wywiady

Jeffery Deaver – od krwi wolę suspens [wywiad]

Jeffery Deaver jest jednym z najpopularniejszych na świecie autorów kryminałów i thrillerów. Jeffery Deaver opowiada nam o ekranizacji powieści „Kolekcjoner kości” i jego zainteresowaniu kradzieżą tożsamości w Internecie.

Zacznę absurdalnie – nie miałeś nigdy ochoty zabić scenarzystów „Kolekcjonera kości”?

Jeffery Deaver: To ja zacznę tak – mamy w Stanach takie powiedzenie-porównanie „jabłka i pomarańcze”. I jabłka i pomarańcze to owoce, ale smakują zupełnie inaczej. Zmierzam do tego, że literatura to dajmy na to jabłka a kino to pomarańcze niby jedna gałąź rozrywki, ale zupełnie inna. Moim żywiołem są słowa, nie obrazki. Sprzedałem prawa do książki i na tym skończył się mój udział w produkcji tego filmu. Dostałem czek, zrealizowałem go w banku i tyle mnie widzieli. Do tego stopnia nie byłem zainteresowany tą produkcją iż odmówiłem kolacji z Angeliną Jolie, – dzięki czemu nieźle zapunktowałem u mojej ówczesnej dziewczyny.

I nie wkurzyłeś się, po tym jak na podstawie dobrej książki zrealizowano koszmarny film?

Przecież to nie jest tak, że w Hollywood odgórnie planują realizację fatalnego filmu. Problem polega na tym, że w dużą produkcję zazwyczaj zaangażowana jest masa ludzi. Począwszy od scenarzystów, przez montażystów, reżyserów na producentach kończąc. W takiej ludzkiej masy trudno upilnować, wobec czego łatwo o błąd. I tym sposobem właśnie powstają takie filmy jak „Kolekcjoner kości”, w którym coś nagle nawaliło scenariuszowo i nikt już tego nie naprawił.

Ale nie zniechęciło cię to do Hollywood? Marzy ci się kolejna ekranizacja?

Czemu miało zniechęcać, wypadki się zdarzają.  Oczywiście, że mi się marzy. Po pierwsze: to przecież świetna promocja dla pisarza i jego książek. Po drugie: zwyczajnie uwielbiam oglądać filmy.

Światową sławę przyniosły ci thrillery, w których złym okazuje się zazwyczaj jakiś wyrachowany psychopata. Czy nie odnosisz czasami wrażenia, że od czasu wydania „Milczenia owiec” autorzy thrillerów zamiast konstruować przekonywujące fabuły, zaczęli ścigać się między sobą o to, kto wymyśli bardziej wyrafinowanego zabójcę?

Bardzo celna uwaga. Faktycznie od wydania „Milczenia owiec”, czyli bodaj od 1986 roku rozpoczęła się istna lawina thrillerów, których autorzy zaczęli ścigać się na okrucieństwo i obrzydliwe sceny. Co ciekawe i mało, kto na to zwrócił uwagę powieść Thomasa Harrisa wcale nie była okrutna. Bardzo często i mnie wrzuca się do tego worka z krwią i okrucieństwem, podczas kiedy akurat u mnie nie ma takich scen zbyt wiele. Bardziej od krwi i elementów gore wolę stary, dobry czysty suspens. Najprościej jest napisać powieść, w której co drugą stronę ktoś będzie komuś odcinał nogi piłą, szlachtował rzeźnickim nożem, wypruwał flaki itp. Prawdziwym wyzwaniem jest stworzenie thrillera, który przy użyciu minimalnej ilość okrucieństwa przerazi czytelnika atmosferą i klimatem.

To w takim razie skąd bierze się gigantyczna popularność krwawych thrillerów i filmów w stylu „Piła”?

Bo są proste w konstrukcji. Bo nie wymagają zbyt dużego warsztatu, ani umiejętności, dzięki czemu mogą spokojnie zalać rynek. Tyle, że prawda jest taka o filmach Hitchcocka pamiętają i wciąż oglądają kolejne pokolenia, a krwawe jatki szybko odchodzą w zapomnienie.

