Manic Street Preachers
wywiady

James Dean Bradfield – moje życie z Castro

 Manic Street Preachers to wciąż jeden z najpopularniejszych rockowy zespół w Wielkiej Brytanii. Nam lider grupy James Dean Bradfield opowiadał o sprzedawaniu rockaspotkaniu z Fidelem Castro i upadku Wielkiej Brytanii.

Dzika Banda: Mam nadzieje, że nie obrazisz się jeśli nazwę cię kłamcą?

 

James Dean Bradfield: No masz, a co ja takiego zrobiłem?

 

Przypomniało mi się jak o płycie „Postcards from a Young Man” opowiadałeś w wywiadach, że będzie albumem absolutnie popowym i co? I to okazała się klasycznie rockowa płyta.

 

(śmiech) To chyba zależy od twojej definicji popu.

 

Albo twojej – tak więc słucham, co lider popularnego rockowego zespołu rozumie przez słowo pop?

 

Ten pop pojawiających się w wywiadach wziął się z tego, że chcieliśmy definitywnie odciąć się od krążka „Journey for Plague Lovers” z 2009 roku. Tamta płyta była mocna, bezkompromisowa i zawierała teksty napisane przez naszego zaginionego przyjaciela Richeya Edwardsa, który został uznany za zmarłego w listopadzie 2008 roku. „Journey…” było płytą rockową, bardzo gitarową, utrzymaną w stylistyce wczesnych hałaśliwych nagrań Manic z początku lat 90., no i przede wszystkim była naszym pożegnaniem z Richeyem. Wchodząc do studia rok później chcieliśmy nagrać zupełnie inny album, dużo pogodniejszy. Stąd też wzięły się te nasze popowe porównania. A czym dla mnie jest pop? Na to pytanie trudno odpowiedzieć. Pop to przede wszystkim muzyka o wiele przystępniejsza i prostsza w odbiorze niż brudne gitarowe riffy, ale wcale nie znaczy to, że prostacka. Wczesne nagrania z wytwórni Motown to dla mnie pop, Queen z lat 70. to pop, końcowy okres kariery The Beatles to pop. Wszyscy tego słuchali, każdemu się podobało co czyniło z takich piosenek jak choćby „Let It Be” absolutnie popowe przeboje.

 

Manic Street Preachers przez lata było zespołem bardzo rozpolitykowanym w swoich tekstach. Atakowaliście brytyjski rząd, broniliście Kubańczyków, jednak od dłuższego czasu polityka powoli znika z waszych tekstów.

 

Nie ma jasnych deklaracji i prostego politycznego przekazu, co nie znaczy że zrezygnowaliśmy z politycznych obserwacji. Nie zgadzam się z tobą, na naszej ostatniej płycie „Postcards…” pojawia się polityka, ale już nie w tak oczywisty sposób jak miało to miejsce na choćby na płycie „Know Your Enemy”. Znudziły nas oczywiste komunikaty, wolimy teraz z boku obserwować to co dzieje się w naszym kraju. A nie dzieje się dobrze. Brytyjski rząd sprzedał chyba wszystko co można było sprzedać. Nie mamy już przemysłu samochodowego, bo po bankructwie zarówno Jaguar jak Rover zostały sprzedane. To samo dotyczy ciężkiego przemysłu, dajmy na to fabryk stali, jak górnictwa. Tym sposobem Wielka Brytania w przeciwieństwie do Francji, Norwegii i Niemiec nie produkuje już nic wartościowego co mogłoby zasilać budżet państwa. To co dziś produkuje Wielka Brytania i co jest absolutnie angielskie to zakichane „fish and chips”. Nawet rock został u nas sprzedany.

 

Chyba przesadzasz. Jednak brytyjska muzyka rockowa to wciąż najbardziej charakterystyczne brzmienie na świecie. No i nikt wam nie odbierze takich ikon jak The Beatles, Rolling Stonesi czy The Kinks.

 

Nie o ikony chodzi a prosty fakt, że rząd w żaden sposób nie chronił legendarnych brytyjskich wytwórni płytowych przed wyprzedaniem ich do choćby Japonii. Nikt w rządzi nie pomyślał, że skoro istnieją wielkie wytwórnie, które stanowią cześć dziedzictwa narodowego, powinno się objąć je ochroną. Wprowadzić ustawę, która uniemożliwi wyprzedania praw do choćby muzyki The Beatles poza granice Wielkiej Brytanii. To nasz skarb, spuścizna kulturalna dla naszych dzieci, wnuków, ale nikt o tym w takich kategoriach nie myśli. Podobnie jak nikt nie myślał o ratowaniu fabryk stali czy samochodów. Robotnicy – a kto to kurwa jest! Wypierdalać robotnicy! Muzycy? Chuj z wami. Ale gdy kryzys sięgnął banków tu nagle rząd się obudził i proszę możliwe było ustanowienie specjalnych praw służących ochronie bankierów. I tak to już jest w naszym kraju wciąż jesteśmy podzieleni społecznie na grupy uprzywilejowane, które rząd będzie chronił i roboli, których zawsze ignorował. Wracając jeszcze na chwilę do tego co powiedziałeś o brzmieniu brytyjskiej muzyki. Otóż przez lata tak, było ono niezwykle charakterystyczne i rozpoznawalne, ale na Boga włącz sobie teraz MTV 2 i spróbuje odróżnić jeden nowy band od drugiego! Papka, miałka papka, która brzmi tak samo, oto co zostało z charakterystycznego brzmienia brytyjskiej muzyki.

 

A nie masz wrażenia, że to zjawisko muzycznej papki dotyczy nie tylko brytyjskiego rocka, ale całej muzyki? Ilu nowych charyzmatycznych liderów rockowych grup jesteś w stanie wymienić?

 

To absolutna zasługa internetu i tego, że żyjemy w globalnej wiosce. Pewnie, że to przyjemne gdy będąc w Polsce możesz za pomocą sieci dowiedzieć się wszystkiego o tym co dzieje się w Wielkiej Brytanii. Możesz komunikować się ze znajomymi z całego świata, czytać informacje polityczne, żyć wyborami do amerykańskiego parlamentu tyle, że owa kosmopolityczność jaką daje internet sprawia, że wiele osób przestaje myśleć indywidualnie, a zaczyna masowo. To najlepiej widać w muzyce. Dziś na listach przebojów ze świecą szukać ludzi, którzy prezentowaliby jakiś określony styl, grali swoją muzykę. Dominują ci, którzy wchłonęli wszystko co podał im internet i tworzą muzykę globalna, pozbawioną lokalnego charakteru, stylu. Kompletnie nijaką, bo jak coś jest skierowane do wszystkich, nagrane profesjonalnie, ale bez pomysłu to tak naprawdę niewiadomo do kogo jest skierowane.

 

Do takich samych ludzi jak ci, którzy ją nagrywają – wychowanych w globalnej wiosce odbiorców masowej kultury w której indywidualność jest cechą niepożądaną.

 

Dokładnie tak. Zanim zaczęliśmy nagrywać nasz poprzedni album z chłopakami zrobiliśmy coś dziwnego, coś czego do tej pory chyba nigdy nie robiliśmy. Z racji tego, że całe Manic Street Preachers to zespół kumpli, którzy znają się niemal od urodzenia przegrzebaliśmy zapomniane stare kosze z pamiątkami i nagle przypomnieliśmy sobie, że dawno, dawno temu w czasach kiedy nie było internetu i telefonów komórkowych wysyłaliśmy do siebie masę kartek pocztowych. Na początku lat 80. Nicky (Wire – basista zespołu) i Richey wyjechali do szkoły, a ja z Seanem (Moorem – perkusistą) siedzieliśmy na prowincji pisaliśmy do siebie masę kartek. Nie mieliśmy jak rozmawiać, więc te kartki były naszą formą dialogu. Bardzo emocjonalną i niezwykle osobistą. Pisanie listu czy kartki to nie to samo co dziś wysłanie emaila. Trzeba było taka kartkę kupić, napisać a potem jeszcze iść na pocztę i wysłać. Dzisiejszym dzieciakom może wydać się to dziwne ale dla nas było to bardzo intymne przeżycie, dowód na to jak blisko się przyjaźniliśmy jak nawzajem się potrzebowaliśmy. I z tą nostalgią za starymi dobrymi czasami, kiedy trzeba było wykazać się zaangażowaniem, aby dbać o przyjaźń weszliśmy do studia.

 

Dlatego zamieściliście na okładce zdjęcie młodego Tima Rotha?

 

To jedna z tych kartek! Zanim zostałem gitarzystą i wokalistą moim największym marzeniem było zostać aktorem, a Tim Roth był moim bogiem. W 1984 roku Roth zagrał w mini serialu BBC „The King of the Ghetto” wstrząsającym do dziś obrazie opowiadającym o życiu w londyńskiej dzielnicy East End. Roth był wtedy ulubieńcem wszystkich młodych Anglików. Kartka pochodzi dokładnie z tego okresu.

 

Wiesz o co muszę jeszcze zapytać?

 

Skoro jesteś z Polski to się domyślam (śmiech). Oczywiście o Fidela Castro, nasze występy na Kubie i to czy naprawdę jesteśmy komunistami.

 

Dokładnie.

 

Po zaginięciu Richey’a w 1995 roku zespół znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Rozważaliśmy nawet rozwiązanie Manic i początek solowej kariery. Wtedy rodzina Richey’a pobłogosławiła nas i w zasadzie nakazała kontynuowanie tego co zaczęliśmy w czwórkę. Więc rzuciliśmy się w wir pracy w efekcie czego powstały dwa albumy „Everything Must Go” i „This Is my Truth Tell me Yours”. Płyty które były gigantycznymi bestsellerami, sprzedającymi się w milionach egzemplarzy na całym świecie. I wtedy poczuliśmy się zmęczeni. Nigdy nie spodziewaliśmy się tak spektakularnego sukcesu, a kiedy spłynął on na nas mieliśmy dość. Wpadliśmy więc na pomysł, że zanim nagramy nowy krążek musimy zrobić coś zupełnie innego, pojechać gdzieś do jakiegoś dziwacznego egzotycznego miejsca, gdzie mało kto nas zna a my będziemy mogli odpocząć. Planowaliśmy trasę po Chinach, ale nie chciano nas wpuścić. W Pakistanie i Indiach nikt nie wykazał zainteresowania naszą muzyką. I tak w końcu trafiło na Kubę. I tu niespodzianka. Otrzymaliśmy oficjalne zaproszenie, wszyscy się ucieszyli, że znany rockowy zespół z kapitalistycznego kraju chce zagrać w małym komunistycznym. Byliśmy pierwszym bandem któremu na to pozwolono. Tak więc wybór Kuby nie wynikał z naszych komunistycznych sympatii, po prostu szukaliśmy czegoś innego. Oczywiście jako mniej więcej obeznany w światowej polityce człowiek wiedziałem czego tam się spodziewać. Że w radiu nie uświadczysz normalnych audycji, że wszędzie panuje bieda a wojsko sprawuje realną władzę. Jednak żadne informacje, które zdobywamy przez media nie były wstanie przygotować nas na to co tam zobaczyliśmy. Broń i wojsko? Człowieku tam nie można się ruszyć na krok, żeby nie wpaść na karabinierów, albo nie zobaczyć na murze symboli broni. To przerażające. Tak samo jak słuchanie ich radia czy oglądanie telewizji. Nikt nie zrozumie indoktrynacji i władzy absolutnej jeśli nie zobaczy jej na własne oczy. A potem nadszedł dzień koncertu. No i wtedy to się stało. Fidel castro po prostu przyszedł na nas występ. Nikt nam o tym nie mówił, nikt nie ostrzegał. Po prostu przyszedł i wszedł na scenę. Gdy tylko zdjęcia na których ściskaliśmy sobie z nim ręce trafiły do agencji prasowych rozpętało się piekło. Wszyscy podali informację, że jesteśmy komunistami,, że współpracujemy z rządem Castro. A co mieliśmy zrobić? Będąc gościem w obcym kraju olać głowę państwa? Po tych zdjęciach wszyscy uznali nas za politycznych aktywistów, którymi w rzeczywistości nie jesteśmy. Owszem byliśmy i jesteśmy zainteresowani polityką, ale nigdy nie byliśmy aktywistami. Bono jest aktywistą, my tylko muzykami.

 

Kategorie
wywiady

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz