wywiady

Jarosław Grzędowicz – Z moich książek wyziera umiłowanie wolności jednostki [wywiad]

Z Jarosławem Grzędowiczem, obsypanym nagrodami autorem „Pana Lodowego Ogrodu”, „Księgi Jesiennych Demonów” i wielu opowiadań, rozmawiamy o nowej książce, „Hel 3”, mediach społecznościowych i niepokojących zjawiskach współczesności.

Z moich książek wyziera umiłowanie wolności jednostki, pewien punkt widzenia, który po prostu uważam za zdrowy rozsądek.


Dzika Banda: Zjawia się u Ciebie Szaman (jeden z bohaterów „Hel 3” – dop. Red). Ma komandosów, sprzęt, zasoby, chce odkryć coś na księżycu. Wsiadasz do jego statku?

Jarosław Grzędowicz: Tak naprawdę to wsiadłem. W gruncie rzeczy napisanie o tym historii jest trochę jak wzięcie udziału, ale podejrzewam, że tak, w rzeczywistości też wsiadłbym. Kto by nie chciał zobaczyć tego z bliska, postawić nogi na księżycu? To jest legenda, która towarzyszy mi od najwcześniejszej młodości, najprostsza forma fantastyki, jaką można sobie tylko wyobrazić.

Czyli to w zasadzie spełnienie marzeń z młodości?

Spełnienie marzeń w formie koszmaru, bo to co oni tam robią nie do końca jest łatwe ani przyjemne, ale trochę z tą książką jest tak, że to powrót do źródeł. Do czegoś, czym fantastyka była kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat temu.

Zauważyłem. Pytam o tę propozycję Szamana, bo świat, który przedstawiłeś to koszmar, z którego chce się uciec. A jednocześnie sprzedajesz to jako bardzo sugestywną i przekonującą wizję. Czy daleko jesteśmy od czegoś takiego?

Trudno powiedzieć. Mam nadzieję, że tak. To po prostu jeden punkt widzenia i nie chciałbym, żeby świat wyglądał tak, jak go opisałem. Tutaj trzeba zwrócić uwagę na różnicę między fantastyką i futurologią. Fantastyka to jest historia, opowieść. Sztuka. Popularna, ale jednak sztuka. Powiedzmy, wizja artystyczna. Żeby zadziałała, musi sprawiać wrażenie czegoś prawdopodobnego. No i tutaj trochę tak jest, bo świat powieści jakoś zaczepia się o to, co widzimy w gazetach czy internecie. To jest w pewnym sensie antyutopia. Zresztą, ponieważ pisałem książkę dosyć długo, kilka razy mnie rzeczywistość dogoniła. Musiałem coś z nią robić. W to mi pewnie nikt nie uwierzy, ale jak zacząłem pisać tę książkę, byliśmy na zupełnie innej planecie. Krym należał do Ukrainy. Dla akcji nie ma to znaczenia, ale nie istniało ISIS. Była Al-Kaida i tyle. Nie było problemu migrantów w Europie Zachodniej. To wszystko dopiero nadciągało lub działo się, kiedy pisałem książkę. Dość powiedzieć, że afera podsłuchowa, słynna „Sowa i przyjaciele”, wystrzeliła w momencie, kiedy miałem analogiczną scenę skończoną. Musiałem to wszystko wyrzucić i wymyślić cały fragment fabuły zupełnie na nowo, biorąc pod uwagę, że takie rzeczy się zdarzają. I że w świecie „Hel 3” musiały wcześniej wystąpić, więc bohaterowie musieli zdawać sobie z tego sprawę. Pierwotnie ta scena polegała na tym, że ktoś nagrywa elity ukrytym sprzętem i już. Okazało się, że nie ma prawa tak wyglądać. Nie po tym, jak ktoś to zrobił w naszym świecie. Co rusz działo się coś w tym rodzaju. Od połowy książki zacząłem ignorować istnienie Wielkiej Brytanii, bo nastąpił Brexit. Nie potrzebowałem jej w fabule, ale musiałem się pilnować, bo nie wiadomo, czy ona będzie funkcjonować w ramach Europy, czy odpłynie na środek oceanu. Takie rzeczy działy się ciągle, dlatego ten gatunek jest trudny.

Rozumiem. W tym strasznym świecie, który odmalowywałeś, który się zmieniał na Twoich oczach, równie istotną rolę, co ludzie odgrywał MegaNet, często określany metaforą wielogłowej bestii, bezosobowego potwora. Czy internet zmienia nas w ludzi, jakich przedstawiłeś w książce?

Takie było założenie. To, co pisałem o MegaNecie i o mentalności, którą ludzie prezentują to aproksymacja w przyszłość najgorszych cech internautów, które możemy dziś zaobserwować. Taka najgorsza, najbardziej prymitywna forma Facebooka albo portali, które udają informacyjne, a tak naprawdę pełnią funkcję propagandowo-skandalizujące. Niektóre są na dużo niższym poziomie, niż dowolny tabloid kiedykolwiek. W tego typu historii zakładamy, że będzie równie źle, a może i bardziej, bo podobne poglądy na rozwój internetu już istnieją. Jeśli kogoś skusi przeczytanie komentarzy pod dowolnym artykułem, to ma do czynienia właśnie z ludźmi rodem z powieści. Jeżeli dalej będą się tak zachowywali, jeżeli to się będzie pogłębiać, dostaniesz taką formę mediów i internetu, jak u mnie w książce. „Hel 3” w ogóle opiera się w dużym stopniu na zrealizowaniu różnych wizji, które ludzie już mają. Ktoś mówi na przykład, że skończy się papierowa prasa, będzie tylko jakaś forma przekazu internetowego. W książce wszelkie tego typu proroctwa wykorzystuję. Ewentualnie przewijające się gdzieś w tle teorie spiskowe. To wszystko wpływa na kształt „Helu 3”.

Grzedowicz 2

A ile w tym wszystkim chłodnych obserwacji, ile lęku i przeczucia?

Pewnie pół na pół. Jako człowiek, który funkcjonuje w naszej rzeczywistości, miewam do różnych zjawisk stosunek krytyczny, nie podobają mi się. Obawiam się ich. Nie chcę, żeby się rozwijały, bo podejrzewam, że doprowadzą do czegoś niedobrego, ale z drugiej strony jestem człowiekiem, który musi tu żyć i mam jakąś nadzieję. Po prostu zakładam, że może tak się nie stanie. Że może w jakimś stopniu rozsądek zwycięży i nie będzie to wyglądało tak skrajnie, tylko się uśredni. Pewne rzeczy, które teraz obserwujemy i nas niepokoją, są może wyrazem mody, która zaniknie. Nie umiemy tego jeszcze przewidzieć. W związku z tym, trudno byłoby to rozdzielić. Wizja tej książki to trochę obserwacja, trochę obawa, a trochę historia, po prostu. Umieściłem w niej też elementy, które mają taki kształt, jak opisałem, bo były potrzebne opowieści.

Tak trochę z innej bajki, ale wciąż pozostając w klimacie. Widziałeś „Black Mirror”? Mam wrażnie, że „Hel 3” i ten serial mocno ze sobą korespondują. Opowiadają o piekle, jakie zbudował sobie człowiek z pomocą technologii i ograniczeń społecznych.

Nie widziałem. Wiem, że jest teraz sporo interesujących seriali, ale na ogół nie mam czasu, ani możliwości. Jestem z tym trochę do tyłu. Pewnie ludzie będą mnie pytali o bardzo różne rzeczy, które obejrzeli i okaże się, że nie. Po prostu, nie jestem na bieżąco.

Jasne. A jeszcze na chwilę wracając do „Helu”. Jak, w kontekście uwag, które poczyniłeś tu i w książce, spoglądasz na media społecznościowe? Ile w nich szansy, a ile zagrożeń?

Będę mówił jako zupełnie zewnętrzny obserwator, bo nie uczestniczę w mediach społecznościowych, więc na pewno jest tam mnóstwo niuansów, o których nie mam pojęcia. Nie mogę nawet wejść na profil na Facebooku, bo nie jestem tam zalogowany. Znaczy, mogę wejść, ale zobaczę zewnętrzną witrynę i tyle. Wiem co tam można znaleźć, ale głównie z relacji. Ale to, że nie korzystam z mediów społecznościowych, to nie jest przypadek. Nie robię tego celowo, bo kompletnie nie widzę potrzeby prezentowania swojego życia obcym ludziom. Ja wiem, że oni się nazywają „znajomi”, ale, sorry, to są ludzie, którzy po prostu o Tobie słyszeli, Ty ich możesz znać z widzenia albo też o nich słyszałeś, bo na przykład są ze środowiska, z klubu, z czegoś tam. Macie jakieś wspólne zainteresowania. To nie są żadni znajomi, kiedy robią się ich tysiące. Ludzie prezentują swoje wakacje, swoje dzieci, swoje śniadania, mają potrzebę skomentowania wszystkiego, co widzą. I to się odbywa tak „urbi et orbi”, dla wszystkich, jakiegoś ogromnego tłumu. Mnie takie zjawisko przeraża. Nie rozumiem tego. Dobra, przyjmijmy, że jestem stary i już. Ale jeżeli chcę coś komuś powiedzieć, to jest przekaz skierowany do niego, a nie do wszystkich. Jeżeli zobaczę w telewizji coś, co mi się nie podoba, to skomentuję to w rozmowie z przyjacielem, a nie będę wykrzykiwał komentarzy przez okno. To jest dla mnie zachowanie nienormalne. A media społecznościowe tak trochę działają. Dobra, może część wizji „Hel 3” to po prostu obawy technofoba. Naprawdę nie widzę sensu w opisywaniu całemu światu, co akurat pomyślałem, albo jaki mam nastrój. Nie mam takiej potrzeby. Nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, w Helu jest taka scena, kiedy bohater traci możliwość kontaktu z MegaNetem.

Owszem, zauważyłem. Była przerażająca (śmiech).

No to teraz pomyśl sobie, jak często zdarza się, że wychodzisz z ludźmi na browar i siedzisz w milczeniu przy stole, a wszyscy się gapią w smartfony i tam majtają palcem. Spotkałeś się z nimi w pubie, a tymczasem nikt z nikim nie rozmawia i wszyscy sprawdzają Facebooka albo informują cały świat, że oto siedzą w pubie.

Na szczęście rzadko mam do czynienia z takimi sytuacjami, ale jak jechałem tutaj metrem, to widziałem cały szereg takich ludzi siedzących z nosem w smartfonie.

I teraz wyobraź sobie, że nie potrzebujesz smartfona, że wyświetla Ci się to na okularach, a wszystko załatwiasz gestami i masz scenę z tej książki. Nie potrzebujesz żadnej przystawki, jak chcesz coś powiedzieć, to po prostu mówisz.

HEL3

Pytałem o te media społecznościowe z kilku powodów, do których po kolei przejdziemy. Pierwszy cofa nas do Twojej przeszłości jako redaktora „Fenixa”, człowieka mającego pewien wpływ na rynek wydawniczy. Zastanawiam się, jak patrzysz na internet, już nie tylko media społecznościowe, z punktu widzenia autora. Czy to jest jakaś szansa dla młodych lub doświadczonych twórców?

Nie za bardzo. Według mnie podstawą jest jednak druk papierowy, dlatego że wtedy ktoś od Ciebie kupuje tekst. Płaci za niego. A to znaczy, że kupujący musi mieć jakieś wymagania, a tekst musi je spełniać. Kiedy mówimy o medium, w którym każdy może opublikować, to tych tekstów może być bardzo dużo, ale w sensie ekonomicznym są bezwartościowe. Część z nich być może ma jakąś wartość, ale tego nie zweryfikujemy. Tu wszystko jest wrzucane jak leci i ludzie to czują. Nawet jeśli czytają te próby literackie, to nie wiążą z tym większych nadziei. Jakby autor był dobry, to gdzieś by je opublikował. A tak – po prostu zawisło w internecie i jest. To trochę jak z darmową muzyką. Umówmy się. Jakbyś był producentem muzycznym, to istnieje niewielka szansa, że facet, który gra na ulicy, na gitarze zainteresowałby cię do tego stopnia, byś mu zaoferował płytę. Coś takiego może się zdarzyć, ale jest mało prawdopodobne.

Kwestie dystrybucyjne to jedno, a co z marketingiem? To jednak duża sieć połączeń, z której można jakoś korzystać.

Można. Istnieje zjawisko self-publishingu – ale nie sprawdza się za dobrze. Działa w pojedynczych przypadkach, na rynku anglosaskim, który obejmuje prawie miliard ludzi. Wtedy to zupełnie inna rozmowa, niż w wypadku naszego rynku. Nie przypominam sobie, by ktoś w Polsce zrobił na self-publishingu karierę literacką. Powtarzam, to może się zdarzyć, ale to nie jest droga, która coś gwarantuje. Stara, dobra książka wydana przez jakieś wydawnictwo to jest zupełnie inny zasięg i inna waga gatunkowa. Jeżeli ktoś wyłożył na Twoją książkę trzydzieści złotych, to już jest inwestycja z jego punktu widzenia. A jeżeli zagląda na Twoją stronę po kolejny fragment i ściąga, to to go nic nie kosztuje. Przeczyta, albo zapomni. Spodoba mu się, albo nie. Jakoś to się dalej nie przekłada na nic specjalnego.

Czyli jesteś zwolennikiem środków bardziej analogowych, jeśli chodzi o rynek wydawniczy?

W pewnym sensie. Taki klasyczny rynek wydawniczy ma bezpośrednie przełożenie biznesowe. Tutaj można usiąść z kartką i wszystko policzyć. Nakłady, koszty produkcji, druku, potem jest sprzedaż i zysk. To się może zbilansować, albo nie. Natomiast, mimo że internet ma swoje lata, zarabianie w sieci jest trudne. Nawet bardzo trudne. Wszystko w porządku, kiedy liczymy kliknięcia i zarabiasz z reklam, ale akurat w wypadku literatury to ma słabe przełożenie. To działa, gdy mówimy o krótkim filmiku, utworze, grze, ale nie powieści.

Dobrze. To lekko zawracając do meritum… Kolejnym powodem pytania o media społecznościowe było to, że zastanawiam się, jak ze swoim podejściem, w kontekście tego świata, który robi szpagat między rzeczywistością materialną i wirtualną albo rozbudowaną, augmented reality – postrzegasz siebie, jako człowieka i autora?

Po prostu postrzegam siebie jako autora. Ja mogę świat komentować, opisywać. Mogę wykorzystywać do swoich historii. Natomiast już zauważyłeś, że nie korzystam z mediów społecznościowych. Internet wykorzystuję, by sprawdzić coś w kilku źródłach. Traktuję go jak wielkie archiwum albo encyklopedię, a nie miejsce, gdzie miałbym się uzewnętrzniać w jakiś konkretny sposób. Sieć to oczywiście ogromna pomoc w pracy takiej jak moja, kiedy nie musisz iść do biblioteki, żeby sprawdzić jakieś głupstwo, tylko możesz to zrobić w piętnaście minut z pomocą Google. Kiedyś autor mógł opisać miasto, w którym nie był i jeśli miał szczęście, znalazł plan miasta, sprawdził, jak tam się ulice nazywają i jak to wygląda. A jak nie, to zmyślał. Teraz to jest nie do przyjęcia, bo w każdej chwili można włączyć Google Maps. I jeżeli się pisze, że w jakimś miejscu na Ziemi mieści się hotel, łatwo sprawdzić, czy on tam rzeczywiście stoi. Do researchingu internet jest bardzo wygodny.

Pytam o to wszystko, bo zauważyłem jedną rzecz. Mimo, że cieszysz się naprawdę dużą popularnością, to jednak trzymasz się na uboczu, trzymasz dystans do zjawisk, ale też do grup ludzi, nawet fandomu.

To nie jest tak, że stronię od ludzi. Oczywiście stronię od pewnych zjawisk, bo nie chcę zamęczać czytelników swoją osobą. Jestem autorem książek i to wszystko, co muszą wiedzieć. Ja się wypowiadam książkami, nie swoim życiem prywatnym i towarzyskim. Nie chcę udawać celebryty. To jest nie dla mnie. W ogóle tego nie rozumiem. Mam wrażenie, że w sieci jest za dużo ludzi, którzy wcierają się w twarz. Każdemu. Czy ktoś chce czy nie. Pchają się drzwiami i oknami, trudno się od nich opędzić. Wolę, żeby ludzie czuli niedosyt w kontakcie ze mną, niż żeby im się robiło słabo na mój widok i mieli wrażenie, że zaraz wypadnę z lodówki. To jest w pewnym sensie przemyślane. Chcę zachować normalne życie. Natomiast mam głębokie przekonanie, że taka kreacja, takie życie w sieci, odstawianie gwiazdy jest niezbyt zdrowe dla psychiki. Można zwyczajnie źle skończyć. Sieć może być też niebezpieczna. Z powodu głupstwa, które człowiek powiedział albo zrobił, może zacząć być prześladowany przez tych, którzy przed chwilą byli jego fanami. I to też może wykończyć psychicznie. Po co się w to pchać?

Zahaczyłem o fandom i dystansowanie się, bo swego czasu bardzo widoczny był podział na literaturę fantastyczną, fandomową i „główny nurt”. I, jeśli taki podział jeszcze obowiązuje, to na ile – i czy w ogóle – Ci odpowiada?

Dla mnie główny nurt to po prostu współczesna powieść obyczajowa. Nazwa „główny nurt” sugeruje, że to jest podstawa literatury i nic poza nią w zasadzie nie istnieje. Jeżeli nawet, to jest to literatura bardzo podrzędna. To mnie zawsze irytowało. Ja nie tylko zajmuję się nią zawodowo, ale też kocham literaturę popularną. Dla mnie dobrze napisany głęboki kryminał jest wartościowszy od słabej powieści obyczajowej, a współczesna powieść obyczajowa to po prostu jeden z wielu typów literatury. Jeden z wielu toposów, tak samo jak science-fiction, fantasy, horror, kryminał albo sensacja. Dla mnie nie ma wielkiej różnicy, ale wytworzyła się taka tradycja, że jakbym to powiedział przy jakimś literaturoznawcy, to by mu głowa wybuchła. To punkt widzenia nie do przyjęcia, że istnieje życie rozumne poza głównym nurtem, ewentualnie poezją. Cała reszta to pewnie śmieci, takie disco-polo. Ten punkt widzenia mi nie odpowiada, ale też nie mam żadnych kompleksów. Ten główny nurt nie jest mi na nic potrzebny.

Dokopałem się do paru starych artykułów, np. z Newsweeka, z czasów, kiedy po obu stronach utrzymywało się ten podział. I mam wrażenie, że po „Księdze Jesiennych Demonów”, niektórzy krytycy, recenzenci próbowali otworzyć drzwi do głównego nurtu, a Ty po chwili poszedłeś zupełnie inną drogą.

Nie zauważyłem, żeby ktoś mnie specjalnie zapraszał do głównego nurtu. Może mi to umknęło, a może mnie po prostu nie obeszło. Prawda jest taka, że mając do dyspozycji całe spektrum fantastyki, mogę napisać, co mi się żywnie podoba. To jest tak szeroka metafora, tak szeroki sposób opisywania historii, że można tam równie dobrze zmieścić rzeczy praktycznie obyczajowe, gdzie element fantastyki jest prawie niezauważalny, jak i napisać coś, co nie styka się z rzeczywistością. To jest literatura, która pozwala odpowiadać na pytania, jakich inne gatunki literatury nawet nie mają jak zadać. Jeżeli zastanawiam się w jakiejś powieści, co jest po śmierci, to mogę to opisać, tak, jakby było faktem dokonanym, pewnikiem. To już jest fantastyka. Zwykła literatura obyczajowa może zadać tylko pytanie. Nie dostanie odpowiedzi, bo jest niedostępna. Mogę się zastanawiać na każdy temat. Poza tym od tego słynnego głównego nurtu odstręcza też forma. Tam jest bardzo dużo eksperymentu formalnego. Nie mamy, o ile się nie mylę, powieści obyczajowych pisanych klasycznie. Zawsze występuje jakaś na przykład maniera bloga, stylizacja na bełkot pijaka lub czegoś podobnego. Język manieryczny i nieczytelny, pełen neologizmów. To mnie zawsze od nich odstręczało. Jakby pojawiła się we mnie potrzeba napisania powieści obyczajowej, albo prawie-obyczajowej, to bym ją napisał. I być może to kiedyś nastąpi, ale nie wiąże się z żadnymi kompleksami albo potrzebą udowodnienia czegokolwiek.

KJD

Jesteś więc przyzwyczajony do bardzo klasycznych form pisania książki.

W pewnym sensie. Używam sztuczek formalnych. Tylko że to musi być podporządkowane odbiorowi. To nie polega na tym, że zademonstruję pogardę dla czytelnika, on się ma dostosować, a ja będę gmatwał przekaz, bo taką mam potrzebę artystyczną. Natomiast różne sztuczki formalne i stylistyczne są dla ludzi, tylko muszą być odpowiednio dawkowane i czytelne. Żeby czytelnik z nich skorzystał, a nie, żeby to mu utrudniło odbiór. Poza tym jestem przywiązany do klasycznej literatury. Jestem paperback writer. Piszę książki w miękkich okładkach, które należy czytać w pociągu albo u dentysty. Nie mam ambicji być guru każdego człowieka i wiedzieć wszystko o wszystkim. Opowiadam historie. To się najlepiej robi klasycznymi metodami, oczywiście biorąc pod uwagę, że one łączą się z sensownymi i celowymi zabiegami formalnymi.

Masz jakiś ulubiony trik narracyjny czy zabieg formalny?

Jeden nie, to się dopasowuje do potrzeb. Tego jest bardzo dużo. Czasami stosuję je dość instynktownie i dopiero potem się orientuję, ale równie często zdarza mi się stosować te zabiegi świadomie. To mogą być głupstwa. Na przykład, kiedy opisujesz dynamiczną scenę, która wiąże się z jakimiś emocjami – używasz krótszych zdań, równoważników, pewnego typu metafor. Można na przykład skoncentrować się tylko na tym, co bohater widzi, a widzi w sposób nietypowy, bo leci na adrenalinie. Więc opisujemy to trochę inaczej. Scena, która się szybko rozgrywa powinna się też szybko czytać. Kiedy indziej możemy potrzebować zawieszenia, chwili pauzy, wyciszenia, uspokojenia. Do robienia tego też służy zwolnienie narracji, sposób budowania zdań, metafor.

Mam wrażenie, że w znacznej mierze opowiadasz o tym, co wykorzystałeś w „Panu Lodowego Ogrodu”. A skoro przy tej książce jesteśmy, to zastanawiam się nad kwestią tłumaczenia, zwłaszcza na angielski. U nas to bestseller, a myślę, że i na Zachodzie ma szansę na to, by zostać całkiem popularną pozycją. Były jakieś propozycje? Czy zastanawiasz się w ogóle nad pchnięciem na Zachód?

Jasne, że chcę. Każdy autor chce, żeby jego książka miała jak najszerszy zasięg. Tutaj trzeba wyjaśnić jedną rzecz. W ogóle mamy dużo dobrych autorów i dużo dobrej fantastyki. Jesteśmy jakąś potęgą, jeśli idzie o to. Ktoś słyszał o fantastyce bułgarskiej, niemieckiej albo duńskiej? W Polsce mamy tego dużo. Krajowi autorzy są świetni i tworzą rynek, ale docierają zazwyczaj do krajów słowiańskich, czasem do Niemiec. I tyle. Dlaczego? Żeby przetłumaczyć, musimy znaleźć tłumacza. To oczywiste. Tylko teraz trzeba sobie uświadomić, że ten tłumacz musi być cudzoziemcem nie tylko znającym polski. Musi perfekcyjnie władać językiem rodzimym. Tłumaczenie zrobione przez Polaka, który nauczył się angielskiego nie wchodzi w grę, wydawcy nawet do niego nie zajrzą. Różnice od razu widać, to jest inny język. On się nie posługuje tym, dajmy na to, angielskim w tak sprawny, tak instynktowny sposób, jak zrobiłby to native speaker. I dlatego nie mamy tłumaczeń. Bo nikt nie zna polskiego. Zwyczajnie, musielibyśmy znaleźć Amerykanina czy Brytyjczyka, który bardzo dobrze nauczył się języka polskiego i dysponuje talentem literackim w angielskim. A takich ludzi zwyczajnie nie ma, albo jest ich bardzo niewielu. Tu tkwi podstawowy problem. Nas nie ma kto przetłumaczyć, a więc nie możemy oczekiwać, że Brytyjskie czy Amerykańskie wydawnictwa zatrudnią ludzi, którzy będą czytać po polsku, ale także po fińsku, łotewsku, rumuńsku, chorwacku. No, po prostu nie. To są trochę mniejsze narody i grupy językowe. Trudno oczekiwać, żeby istnieli ludzie z wąskiej branży, zajmujący się literaturą i znający takie języki. Co gorsza, anglosaski rynek literacki jest tak ogromny, że oni w ogóle bardzo rzadko sięgają po tłumaczenia. Natomiast rynek tłumaczeń mają słabo rozwinięty, nie potrzebują tego, bo literatura anglojęzyczna to gigant. Od Wielkiej Brytanii, Kanady, aż po Australię. To są nieprzebrane rzesze ludzi, autorów i książek, po tłumaczenia sięgają w jakichś bardzo specyficznych okolicznościach. Kiedyś rozmawiałem z brytyjskim lub amerykańskim wydawcą. Powiedziałem mu, że u nas, w przeciętnym wydawnictwie, stosunek przekładów do literatury rodzimej potrafi wynieść 50/50 albo nawet więcej na korzyść przekładów. Facet osłupiał, bo u nich tłumaczenia idą w śladowe ilości, tyle co nic. Tłumacz siedzi w wydawnictwie gdzieś na poziomie gońca, rzadko jest potrzebny. Jak już, to do hiszpańskiego albo francuskiego. To problem techniczny, z którym muszą się zmierzyć wszyscy polscy autorzy. Póki się nie narodzi ktoś, kto czyta po polsku, a jest anglojęzycznym tłumaczem, to się tam nie przebijemy.

PLO_tom4_twarda_front_A01_8cm

Rzeczywiście, piętrowy problem. Ale skoro już jesteśmy przy starszych książkach. Kiedy robiłem research do wywiadu, natrafiłem na ciekawe wyjątki na portalach społecznościowych, blogosferze i paru poważniejszych stronach. Autorzy zarzucali, że Twoje książki często są mizoginistyczne, nawet ktoś wspominał, że tam się korwinizm przebija, że to chłopięce fantazje i jakieś okrutne projekcje poglądów autora. Jestem ciekaw, jak na to wszystko patrzysz.

Jak można na to patrzeć? Nie jestem w żaden sposób odpowiedzialny za czyjeś wyobrażenia. Nie ma co ukrywać. Z moich książek wyziera umiłowanie wolności jednostki, pewien punkt widzenia, który po prostu uważam za zdrowy rozsądek. Lubię taką rzeczywistość, w którą jak najmniej ingeruje się ideologicznie i zostawia się sprawy w spokoju i własnemu losowi. Z całą pewnością istnieją ludzie, którzy mają przeciwny punkt widzenia i moje poglądy ich irytują. Żyjemy w takich czasach, że nie można po prostu stwierdzić, że się z kimś różnimy poglądami. Tak nie można. Jeżeli ktoś śmie mieć inne poglądy, to trzeba go zelżyć, skreślić z listy znajomych, odprawić jeszcze kilka innych obrzędów, wyrzucić z imprezy prywatnej albo zerwać wszelkie kontakty, nie wpuścić do domu. Obserwuję to czasem, ręce mi opadają, bo tego nie rozumiem. Ale co ja mogę z tym zrobić? Facetowi moje poglądy kojarzą się z Korwinem. Pewnie z pomysłów Korwina dałoby się wytrzepać taką część, z którą bym się zgodził. No i co, nie wolno mi? Natomiast dla takiego gościa to jest nie do przyjęcia. Istnieje bardzo wielu ludzi, którzy przez własny pryzmat oceniają różne zjawiska, posługują się nieadekwatnymi określeniami. Ktoś zrozumiał, że nie przepadam za skrajnym feminizmem, więc to jest równoznaczne z mizoginizmem, tak? Odesłałbym go do słownika. Nie, nie jestem mizoginem, ale nie przepadam za pewnymi ideologiami i już.

Na zarzut o mizoginizm złożyło się też to, jak kreujesz postaci kobiece – w interpretacji tych krytykantów.

No tak, ale ten ktoś widocznie zna parę lepszych sposobów na stworzenie postaci kobiecych. Ja ich nie robię według jakiegoś klucza. Bohaterów konstruuje się zależnie od roli, jaką mają spełnić w historii. Używa się do tego także własnych doświadczeń. Nie w tym sensie, że rzeczywiście robimy portret kogoś znajomego, to rzadko się sprawdza. Ale ponieważ znamy pewną ilość różnych ludzi, to wybieramy ich cechy, po to, by stworzyć osobowość bohatera. To dotyczy kobiet i mężczyzn w równym stopniu. Tworzę te bohaterki tak jak tworzę. Staram się to robić tak, żeby były wiarygodne jako postaci ludzkie, a ten ktoś uważa, że one powinny być jakieś inne. Na to nic nie poradzę. Być może ten ktoś wierzy, że powinienem uprawiać propagandę jakiejś ideologii, bo akurat ona tworzy konkretną wizję kobiet jako takich. W efekcie postaci mają być z tym zgodne, bo jak nie, to z autora wychodzi mizogin. To brzmi jak zarzut, jak ze starego dowcipu „a u Was biją murzynów”. Zawsze można kogoś strzelić taką pałą pod tytułem „mizogin” albo… teraz jest bardzo popularne, żeby każdy był rasistą, mimo że nie ma nic z tym wspólnego. Wystarczy, że mówi co innego, niż jest pożądane. Dobra, zaczynamy trochę gmatwać, bo to dowodzenie, że się nie jest wielbłądem. Sposób, w jaki tworzy się postacie męskie czy kobiece ma się nijak do ideologii. Bohaterowie nadal mają być podobni do ludzi. I tyle. A Ty pytasz, dlaczego nie interesują mnie media społecznościowe (śmiech). Musiałbym się z takimi bzdurami borykać codziennie rano.

(śmiech) Rozmawialiśmy o tym jakże wesołym świecie, więc takie pytanie na koniec. Czy przygotowujesz torbę BiS („Bierz i sp…” – niezbędnik na wypadek ewakuacji, dop. red.)?

Tak naprawdę to nie. Zresztą, zależy, jak na to spojrzeć. Nie jestem prepersem w dosłownym znaczeniu, natomiast gadżeciarzem – owszem. W związku z tym najczęściej noszę jakiś scyzoryk. Ludzie, którzy się tym zajmują, taki zestaw przetrwania nazywają EDC – Every Day Carry. Okazuje się, że wielu zupełnie nieświadomie ma to przy sobie. Latareczkę w breloczku, jakiś scyzoryk. To, co nosimy w portfelu to jest zestaw przetrwania. Nasz telefon to zestaw przetrwania, bo tam jest latarka, komunikator, notes i dyktafon. Staram się nie popadać w paranoję. Nie trzymam pod łóżkiem torby ze wszystkimi dokumentami, żeby ją złapać i uciekać. Aż tak źle ze mną nie jest. Chociaż jak obejrzę wiadomości, to czasem człowieka korci, żeby mimo wszystko się przygotować na jakieś nagłe ewentualności.

Kategorie
wywiady
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności - i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych - GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.
Komentarz
  • Sławek Kuśmierz
    12 marca 2017 at 11:01
    Skomentuj

    „(…) Nas nie ma kto przetłumaczyć, a więc nie możemy oczekiwać, że Brytyjskie czy Amerykańskie wydawnictwa zatrudnią ludzi, którzy będą czytać po polsku, ale także po fińsku, łotewsku, rumuńsku, chorwacku.(…)”
    Autorze – przyjrzyj się temu zdaniu. I nie mów, że edytor sam poprawił „brytyjskie” i „amerykańskie”, albo że pan Jarosław wypowiedział te słowa dużą literą ;-).

  • Dodaj komentarz