Zastąpione przez inne krwawe jatki.

Taki jest mechanizm rynku, ale do tych okrutnych filmów czy książek zazwyczaj nie wraca się kilka razy a do Hitchcocka owszem tak.

Mówiąc o mechanizmach – w wielu wywiadach zawsze twierdziłeś, że nie piszesz książek opartych na własnych doświadczeniach. Ale takie „Rozbite okno” to podobno książka oparta na twoich przeżyciach.

Dokładnie – kilka lat temu padłem ofiarą tzw. kradzieży tożsamości. Nie ukradziono mi zbyt wielu pieniędzy, ale sama świadomość, że ktoś podszył się pode mnie była cholernie nieprzyjemna. Oczywiście policja uznała, że jestem niewinny i padłem ofiarą oszustwa, tak samo stwierdziła firma od moich kart kredytowych, niestety innego zdania był system komputerowy, w których wciąż widniałem, jako przestępca. Sprawa w końcu skończyła się dobrze, ale niesmak pozostał. Pomyślałem, więc, że może napiszę o tym książkę. I tak narodziła się idea „Rozbitego okna”. Tak, więc owszem – własne doświadczenie mnie zainspirowało, ale ono było tylko punktem wyjścia. Spędziłem blisko osiem miesięcy na grzebaniu w informacjach o tym jak dokonuje się kradzieży tożsamości, w jaki sposób ktoś może włamać się do komputera i zdobyć nasze dane, by napisać tę książkę w jak najbardziej realistyczny sposób

Czytając twoje powieści trudno nie odnieść wrażenia, że poświęcasz masę czasu na badania, zdobywanie materiałów, zanim na dobre usiądziesz do pisania.

Nie lubię nieprawdopodobnych intryg – już kiedyś mówiłem, że nie będę pisał zmyślonych bajek o bombach atomowych rozmieszczonych w mieście i super terrorystach. Bardziej przerażające jest to, co jest zwykłe, namacalne. Prawie każdy z nas robi zakupy przez Internet. Co byłoby gdyby nagle ktoś zdobył twoje dane? Zazwyczaj nie myślimy o tym, ale to przecież możliwe. Dlatego lubię straszyć tym, co możliwe i realne. Powiem więcej – w ogóle unikam, w swoich książkach rzeczy, które są zbyt wydumane i nieprawdopodobne. Dlatego też mój najpopularniejszy bohater, czyli sparaliżowany detektyw Lincoln Rhyme, nie wstanie nagle z łóżka i nie zacznie biegać. Medycyna wyklucza taki przypadek ozdrowienia, przy jego obrażeniach i tego będę się trzymał. Co do badania i zbierania materiałów – to rzeczywiście poświęcam temu sporo czasu. Jak mówiłem blisko osiem miesięcy zbierania materiałów i tworzenia zarysu fabularnego powieści, który standardowo zajmuje około 250 stron. Tyle, że to oczywiście wciąż nie jest powieść, a raczej jej szkielet. Pracując już na nim zazwyczaj przekonuje się czy pomysł, idea, postacie pasują do siebie czy nie. I tak powoli rodzi się powieść.

Zdarzyło ci się kiedyś, że po całej tej pracy nagle odkryłeś, że powieści z tego nie da się napisać?

Oczywiście. I powiem, że nie jest to moment przyjemny. Moim najgłupszym pomysłem na powieść była próba stworzenia kontynuacji „Kolekcjonera kości”. Idea była taka, że każdy rozdział w książce miał nazywać się tak samo jak kości w ludzkim ciele. Pomysł wydal mi się rewelacyjny. Tyle, że w ludzkim ciele jest, jeśli dobrze pamiętam 207 kości. Zdążyłem napisać rozdziały zatytułowane nazwami kości od placów do łokcia i wypisałem się z wszystkich pomysłów.  Tak, więc jeśli ktoś, kto czyta tę rozmowę ma ochotę napisać powieść tak skonstruowaną proszę bardzo, oddaje mu swój pomysł.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz