wywiady

Jonathan Carroll: umrę jako człowiek spełniony [wywiad]

Z Jonathanem Carrollem, autorem „Krainy chichów” i wydanej niedawno „Kolacji dla wrony”, rozmawiamy o czytelnikach, polityce i trudach bycia pisarzem.

Dzika Banda: Wygląda pan na zmęczonego.

Jonathan Carroll: Nie tyle co zmęczonego, ile wytrąconego z rytmu. Na co dzień prowadzę zupełnie inne życie niż teraz, nigdzie się nie spieszę, trwam w wyciszeniu i spokoju. A potem nadchodzi trasa promocyjna i wszystko wywraca się do góry nogami.

Nie lubi pan promocji książek?

Inaczej. Rozumiem, że są potrzebne, że spotkania z czytelnikami to obowiązek pisarza. Tyle, że musi minąć chwila zanim finalnie wpadnę w rytm promocyjny. A promocja sama w sobie nie jest niczym złym. W końcu piszę książki, które ktoś ma przeczytać. Gdybym uciekał od spotkań, od kontaktu z odbiorcami, skazałbym swoje książki na niebyt. A pisanie, którego nikt nie czyta, przypomina gotowanie znakomitych potraw, których nikt nigdy nie zje. Nie widzę w tym głębszego sensu.

Ponad dziesięć lat temu, to było chyba w 2004 roku prowadziłem spotkanie z panem, podczas którego powiedział pan zdanie, które pamiętam do dziś, zmroziło część publiczności – brzmiało ono dokładnie tak: nie obchodzą mnie czytelnicy.

Widzi pan, ludzi szokuje takie wyznanie, a ja nie rozumiem, co w nim może być tak szokującego. Kiedy piszę, pierwszą osobą, która ma się dobrze bawić jestem ja. W tym momencie nie obchodzą mnie czytelnicy, bo jeśli zadręczy mnie praca, którą wykonuję, nigdy nie skończę pisania, a co za tym idzie – czytelnicy nigdy nie dostaną powieści, którą mogliby przeczytać. Więc tak – kiedy piszę nie obchodzą mnie czytelnicy. Najpierw mam bawić się ja, potem reszta świata.

Dalej się pan bawi pisząc?

Tak. Pewnie, że są książki, które sprawiały problemy, są takie, w których zmieniłbym sporo. Ale skłamałbym, gdybym stwierdził, że pisanie mnie już nie bawi.

A ma pan powieść, którą by pan przepisał?

Całą – nie. Są jakieś fragmenty, ale całość nie.

Polska pana pokochała.

I ze wzajemnością. Ale widzi pan, nigdy nie istniał żaden plan pod tytułem – podbiję polski rynek wydawniczy. To zdarzyło się samo i jestem gdzieś wewnętrznie przekonany, że w dużej mierze wynika to z faktu, że pisząc najpierw ja się bawiłem, a potem zaczęli bawić się czytelnicy. Gdyby moje powieści były wymuszone, gdybym dręczył się tworząc je, przypuszczam, że czytelnicy mieliby z nimi taki sam problem.

Przyjeżdża pan do Polski od ponad dwudziestu lat. Jak w pana oczach zmienił się ten kraj?

Niebywale! To są dwie zupełnie inne polski. Ta którą zastałem w latach 90. była szara, nijaka i brzydka. W ćwierć wieku zamieniliście szare ulice postsowieckiego kraju, w tętniące życiem i kolorami ulice państwa europejskiego. To oczywiście obserwacja powierzchowna. Przypuszczam, że większość turystów, którzy przyjeżdżają do Polski teraz nie byłoby w stanie sobie wyobrazić jak dwadzieścia lat temu wyglądała choćby sama Warszawa. Dlatego kiedy docierają do mnie wiadomości o tym, co wyczynia wasz nowy rząd czuje się z tym dziwnie i smutno.

Słyszał pan o tym, że teraz Polska powstaje z kolan?

Tak. I kompletnie tego nie rozumiem. Odcinanie się przez wasz rząd od Unii Europejskiej, od wszystkich instytucji, które pomogły rewitalizować polski krajobraz i gospodarkę jest co najmniej dziwne. Nie powinniście iść tą drogą, bo to zła droga. Obrażanie wszystkich dookoła nikomu nie przyniosło jeszcze korzyści.

W wielu krajach doszły do władzy konserwatywne partie a trend nacjonalistyczny jest coraz silniejszy.

Na szczęście nie wszędzie. Francja, Austria, Holandia dały odpór nacjonalistom. W Stanach po stu dniach rządów Trumpa, pojawiają się głosy dotyczące impeachmentu. Być może zatem konserwatyści wygrywają, ale nie wszędzie a ich wizja świata przegra. Oby przegrała.

Książka, którą pan promuje, „Kolacja dla wrony” nie jest powieścią. To zbiór anegdot z życia, których motywem przewodnim jest cieszenie się z rzeczy małych. Odkrywanie jak sam pan to określił – sztuki w zwyczajnym życiu.

Chodziło mi oto, że dziś wszyscy gdzieś się spieszą – pędzą z punktu A do punktu B wpatrując się we własne buty. A świat i to co jest pomiędzy punktem A i B zanika. „Kolacja…” to zapis świata, którego we współczesnym pośpiechu nie zauważamy.

Małe cuda zdarzają się codziennie?

Opisałem w książce taką scenkę. Święta Bożego Narodzenia. Idę ulicą, widzę ojca z małą dziewczynką. Ona nagle uśmiecha się od ucha do ucha w najszczerszym i najradośniejszym uśmiechu na jaki stać dziecko. Okazało się, że obok szedł gigantyczny, mierzący ponad dwa metry i ważący dobre sto pięćdziesiąt kilogramów Mikołaj. I nagle w oczach tej dziewczynki zobaczyłem, jak spełnia się jej największe marzenie. Oto widzi świętego Mikołaja. Poszedłem do domu od razu spisać tę historię. Dla mnie to mały cud. Magia codzienności.

 

Której inni nie zauważają?

Bo patrzą non stop w swoje telefony, tablety. Bo publikują posty na facebooku. Są tak zajęci sobą, że nie widzą jak życie przepływa im między palcami. Żyjemy w czasach pokolenia ekranu – nikt nie patrzy dookoła, wszyscy patrzą w telefon. Kurczę, też mam telefon. Kiedy dzwoni odbieram. Kiedy ktoś coś pisze, odpisuję jak znajdę czas. Reszta czasu jest moja. Myślę że staliśmy się niewolnikami bezpośredniego dostępu do informacji. Musimy wiedzieć wszystko – tu i teraz. Musimy dzielić się ze światem, nawet najgłupszą myślą jaka przychodzi nam do głowy. Jesteśmy bezrefleksyjni i zapatrzeni pozornie w świat. Ale pozornie, bo to nie jest świat, który nas otacza, a jego elektroniczne, zniekształcone odbicie wyświetlane w ekranie monitora.

Tim Burton, David Lynch, Ang Lee – to kilku reżyserów, którzy mieli nakręcić filmy oparte na pana powieściach. Co się stało?

Nic. Projekty umarły. Choć powieści jak choćby „Kraina Chichów” były niezwykle popularne, to w finale, nawet wielkie nazwiska reżyserów, nie przekonały producentów, do wydania pieniędzy na produkcję.

Przykre?

Normalne. W Hollywood od lat rządzi tzw. zasada pewniaków. Jeśli wydać pieniądze na film wysokobudżetowy, to najlepiej na coś z superbohaterami. „Superman 10”. „Avengers 15”. Idiotyczne filmy, w których charakterystykę postaci i świat zastępują efekty komputerowe. Ale to te filmy zarabiają. Film o magii wkraczającej w codzienność, nie dość, że wymaga od aktora grania, a nie tylko wiszenia na linach na tle greenboxu, to nie gwarantuje przychodu.

Nie przepada pan za współczesną kulturą masową?

Nie, bo nie ma za wiele wspólnego z kulturą. Nie twierdzę, że wszystko w niej jest złe. Ale większość jest nijaka. Przezroczysta. Jak przezroczysty jest film, w którym mamy dziesięciu głównych bohaterów, czterech złych, a czas jaki spędzają na ekranie wynosi pięć minut. Co więcej – te filmy są takie same. Nie ma w nich grama oryginalności. Są nijakie i nudne.

Wracając do pana książek – zaglądał pan po latach do „Krainy Chichów”?

Nie. I nie muszę. To powieść, dzięki której siedzimy i rozmawiamy. Przed nią napisałem trzy inne. Nikt ich nie chciał. „Kraina…” otworzyła mi drzwi do kariery. Jestem jej wdzięczny. Ale nie czuję potrzeby zaglądania do niej.

A jak pan się zmienił od czasu powstania „Krainy…”?

Wtedy byłem głodny. Głodny sławy, uznania. I to się zmieniło. Już nie jestem głodny. Wiem co to sława i uznanie. Wiem co to uwielbienie czytelników. Teraz już nie muszę nikomu niczego udowadniać. Jestem spokojniejszy. Może i pisanie nie jest tak fajne, tak zabawne jak wtedy, ale wciąż je lubię. Jeśli czegoś dziś mi brakuje to tej gówniarskiej pasji. Pożądania słowa. Kiedy osiągasz sukces, pożądanie zanika. Zmienia się w regularną pracę. Mam to szczęście że wykonuję pracę, którą kocham. Jestem wyciszonym facetem. Czy jeśli – odpukać – nagle umrę moje książki wciąż będą czytane? Nie wiem. Część tak, część zostanie zapomniana. Ale spełniłem się jako człowiek i jako pisarz. A to dla mnie najważniejsze. Mogę umrzeć jako człowiek spełniony.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz