Wiki
wywiady

John Flanagan: Zwiadowcy nawet mnie zaskoczyli [wywiad] [pisarz]

John Flanagan autor bestsellowego cyklu „Zwiadowcy” opowiada nam o tym jak odnieść sukces na rynku powieści fantasy, pisaniu opowiadań dla syna, zmienianiu zakończenia „Casablanki” i pracy z Paulem Haggisem.

 

Dzika Banda: Podobno jak na Australijczyka sporo wiesz o Polsce…

John Flanagan: Nie wierz w plotki. Niewiele. Ale interesuję się prywatnie historią i absolutnie podziwiam wasz dywizjon 303. Niesamowici piloci, którzy mieli niesamowitego pecha. Przez brak płynnej znajomości angielskiego mieli problemy z wcieleniem do amerykańskiego lotnictwa. A byli niesamowici – zestrzelenie niemieckiej eskadry było dla nich niczym. Niezwykli piloci i żołnierze…

Od kilku lat przebąkuje się u nas o filmie o dywizjonie 303, teraz ma nawet powstać.

No i wcale mnie to nie dziwi. Ich historia jest niezwykle filmowa.

I chłopięca – oto grupka chłopaków, odważniejszych i zdolniejszych od innych, która musi dać sobie radę we wrogim świecie. Trochę jak w twoich powieściach.

No jeśli spojrzeć na to od tej strony to tak – rzeczywiście. Moje książki są chłopięce.

Kiedy piszesz dochodzi do głosu ukryty w tobie chłopiec?

Nie. Aż tak to nie. Ale kiedy piszę, nie myślę w kategoriach: uwaga piszesz powieść dla dzieci, piszesz powieść fantasy itp. Staram się absolutnie nie ograniczać. Piszę opowieść, którą sam chciałbym przeczytać. To dla mnie zawsze punkt wyjścia. Sama opowieść – nigdy nie gatunek albo odbiorca.

Zanim przejdziemy do pisania i twoich powieści, chciałbym cofnąć się trochę w czasie. Debiutowałeś późno, miałeś sześćdziesiąt lat…

Zawsze chciałem pisać. Wiesz ile powieści napisałem, zanim ukazali się „Zwiadowcy”?

Nie?

Dużo (śmiech). Ale wszystkie zostały odrzucone. Byłem odrzucony chyba osiem razy. I w większości przypadków niestety zupełnie słusznie.

W zasadzie zawsze pisałeś. Bo przed karierą pisarską pisałeś scenariusze w telewizji.

I byłem copywriterem. Praca w agencji reklamowej nauczyła mnie dyscypliny. Wiesz pisząc reklamę, masz bardzo ograniczony zasób słów w którym musisz zawrzeć wszystko co chcesz powiedzieć. Streścić wszystko – całą historię, którą opowiadasz, przekaz w minimum. To niesamowity trening dla głowy. Lubiłem tę pracę, choć oczywiście żadna matka nie przyszła do mnie i nie powiedziała: – dziękuję panu za tę reklamę, sprawiła że mój syn zaczął czytać. (śmiech). W telewizji było ciut inaczej, bo pisanie serialu to inna para kaloszy, ale i tu nauczyłem się czegoś co do dziś wykorzystuję w powieściach – podziału akcji na trzy akty. Serial rządził się prawem trzech aktów i każda moja książka dokładnie jest tak podzielona.

A jakie powieści odrzucali wydawcy?

A różne. Głównie kryminały i thrillery. Dla przykładu mam taką serię o Jessie Parker, seksownej pani szeryf z Kolorado. która najpierw była odrzucona a po sukcesie „Zwiadowców” wróciła do łask wydawców.

Podobno „Zwiadowcy” powstali jako opowieść dla twojego syna. To prawda?

Nie do końca. I tu chyba kryje się największa ironia „Zwiadowców”. Nigdy nie planowałem ich wydać. Mój syn Michael w latach 90. miał jakieś dziewięć lat i za diabła nie chciał nic czytać. Miał gigantyczne problemy z koncentracją. Więc wziąłem go na sposób i zacząłem co tydzień pisać dla niego jedno opowiadanie, żeby sprawdzić czy zainteresuje go to czy nie. Trzeciego piątku przyszedł i zapytał, czy mam nowe opowiadanie, a piątego… piątego przyszedł i powiedział: – wiesz co tato, tym razem się wystraszyłem, nie wiedziałem, że napisana scena, może wystraszyć tak samo jak film… I już wiedziałem, że go mam. Że złapał bakcyla i będzie czytał. W sumie napisałem dla niego dwadzieścia opowiadań. Co zabawne, nigdy go nie pytałem (a teraz jak zapytam, to odpowie, tak wiedziałem), czy domyślił się, że wszystkie te opowiadania, było de facto o nim. Tak czy siak – opowiadania wylądowały w szufladzie na jakieś piętnaście lat. Pewnego dnia moja córka powiedziała: – tato może byś wygrzebał te stare opowiadania i zamienił je w powieść. Była wtedy fanką Harryego Pottera i zasugerowała mi, że skoro dzieciaki tak bardzo kochają Pottera, to może będą chciały poczytać coś innego. I tak to się zaczęło.

Był taki moment, że póki księgarskie uginały się od nowych Harrych Potterów. Niewiele z tych powieści odniosło sukces.

Sukces to rzecz względna. To znaczy – nie ma na niego algorytmu i nigdy nie wiesz – uda się czy się nie uda. Sukces „Zwiadowców” moim zdaniem nie wziął się z reklam i kampanii promującej ich jako „nowego Harryego Pottera”, takich kampanii było miliard i zapewne większość z nich skończyła się fatalnie dla książek. U mnie było inaczej, bo postawiliśmy na sprzedaż bezpośrednią. Kontakt z księgarzami, bibliotekarzami. To tak naprawdę oni polecali moje książki dzieciakom i rodzicom i to oni wypracowali sukces serii.  W ogromnej mierze dzięki temu, że księgarzom spodobała się pierwsza powieść, polecali ją rodzicom szukającym czegoś dla dwunastoletnich chłopców. I tak to poszło. Nie reklamą, a sprzedażą bezpośrednią, wystawy w bibliotekach, itp.

I tu wracamy do początku naszej rozmowy – trudniej pisze się dla dzieci?

Nie. Jak już ci mówiłem – kiedy siadam do pisania, nie myślę o tym, że „oto właśnie tworzę kolejny tom cyklu dla dzieci”. To by mnie ograniczało a tego nie lubię. Nie upraszczam języka, którym posługuję się na co dzień. Nie staram się przypodobać odbiorcy. Zresztą dziecko, to tak naprawdę najtrudniejszy odbiorca, bo ma słuch niebywale wyczulony na fałsz. Zacznie kłamać, wymyślać pod dzieci, a one to momentalnie wychwycą i odrzucą powieść. A więc siadam i piszę najpierw dla siebie, potem dla innych.

Ale nie wmówisz mi że pisanie dla dzieci nie ogranicza.

Myślisz że inne pisanie nie ogranicza? Ogranicza tak samo, jak pisanie dla dzieci, tylko na innych płaszczyznach. Owszem nie mogę pisać o seksie, wprowadzać erotycznych scen, ale w sumie nawet tego nie chcę, więc tu nie ma konfliktu. Muszę uważać na przemoc, ale zawsze na nią uważam, bo nie ma niczego gorszego jak nieuzasadnione naładowanie opowieści przemocą. Poza tym dzieciaki, tak samo jak dorośli uwielbiają czytać powieści naładowane szybka akcją i twistami. Całkiem niedawno rozmawiałem z Jamesem Pattersonem, który wydał ostatnio powieść dla dzieci i okazało się że mamy takie samo podejście do pisania: daj im historię, która ich wciągnie, a wygrywasz czytelnika. O to w tym wszystkim chodzi. Historię, która wciąga bez reszty.

Ale Patterson może pisać o brutalnych morderstwach, krwi itp.

Jesteś przekonany że może? Że czytelnicy jego kryminałów dobrze zareagowaliby, gdyby nagle zamienił je w ociekające krwią opowieści? Wydaje mi się, że jednak nie. Każdego z nas ogranicza konwencja, którą przyjęliśmy. I każdy z nas musi grać według jej zasad.

Nie wadzi ci  twoja konwencja?

Nie – powiem więcej, jest bardzo bezpieczna. Kiedy złożyłem maszynopis w wydawnictwie chciałem „Zwiadowców” wydać jako powieść fantasy. I wtedy wydawcy wzięli mnie w obroty. Czy ty zdajesz sobie sprawę ile powieści fantasy wychodzi na rynku? No nie. Ogrom. A wiesz co trzeba zrobić, żeby odnieść sukces na rynku fantasy? Nie. Ano wbić się w łaski fandomu. A to nie jest proste i nigdy nie możesz być pewnym, czy fantaści cię pokochają czy odrzucą. Tak mniej więcej wyglądały nasze rozmowy, w których przekonywano mnie, aby „Zwiadowcy” byli promowani jako powieść dla młodzieży i dzieci. Teraz już wiem o co chodziło. Z czystko marketingowego punktu widzenia: powieść fantasy na prezent dla ciebie kupi jedna może dwie osoby i to na dodatek muszą wiedzieć, że lubisz ten gatunek itp. Powieść dla dzieci, na prezent dla dziecka, kupi cała rodzina, bo ciocie, wujkowie, babcie, dziadkowie, kuzyni itp. przychodzą do księgarni z prostym pytaniem – potrzebuję coś dla siostrzeńca, wnuczka, ma dwanaście lat i lubi „Harryego Pottera”. Jeśli dobrze się dogadasz, o czym już wspominałem z księgarzem, ten poleci twoją książkę. Zasięg kilkanaście razy większy. Poza tym jeśli powieść stanie się popularna pośród dzieci, siłą rzeczy wpadnie do fandomu i nie musisz walczyć o jego łaski. No i jeszcze jedno. Książki o chłopakach czytają też dziewczynki, ale chłopcy nigdy nie czytają książek o dziewczynkach. I tak umieszczając „Zwiadowców” w tym określonym targecie, wygrałem wszystko. Każdego odbiorcę, każdą płeć i wiek. Ale bez rad ludzi mądrzejszych nie udałoby mi się tego ogarnąć tak sprytnie.

drużyna

Dlatego wprowadziłeś w pewnym momencie postaci dziewczynek?

Tak – dla poszerzenia zasięgu odbiorców.

A jak wygląda sprawa z umieraniem w powieściach dla dzieci? Śmierć to temat niebezpieczny…

Ale i naturalny, bo przecież wszyscy umrzemy. Nie, bez obaw, nie mam zamiaru wrzucać swoich czytelników w świat, w którym istnieje tylko jeden przekaz: cokolwiek zrobisz i tak to nieistotne, bo umrzesz. (śmiech). Do śmierci w powieściach podchodziłem ostrożnie – to fakt. W przedostatnim tomie po raz pierwszy uśmierciłem ważną postać, czyli Alyss. I się zaczęło – zostałem zasypany emailami od fanów. Część z nich była niemal histeryczna – dlaczego pan ją zabił itp. Druga część zaś co ciekawe… doszukiwała się w tym zabiegu podstępu: – scenę śmierci napisał pan tak enigmatycznie i nie znaleziono ciała, co sugeruje że Alyss pewnie powróci prawda? No nie. Nie powróci. Zabiłem ją. Koniec. Kropka. To był mój pierwszy raz kiedy opisałem śmierć i reakcja na nią była zaskakująca. Przynajmniej dla mnie, bo nie sądziłem, że kiedyś dostanę list w którym ktoś pisze, że Alyss to jego ulubiona bohaterka. Zawsze wydawało mi się, że to postać poboczna… Natomiast dlaczego nie znaleziono ciała to inna historia. Jestem już w wieku, kiedy częściej chodzę na pogrzeby, niż inne imprezy. Pogrzeb to zamknięcie. Ostateczny koniec opowieści. Żegnamy bliskiego i musimy zmierzyć się w życiu z pustką po nim. Dlatego nie zrobiłem tego Willowi. Pozwoliłem mu żyć bez tego przygnębiającego doświadczenia, jakim jest pogrzeb.

Skoro mówimy o czytelnikach – skoro tyle do ciebie piszą, to słuchasz ich?

Nie przywrócę Alyss do życia. (śmiech). A poważnie. Tak słucham, czytam ich prośby, przemyślenia, ale twórca musi trzymać się swojej wizji. Musi być wierny temu co wymyślił i nie ulegać wpływom odbiorców. Dla przykładu weźmy taką „Casablankę” – absolutnie wielki i genialny film, którego puenta wkurza wszystkich wielbicieli romansów. No bo przecież ten film powinien skończyć się inaczej. Bogart powinien jakimś cudem wejść do samolotu i nagle powiedzieć do Bergman – patrzę na ciebie malutka. Ale tak się nie kończy. Nie zostali razem. Każdy poleciał w swoją stronę i na tym polega wielkość puenty tego filmu. Teraz bezustannie mówi się o remakeu „Casablanki”. Ponieważ Hollywood opiera się na wszelkich badaniach, zapewne przepytają ludzi, jak chcieliby aby „Casablanka” się skończyła a ci odpowiedzą – tym, żeby byli razem. No i będą. Ale ta puenta nie pasuje do historii. Nie tak została wymyślona i nie przez to jest nieśmiertelna.

No i zniknie najlepszy one-liner w historii czyli: „to początek wspaniałej przyjaźni”…

Dokładnie! W każdym razie czegoś takiego nie robię. Nie mogę pozwolić sobie na to, żeby czytelnik zmieniał mój świat.

Mówiąc o filmach, jak wygląda sprawa z ekranizacją „Zwiadowców”? Mieli powstać kilka lat temu…

Ale zabrakło pieniędzy. Ale dobra wiadomość jest taka. Budżet został zamknięty – zdjęcia ruszają latem. Reżyserem jest Paul Haggis i bardzo się cieszę.

Haggis nigdy nie kręcił do tej pory fantasy.

Jestem absolutnie spokojny o  ten film. Po pierwsze Haggis nie jest Amerykaninem a Kanadyjczykiem a co za tym idzie… ma o wiele bardziej wyostrzone poczucie humoru, a w przypadku „Zwiadowców” to bardzo ważne. Bałem się że ze scenariusza zniknie cały abstrakcyjny humor opowieści, ale Paul świetnie go wyczuł. Poza tym to jest ten facet, który w serialu „Na południe” wymyślił głuchego wilka, którego wszyscy wołają ale on nie reaguje… Pamiętasz serial „Na południe”? O kanadyjskim policjancie z konnej brygady, który trafia do Chicago wspólnie ze swoim wilkiem…

Tak, tak, był bardzo popularny w Polsce w latach 90.

Kiedy spotkałem się z Paulem opowiedziałem mu o wilku. On na to, że bardzo się cieszy z tego że pamiętam o nim, bo to był jeden z jego ulubionych żartów.

Uważaj na „Strażnika Teksasu” – Haggis jest dopisany do niego jako współtwórca, ale kiedy z nim o tym rozmawiałem, strasznie się o to wściekał, bo w zasadzie nie wymyślał tego serialu, a tylko przepisywał jego scenariusz.

Tak! Mnie opowiadał o tym jak niski jest Chuck Norris i jak musieli na planie markować ujęcia, żeby nie wyszło na to, że Walker nie jest potężnym facetem a karzełkiem (śmiech).

Ekranizacja to szczyt sukcesu?

Nie wiem. Już się nie orientuję w tym. Nigdy nie marzyłem o tym, że moje książki ukażą się w dwudziestu językach, sprzedadzą w bodaj dziewięciu milionach egzemplarzy… Kiedy Stephen King usłyszał od agenta, że zarobił pierwsze wielkie pieniądze, stał w kuchni, rozmawiał przez telefon i zemdlał. Moja agentka za każdym razem robi sobie żart i kiedy dzwoni do mnie z ważnymi informacjami zaczyna od pytania: siedzisz? (śmiech). Szczerze, zupełnie szczerze?

Tak

To co dzieje się z moimi powieściami to jakiś surrealistyczny sen. Nigdy nie sądziłem, że odniosą taki sukces, że będę otoczony tak gigantyczną ilością fanów.  Zawsze uznawałem się za dobrego rzemieślnika. Nie żadnego geniusza, ale dobrego wyrobnika. Czasami jak patrzę na to co dzieje się z moimi  książkami myślę sobie, że musi być w nich coś więcej, tylko akurat ja tego nie dostrzegam. I niech tak zostanie.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

2 komentarze
  • Smigol333
    18 maja 2015 at 18:43
    Skomentuj

    Dlaczego w wywiadzie z John’em Flanagan’em to wypowiedzi redaktora są wytłuszczone?
    Dlaczego napisane jest „twoim” a nie „Twoim”

  • Robert Ziębiński
    Robert Ziębiński
    18 maja 2015 at 21:55
    Skomentuj

    Ad 1. W taki sposób w wywiadach oddziela się pytania od odpowiedzi. Ad 2. Wywiad nie jest formą korespondencji.

  • Dodaj komentarz