Metal Mind
wywiady

Kruk: Riff dla Iana Gillana

Czy Kruk stanie się równie rozpoznawalną marką na całym świecie jak Vader albo Behemoth? Przekonamy się w ciągu najbliższych lat – a na razie pospekulowaliśmy trochę na ten temat z gitarzystą i liderem grupy, Piotrem Brzychcym. Oczywiście nie mogliśmy też nie porozmawiać o wydanej niedawno czwartej płycie Kruka – Before – czy o największych dotychczasowych sukcesach formacji, a więc m.in. o dzieleniu sceny z takimi legendami, jak Deep Purple czy UFO. No i ustaliliśmy, który riff Piotra przydałby się Ianowi Gillanowi.

Dzika Banda: Czy wytrwałość i cierpliwość to po talencie najważniejsze cechy kogoś, kto chciałby mieć szansę na osiągnięcie sukcesu jako muzyk rockowy w naszym kraju?

Piotr Brzychcy: Współczesny fan rocka w naszym kraju jest niezwykle wymagający. Wiem to z własnego doświadczenia, gdyż w pierwszej kolejności jestem właśnie fanem muzyki. Nie zadowala nas dziś bylejakość, więc szukamy czegoś ze znaczkiem HQ, który na szczęście pojawia się coraz częściej. Mamy zatem mnóstwo świetnych zespołów i utalentowanych muzyków, tworzących naprawdę dobrą muzykę, która potrafi całkowicie zaginąć w gąszczu różnorakich wydawnictw, które zalewają rynek muzyczny. Nie będę wspominał o wykonawcach, którym nigdy nie jest dane wydać swojej muzyki pomimo tego, że jest dobra. Dlatego nie po talencie, ale równolegle z nim ogromnie ważna jest wytrwałość i cierpliwość. Dodałbym do tego jeszcze dwie rzeczy, a mianowicie: pracowitość i odrobina szczęścia. Czasem obserwuję ogromnie utalentowanych artystów, którzy nie wiedzą co zrobić ze swoją doskonałą twórczością i serce mi pęka na myśl, że pewne piękne historie przepadają na zawsze, a muzycy przeciętni, ale za to z kasą, układami i cwaniacką naturą potrafią wepchnąć się wszędzie.

Oczywiście ta odpowiedź stawia mnie w złym świetle, gdyż sam musiałbym teraz siebie zaszufladkować, biorąc pod uwagę kategorie, które wyżej wymieniam. Zamykając zatem temat powiem tylko tyle, niech to już oceni każdy indywidualnie, a ja jestem ogromnie wdzięczny losowi za to, że dał mi ogromną szansę i wrzucił mnie na drogę, która doprowadziła mnie do miejsca, w którym aktualnie jestem.

Wyjątkowo gładko przeszła niedawna zmiana na stanowisku wokalisty Kruka. Jak myślisz – dlaczego? W końcu patrząc na historię takiego Deep Purple albo Black Sabbath, tego typu zmiany potrafią czasem poważnie podzielić fanów…

Nasi fani to tak naprawdę nasi przyjaciele. Wspierają nas mocno i zawsze starają się optymistycznie spoglądać na naszą przyszłość. Dlatego wszystkich nas dotknęło rozstanie z Tomkiem (Wiśniewskim, poprzednim wokalistą Kruka – przyp. BP), ale wiedzieliśmy też, że trzeba walczyć dalej. W chwili, w której zostaliśmy w czwórkę, bez wokalisty, nasi sympatycy wręcz mobilizowali nas do działania. To był niesamowity okres w historii zespołu, bo wiedzieliśmy, że mamy po co dalej walczyć. To oczywiście była też zasługa Tomka, bo napisał z nami kawałek fajnej kumpelskiej, muzycznej historii. Fani zamiast marudzić i narzekać, że to już nie będzie ten sam Kruk, wzniecali w nas ogień w myśl zasady – „inne, nie znaczy gorsze”. Patrząc na historie wspomnianych przez Ciebie zespołów mam wrażenie, że w  czasach obecnych fani Deep Purple, czy Black Sabbath potrafią już doceniać wszystkich wokalistów tych zespołów. Czas pozwolił na to, aby rozwiane zostały wszystkie wątpliwości.

Mówiłeś w jednym z wywiadów, że w pewnym momencie planowaliście występować z dwoma wokalistami, Romanem Kańtochem i Andrzejem Kwiatkowskim, co na pewno byłoby ciekawym i dość nietypowym rozwiązaniem. Dlaczego ostatecznie do tego nie doszło?

Tak, to byłaby wyjątkowa sytuacja, a nie doszło do niej z powodów absolutnie prozaicznych. Andrzej ma pracę i swój zespół. Działania z Romanem i Andrzejem wymagałyby czasu, którego nikt tak naprawdę nie miał. Bardzo szanuję tych chłopaków, bo ich muzyczne aury to naprawdę niespotykane zjawiska. Los napisał scenariusz za nas samych i jestem przekonany o tym,  że to co się finalnie wydarzyło jest najlepszym rozwiązaniem. Roman trwa przy nas i rozwija swój wielki talent, a Kwiatek działa ze swoim zespołem i robi naprawdę dobrą muzykę. Najważniejsze, że wszyscy jesteśmy kumplami i lubimy swoje towarzystwo.

Gdyby Ian Gillan poprosił Cię o pożyczenie mu jakiegoś riffu z „Before” na jego nową płytę solową, który byś mu polecił?

Podoba mi się to pytanie, choć wywołało burze myśli w mojej głowie (śmiech). Hmmm, nasz producent, Michał Kuczera, w lutym (zanim jeszcze nagraliśmy partie wokalne) powiedział –  powinniście rzucić „Gray Leaf’ Gillanowi, już on wiedziałby co z tym kawałkiem zrobić. Być może to jest właściwa odpowiedź. Serce jednak podpowiada mi tytuł „Wings Of Dreams”, w którym jego dojrzałość i barwa głosu mogłaby dać ciekawy efekt. Wyobrażam sobie też linię wokalną w „Once”, którą śpiewa Gillan i też czuję, że byłoby to coś niesamowitego. Byłbym  wniebowzięty gdyby taka sytuacja się wydarzyła (śmiech).

Podejrzewam, że rozmawiając z dziennikarzami o solówkach z nowej płyty, często wysłuchujesz pochwał względem tej z kompozycji „Once”?

To szokująca sytuacja gdyż faktycznie większość i dziennikarzy i fanów zwraca uwagę na to solo. Co ciekawe nagrałem je w trakcie pierwszego próbnego podejścia. Nawet nie wiedziałem za bardzo gdzie skończyć, dlatego ciągnie się do końca utworu. Michał Kuczera, nasz producent, był przeciwny abym w dniu nagrywania partii rytmicznych nagrywał jakiekolwiek solówki. Chciałem jednak spróbować i w zdecydowanej większości te próby trafiły na płytę jako wersje ostateczne. Może nie porażają techniką i pomysłowością, ale są zagrane prosto z serca i naszpikowane ogromną dawką emocji, która we mnie wtedy drzemały. Cieszę się, że partia solowa w „Once” jest tak wysoko oceniana, choć słuchając jej nie jestem w stanie poczuć wszechogarniającego szczęścia, że udało się zarejestrować coś wyjątkowego. Miałem za to mnóstwo radości podczas nagrywania, czułem, że te wszystkie dźwięki siedzą we mnie jak w więzieniu i tylko czekają aby się uwolnić (śmiech).

Twoja żona, Ewa, jest na „Before” praktycznie szóstym członkiem zespołu: zaśpiewała w paru utworach, pomagała w pisaniu tekstów i stworzeniu oprawy graficznej płyty… może czas ją dopisać do składu?

Trzeba byłoby zatem dopisać Kubę Hyrję, Michała Kuczerę, Marka „Ptysia” Jastrzębskiego, Agnieszkę Cieślik i kilka innych osób, które są częścią tego zespołu. Ewa wspiera nas i pomaga, ale nie czuje się członkiem zespołu. Nie przepada za naszymi spotkaniami zespołowymi i zawsze gdy takowe się odbywają to ona wychodzi, albo jest zła, że musiała w nich uczestniczyć. Chłopaki maksymalnie ją szanują właśnie dlatego, że w ogóle się nie wtrąca, a to naprawdę bardzo ważne, bo na swojej drodze spotkałem mnóstwo kobiet muzyków, które wywierały presję, prowadziły do rozpadu zespołów, kłótni i różnorakich problemów. Ewa jest w tym względzie darem z niebios. Jej udział w działaniach Kruka jest zwykle dziełem przypadku i nie jest koniecznością. Nigdy nie angażuję jej w działania Kruka dla zasady, to się dzieje głównie z uwagi na jej ogromną wrażliwość artystyczną. Jest osobą niezwykle utalentowaną i przy okazji pełną pokory. Można się od niej wiele uczyć i czasem gdy obserwuję z boku jak fajną relację ma z chłopakami z zespołu, to uśmiech automatycznie maluje się na mojej twarzy. Dodam też, że wiele jest takich osób, których podpowiedzi słuchamy i wcielamy je później w nasze krucze życie, bo nie ma nic lepszego niż tworzyć coś nie tylko dla siebie, ale także i dla ludzi, którzy na to oczekują.

Kto wpadł na pomysł wzbogacenia nowej płyty o krążek DVD z zapisem koncertu, jaki zagraliście w tym roku w Spodku poprzedzając Deep Purple?

Już 30 lipca 2013 roku były takie plany gdy występowaliśmy z Deep Purple we Wrocławiu. Za późno jednak na ten pomysł wpadłem i nagraliśmy wtedy tylko dźwięk. Być może kiedyś to wydamy. Teraz mieliśmy więcej czasu, no i Darka Świtałę z naszej wytwórni, który od początku podpalił się pomysłem. Gdyby nie on i jego zapał, nie byłoby tego krążka. Mówię o tym pierwszy raz, gdyż pierwszy raz pojawiło się właśnie tak sformułowane pytanie. Mnóstwo tematów, które musiały być ogarnięte, w pewnym momencie sprawiły, że ja po prostu wymiękłem. Powiedziałem do chłopaków: „Odpuszczamy”… ale Darek się uparł i doprowadził projekt do końca. Później, gdy zobaczyłem efekt końcowy, a w zasadzie gdy pracowaliśmy przy projekcie wideo i audio zrozumiałem jak ważna i wartościowa będzie to rzecz w historii Kruka. Jestem ogromnie szczęśliwy, że ten dodatkowy dysk znalazł się na płycie „Before”.

Jesteś jedynym znanym mi muzykiem, który przyznał, że spotkania z ludźmi z wytwórni płytowej inspirują go do tworzenia nowych utworów. Naprawdę aż tak świetnie współpracuje się z Metal Mind Productions?

Do działań wszelakich inspirują mnie ludzie i zawsze to z nich czerpię najwięcej jeśli chodzi o pozytywną energię. W firmie Metal Mind Productions zawsze bardzo dobrze się czuję i pomimo kilku nieciekawych przygód wiem, że gramy na tę samą bramkę. Spotkania dotyczące płyty „Before” były ogromnie budujące i inspirujące, gdyż do końca nie wiedziałem czy powinniśmy wydać kolejną płytę, czy powinniśmy to zrobić już teraz, czy odczekać. Natomiast ekipa wręcz domagała się nowego albumu już tu i teraz. To było bardzo budujące, ta świadomość, że ktoś czeka na nasze kolejne dźwięki, wierzy w nas i dopinguje. Gdy dołożyć do tego jeszcze aspekt biznesowy – no bo chyba żadna wytwórnia na świecie nie wymagałaby nowej płyty zespołu, którego płyty się nie sprzedają – to dzięki niemu również byłem naprawdę mocno zbudowany i zdeterminowany. Ta radość dawała efekt w postaci pisanych utworów. Mam tak jednak w każdym, ale to każdym przypadku. Twoje pytanie o to, którym utworem podzieliłbym się z Gillanem sprawiło, że też już mam w głowie nowy utwór, taki jeden mały zalążek, który na pewno trafi na kolejną płytę Kruka, jeśli oczywiście takowa się pojawi. Zaraz po wywiadzie to nagram, żeby nie uciekło z pamięci. Inspiracje drzemią wszędzie, trzeba mieć tylko szeroko otwarte oczy. Przede wszystkim oczy wyobraźni.

Jak myślisz, dlaczego ekstremalnym zespołom w rodzaju Vadera czy Behemotha udało się osiągnąć spory sukces poza granicami Polski, a wiele równie świetnych rockowych czy heavy metalowych grup z naszego kraju, jak np. Turbo czy Acid Drinkers, mimo podejmowanych prób niewiele w tej kwestii zdziałało?

Wydaje mi się, że to kwestia specyfiki wynikającej z wokalu. Mocny, agresywny growl jest bezdyskusyjnie łatwiejszym językiem porozumienia między narodami. W muzyce hard’n’heavy pojawia się problem gdyż nie da się sprawić, że Polak zaśpiewa po angielsku tak, jak ktoś kto tym językiem angielskim posługuje się od zawsze. Oczywiście to karkołomne stwierdzenie gdyż jest przecież mnóstwo zespołów robiących kariery międzynarodowe pomimo, że wywodzą się z nacji, w których językiem ojczystym nie jest język angielski. Trzeba brać też pod uwagę fakt, że Vader i Behemoth to naprawdę bardzo dobre zespoły i poziomem sięgają największych. Na ten temat można napisać felieton, a prawdy i tak do końca nie poznamy. Cieszy mnie to jak czytam recenzje płyt Kruka, które spływają niemalże z całego świata i w tych recenzjach często pojawiają się zwroty w stylu – Polska ma obok Vadera i Behemotha kolejny dobry zespół o nazwie Kruk. Jestem wtedy ogromnie szczęśliwy i dumny (śmiech). Niechaj będzie nas zatem jak najwięcej i może uda się pokonać bariery międzynarodowe.

Słuchając płyt Kruka nietrudno domyślić się, że jesteś fanem Deep Purple czy Rainbow. Ale pewnie słuchasz też rzeczy, które ortodoksyjnych fanów hard rocka mogłyby mocno zdziwić – jakiś black metal albo death? A może skryte miłości w dziedzinie popu?

Oczywiście, że tak. Muzyka wnika we mnie jak ciecz w gąbkę. Czasem nawet nie wiem, a już jestem całkowicie przesiąknięty danym klimatem. Jeśli chodzi o skrajności to zacznę od mocy. Ogólnie jednym z moich ulubionych zespołów jest brytyjski Carcass. Uwielbiam wsłuchiwać się w ich ewolucję jaką poczynili od grindcore’owego debiutu do wręcz hardrockowego zejścia ze sceny w latach 90. Dziś powrócili z nową płytą i zaspokoili chyba wszystkich swoich fanów, ale tamta część dyskografii jest fascynująca i muzycznie piekielnie dobra w każdym calu. Nie mam zatem problemu z siłami ciemności (śmiech). Byłem ostatnio na koncercie wspomnianego już Behemotha i naprawdę zostałem porwany, w przenośni i dosłownie, gdyż w takim młynie pod sceną nie byłem już chyba 15 lat! Uwielbiam Megadeth i to też jest dla mnie fenomen jeśli chodzi o ewolucję stylistyki. Natomiast po drugiej stronie czają się choćby Adele, której pierwsza płyta mnie wręcz rozwaliła. Lubię Rihannę w wydaniu koncertowym i uważam, że pop w dobrym stylu ma sens. Byłem nawet na jej koncercie. Czasem dla zupełnego restartu posłucham jakiegoś RMF-u i nawet tam jestem w stanie znaleźć jakieś perełki. Bo prawda jest taka, że muzyka dzieli się w zasadzie tylko na złą i dobrą.

Jak się czujesz jako część grona znanych muzyków wspierających firmę Engl? Poza tym, że jesteś coraz bardziej jak Ritchie Blackmore i Steve Morse…

To tak ogromne wyróżnienie, że nawet nie jestem w stanie tego ocenić. Grałem na tych wzmacniaczach od kilkunastu lat i nagle dowiaduję się, że mogę reprezentować ich barwy. To trochę tak, jakby okazało się, że dziewczyna, w której podkochujesz się od lat, nagle dała Ci zielone światło (śmiech). Największą radość mam z tego, że reprezentuję sprzęt, który naprawdę czuję. Obserwuję wielu muzyków, którzy tego typu przedsięwzięcia traktują jak zwykły kontrakt biznesowy. Dana marka oblega scenę, a za sceną gra coś zupełnie innego. Notorycznie na takie przypadki trafiam. Dlatego wiem, że w tym względzie jestem szczęściarzem. Zresztą miałem już kilka takich propozycji, które mi nie pasowały i z nich zwyczajnie zrezygnowałem.  Bardzo ucieszyła mnie też reakcja ludzi z Engla na osiągnięcia i muzykę Kruka, która była bardzo pozytywna. Dziwili się mocno, że nie ma nas jeszcze na świecie. To też dodało nam skrzydeł przy działaniach związanych z płytą „Before”. Oczywiście nic by się nie udało, gdyby nie dobre serce Wiesława Góry z firmy Vanax, który jest dystrybutorem Engla na Polskę. To on we mnie uwierzył i pozwolił mi na to, że mogłem poznać od podszewki brzmienie tych wzmacniaczy.

Kilkakrotnie dzieliłeś już scenę z Deep Purple, zagrałeś mecz z Ritchiem Blackmore’em, przybijałeś piątkę z gitarzystą UFO, Vinnie Moore’em, i oficjalnie pogratulował Ci występu sam Carlos Santana… Czy jest jeszcze coś, co mogłoby przebić wszystkie te wydarzenia?

Może zabrzmi to bezsensownie, ale szukam takich emocji nie tylko w zderzeniu z największymi tego świata. Czasem coś wielkiego dzieje się tuż obok, skromnie i po cichutku. Podczas ostatniej trasy przyszedł do mnie chłopak z prośbą abym podpisał się na jego gitarze i te emocje były równie spektakularne. Widuję na koncertach twarze pełne radości, wyczuwam wśród ludzi serca płonące w stronę naszej muzyki i to wszystko daje mi tak nieprawdopodobną mieszankę wiary i siły, że odpowiedź na Twoje pytanie jest jednoznaczna. Ciągle coś przebija te wydarzenia. Ciągle uciekam myślami do wydarzeń, które dzieją się tu i teraz. Jak widzę na naszym koncercie kogoś, kto przyjechał kilkaset kilometrów tylko po to, żeby nas zobaczyć, to pęka mi serce. Kocham tych ludzi, którzy tworzą moje szczęście. Mam też ogromną nadzieję, że w zamian dostają to samo i w dźwiękach i w każdej postawie. Tamte sytuacje z Blackmore’em, Moore’em, czy Santaną dały mi niesamowitego kopa, sprawiły, że otarłem się o historię, nie mógłbym ich jednak wywyższyć ponad to, co często spotyka mnie na poletku sympatyków Kruka.

Kategorie
wywiady
Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Dodaj komentarz