę imitatora Beatlesów, do najlepszego wokalisty w Wielkiej Brytanii w raptem w niespełna dwie dekady.

Dziennikarze są od przyklejania łatek, my jesteśmy od grania. Dlaczego miałbym nie grać muzyki, którą sam lubię i na której się wychowałem? Rozwijać ją po swojemu, inspirować się nią. Jest jakiś zakaz obejmujący inspiracje? Nie sądzę. Jakby takowy istniał, to lepiej byłoby sobie strzelić w łeb niż grać.

The Beatles to jedna z największych, jeśli nie największa ikona muzyki rockowej – nie powinny cię dziwić porównania do nich, ani fakt, że Oasis było nazywane drugim The Beatles.

LG: Beady Eye jest jeszcze bardziej beatlesowski niż Oasis.

(Do rozmowy przyłącza się Andy Bell – ex gitarzysta Oasis, obecnie Beady Eye)

Andy Bell: Tak naprawdę to problem (znaczy moim zdaniem nie jest to problem, ale dziennikarze tak to widzą) całej muzyki na Wyspach, która co tu kryć jest w silny sposób zainfekowana brzmieniem The Beatles i The Kinks. To były zespoły, które wywaliły w kosmos brytyjską muzykę tworząc niesamowite i nieśmiertelne harmonie wokalne, melodykę. Jeśli czterdzieści lat po Beatlesach zakładasz w Wielkiej Brytanii zespół rockowy i nie grasz punk rocka, to musisz to brzmień lat 60. nawiązać. To jest nasza spuścizna narodowa, nasze błogosławieństwo i brzemię zarazem.

Gem Archer (gitarzysta): Układasz w głowie numer, ale podświadomie jesteś tak przesiąknięty muzyka Kinksów czy Beatlesów, że nagle robi ci się harmonia będąca hołdem dla ich harmonii.

LG: Właśnie o to chodzi – składamy hołd. To nie jest tak, że wchodzimy do studia i nagle chcemy zerżnąć Beatlesów. Ich muzyka płynie w naszych żyłach, nie pozbędziemy się jej, a zatem zamiast walczyć ze sobą i udawać kogoś innego, po prostu oddajemy w swojej muzyce szacunek tym, bez których nas by nie było. Ale to nigdy nie polega na tym – weź kurwa, coś ukradniemy.

AB: Jeszcze jedno – bo to często się zdarza zwłaszcza w studio. Kiedy gramy coś nagle sobie uświadamiamy, że to, co robimy brzmi jak np. Rolling Stonesi. Pojawia się w dźwiękach taka aura, nie wiem, jak kto lepiej określić. I wiemy, że robimy numer pod Stonesów. Nie jak Stonesi, ale pod nich.

Skoro się teraz tak rozgadaliście to powiedźcie – co do diabła nazwa Beady Eye znaczy?

LG: Absolutnie kurwa nic nie znaczy. To nazwa z dupy. Po prostu fajnie brzmi. A ludzie myślą, jakie to Oko… Srakie. Nazwa rockowego zespołu nic nie znaczy – ma dobrze brzmieć.

AB: Zajebiście wyglądała jak ją zapisaliśmy na kartce papieru!

Poważnie?

LG: A jak – kurwa śmiertelnie poważnie. Jak widzę naszą nazwę zapisaną na kartce papieru mam ochotę ją lizać! Kurwa mam ochotę ją zerżnąć!

GA: Pamiętaj Beady Eye to język angielski – to sformułowanie, którego w zasadzie nie da się sensownie przetłumaczyć. W naszym języku brzmi dobrze, świetnie się ją krzyczy na koncercie. Przepraszam, jak kogoś zawiedziemy, ale do tego to się sprowadza. To zajebiście brzmiąca nazwa.

Beady Eye w przeciwieństwie do Oasis to zespół, w którym wszyscy jesteście kompozytorami prawda?

LG: Taaa… prawie kurwa demokracja.

Prawie?

LG: Bo nie każdy zawsze ma pomysł na numer. Ale generalnie piszemy wszyscy.

AB: Wiadomo, że numery wpadają ci do głowy w różnych miejscach: domu, garażu, samochodzie. Każdy zapisuje, co tam ma, czasami nagrywa w domu na akustyku, ale potem robota nad piosenką jest w naszym wypadku klasyczna. Siadamy razem i gramy.

Pytam, bo dziś modne jest nagrywanie płyt przez komputery itp. Wiecie coś w stylu: Liam nagrywa wokale w swoim domowym studio, wysyła do Andy’ego…

LG (wzburzony): Tak się KURWA kończy rock’n’roll. Dokładnie przez takie podejście ta muzyka kiedyś pierdolnie i się skończy. Kurwy, nie muzycy. Bezduszne pierdolnie…

A jak wygląda rock na Wyspach? Po latach świetności brit-popu tak naprawdę nie pojawiła się jakaś spektakularna wielka nowa brytyjska gwiazda, za to rynek w Wielkiej Brytanii podbili… Amerykanie.

LG: Mówisz o Kings of Leon?

Tak.

LG: Popowe gówno. Znaczy nie zrozum mnie źle – kurwa, myśmy ich promowali. Dwie pierwsze płyty były w dechę, a potem poszło to wszystko w złą stronę.

GA: Oni trochę powielają drogę U2 – odcięli się od dawnego brzmienia i ciągle opowiadają, że kiedyś to było źle a teraz brzmią ok. Jakoś do mnie to nie trafia.

Ale czy to nie jest trochę tak, że Kings of Leon podbili Wyspy, bo coś złego stało się z brytyjskim rockiem? Stracił świeżość, nie pojawiły się nowe zespoły, które odniosły masowy sukces jak Oasis…

LG: Nie wiem. To nie tak, że padła jakość piosenek i nikt nie potrafi już komponować. Wciąż są młodzi muzycy, który dają po garach i są nieźli. Dlaczego nie udaje im się przebić? Nie wiem i szczerze – to nie mój problem. My gramy swoje.

AB: Mówiąc już zupełnie poważnie to wydaje mi się, że Kings of Leon to dobry przykład zmiany jaka nastąpiła na rynku muzycznym. Kiedyś zostanie zespołem stadionowym nie było celem muzyka a efektem ciężkiej pracy i grania. Dziś wytwórnie patrzą na statystyki i liczą statystykami – w tym roku przyciągasz tyle a tyle, potem tyle, w efekcie stadion to rok pracy. Mówię teoretycznie, ale coś jest na rzeczy. Spontaniczność ustąpiła miejsca matematyce.

A czy nie jest tak, że teraz gustem muzycznym młodych ludzi jednak w dużej mierze rządzą „talent shows” i to one narzucają ten model kariery oparty na matematyce i statystykach?

GA: Programy w stylu „Idola” nie tylko zamordowały gust, ale przede wszystkim zrobiły ludziom w głowach sieczkę. Bo teraz każdemu wydaje się, że jak pokaże się w telewizorze to odniesie sukces.  A to tak nie działa. Sukces odnoszą jednostki, a ten ich sukces i tak nie jest czymś wiarygodnym. Raptem kilka osób tak naprawdę przebijają się w branży. No i udaje im się przetrwać mimo tego, że prędzej czy później wytwórnia traci nimi zainteresowanie.

LG: Maszynki do robienia kasy i promowania marnego popu – tyle.

A was coś ruszyło w ostatnich latach?

Wszyscy: Pierdoleni The Black Keys!

LG: Jak oni to kurwa robią, parę pitu, pitu a od numerów nie da się uwolnić.

AG: Świetni są.

LG: No…

Nie myśleliście żeby spróbować podbić Stany? Kiedyś Oasis się starało…

LG: Gramy w USA, ale nie mamy już takiego parcia na sukces jak kiedyś. Jak coś zaskoczy, jak jakiś singiel nagle wbije się tam na listy, będzie zajebiście, ale jak się nie uda – chuj i tyle. Już nie mam takiej potrzeby jak kiedyś udowodniania światu, że jestem największy.

A miałeś?

LG: No kurwa pewnie! Jak byłem młodszy to kurwa byłem królem. Znaczy nie myśl, że już się nie mam za króla. Mam. (śmiech)

Miałeś nie grać nigdy numerów Oasis, ale jednak…

LG: Miałem nie grać, a potem sobie uświadomiłem, że kurwa dzięki mnie one są tak zajebiste i je gramy. Kilka, nie wszystko, ale gramy. To był debilny pomysł, żeby odcinać się od samego siebie.

A firmę odzieżową założyłeś, bo…

LG: Bo kurwa nie podobały mi się ciuchy w sklepach. A poważnie to chciałem kupić zamszowe buty i nigdzie kurwa nie było. Patrzyłem na moje zniszczone „blue suede shoes” (nawiązanie do piosenki Carla Perkinsa) i stwierdziłem – pierdole, mam tyle hajsu, żeby założyć firmę, która będzie szyła takie cichy, w których chcę chodzić.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz