wywiady

Iron Maiden byli do bani


Iron Maiden byli do bani – wywiad z Paulem Di’Anno


Pierwszy wokalista Iron Maiden, Paul Di’Anno, zapowiedział na rok 2014 wielki powrót. Reaktywował uwielbianą przez swoich fanów grupę Killers, przygotowuje z nią nowy album studyjny i już za miesiąc pojawi się w Polsce na kilku koncertach, na jednym z nich nagrywając materiał na płytę DVD. A do tego pierwsze trzy krążki Killers zostały wznowione przez Metal Mind Productions w formie miłych dla oka digipacków wzbogaconych dodatkowymi nagraniami (piszemy o nich TUTAJ). Włączcie więc sobie podkład muzyczny w postaci takiego na przykład „Murder One” i sprawdźcie co Wielki Paul miał nam do powiedzenia na temat nadchodzących atrakcji.


 

Dzika Banda: Reaktywacja Killers to znakomity pomysł i cieszę się, że wreszcie do niej doszło – bo jeśli dobrze pamiętam planowałeś ją już dobrych kilka lat temu…

 

Paul Di’Anno: Taaak, rozmawialiśmy o tym już jakiś czas temu, ze trzy lata temu albo i więcej, ale do niczego konkretnego wtedy nie doszło, wszyscy mieliśmy jakieś inne plany… No ale teraz kiedy ukazały się wznowienia naszych płyt postanowiliśmy pogadać o tym trochę poważniej. Dla mnie osobiście był to idealny moment na reaktywację: od dłuższego czasu objeżdżam świat jako artysta solowy w towarzystwie Blaze’a Bayleya i zaczęło mi się marzyć, aby znów stanowić część zespołu, a nie być samemu za wszystko odpowiedzialnym. Po prostu chciałem się otoczyć muzykami, z którymi będę w stanie coś wspólnie stworzyć. Nie zrozum mnie źle – uwielbiam gości, którzy grali ze mną podczas trasy z Blaze’em, ale to jednak nie to samo uczucie, co być w prawdziwym zespole. Szykujemy więc teraz nowy album Killers i planujemy światową trasę – powinno być świetnie! Choć teraz kiedy dopiero co wróciłem z występów na Ukrainie i jestem absolutnie wykończony, myślę o koncertowych planach Killers z pewnym przerażeniem, ale przejdzie mi, muszę tylko trochę odetchnąć. (śmiech)

 

No właśnie – jak poszło na Ukrainie?

 

A, wiesz, po staremu… (śmiech) Ktoś powiedział coś wkurzającego na mój temat i doszło do lekkiej zadymy. Ale tak to już tam jest, na Ukrainie to praktycznie tradycja – goście mnie prowokują bo wiedzą, że nie będę siedział cicho tylko zareaguję na zaczepkę, taki już jestem – i potem podniecają się, że mają na YouTube filmik z Paulem Di’Anno… (śmiech)

 

A wracając do reaktywacji: nie miałeś wątpliwości czy lepiej przywracać do życia Killers czy którąś ze swoich pozostałych grup, Battlezone albo Di’Anno?

 

Nie, żadnych. Wiesz, Killers i Battlezone to praktycznie ten sam zespół, po prostu w pewnym momencie musieliśmy zmienić nazwę żeby wywinąć się z pewnych pułapek kontraktowych. No i kiedy jakieś dwa-trzy miesiące temu spotkałem się z Cliffem (Evansem, gitarzystą Killers – przyp. BP), stwierdziliśmy, że spróbujemy coś znów nagrać jako Killers. Cliff gra również w grupie Tank, ale mimo to znalazł trochę wolnego czasu, szybko skomponował pierwszy nowy utwór dla Killers, ja stwierdziłem, że jest fantastyczny – i reaktywacja zespołu stała się faktem.

 

Czego możemy się spodziewać po trzecim albumie Killers – tradycyjnego heavy metalu jak na debiucie, czy raczej grania podpadającego pod hard core, w stylu „Menace to Society”?

 

Myślę, że czegoś pomiędzy… (śmiech) Wiesz, na razie jeszcze trudno powiedzieć – wciąż mamy tylko tę jedną piosenkę. Ja też oczywiście coś tam w międzyczasie dłubałem, ale to wszystko raczej luźne pomysły, które w zależności od takiego czy innego obrobienia ich podczas prób mogą się tak naprawdę przekształcić w cokolwiek… (śmiech) Mamy już natomiast roboczy tytuł płyty: „The Lazarus Syndrome” („Syndrom Łazarza”). Chciałbym jednak zdementować plotki jakoby miał być to album o tematyce chrześcijańskiej. (śmiech)

 

No tak, o to bym Cię nie podejrzewał. Ale w związku z tym, że tytuł nawiązuje do Biblii, mam od razu miłe skojarzenia z kompozycją Battlezone „The Land God Gave to Cain” („Ziemia, którą Bóg darował Kainowi”) – a to mój ulubiony numer z całego Twojego repertuaru…

 

Uwierzysz, że prawie zagrałem go podczas występów na Ukrainie? Byliśmy już jednak tak zmęczeni, że nie udało nam się przez niego przebrnąć na próbie, poza tym nie pamiętam już tekstu – ostatni raz śpiewałem go ze dwadzieścia kilka lat temu! Trzymaliśmy się więc prostszych rzeczy, no i tradycyjnie musieliśmy zagrać coś Iron Maiden, myślę, że fani by mnie zabili gdybym całkowicie zrezygnował z tych kawałków. (śmiech)

 

Powiem szczerze: osobiście dziwię się, że zamiast „Phantom of the Opera” Maidenów nie grasz właśnie „The Land God Gave to Cain”, który w niczym mu przecież nie ustępuje. Byłem na Twoim koncercie w Krakowie kiedy nagrywałeś DVD „The Beast in the East” i świetnie się bawiłem, ale liczyłem na większą ilość numerów Battlezone i Killers…

 

Taaak, jasne, świetnie to rozumiem, ja też nie lubię udawać cover bandu. (śmiech) Granie utworów Iron Maiden to miała być taka jednorazowa sprawa, ale ludziom tak się to spodobało, że teraz nie sposób z nich zrezygnować. Nie mówiąc już o tym, że organizatorzy koncertów sami często wymuszają na mnie umieszczanie tych numerów w repertuarze. A ja, nie ukrywam, czasami mam ich serdecznie dość. Chciałbym żeby nie miało to miejsca podczas zbliżających się występów z Killers – mnie naprawdę interesuje przede wszystkim granie własnych numerów i uważam, że to ciągłe odwoływanie się do twórczości Iron Maiden trochę pozbawiło moją grupę tożsamości.

 

Mam więc nadzieję usłyszeć na kwietniowych koncertach jak najwięcej Twoich własnych rzeczy… A jak Ci się podobają wznowienia dawnych płyt Killers wydane przez Metal Mind Productions?

 

Wyobraź sobie, że jeszcze ich nie widziałem! Prawdopodobnie czekają na mnie w moim nowym domu w południowo-wschodniej Anglii, podczas gdy ja szlajam się po hotelach… (śmiech) Zarządziłem tam gruntowny remont, a ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzę po powrocie z trasy koncertowej jest słuchanie jak ktoś tłucze młotkiem w ścianę mojej sypialni albo traktuje ją wiertarką. (śmiech)

 

A pamiętasz może kiedy były nagrywane wszystkie te dodatkowe utwory zamieszczone na reedycjach? Oznaczono je tylko jako „nagrania z prób” albo „wersje akustyczne”, ale nie podano żadnych dat…

 

Częściowo są to pewnie wersje demo, jakie nagraliśmy dla wytwórni jeszcze przed zarejestrowaniem „Murder One” i z Johnem Gallagherem w składzie, czyli pochodzące z początku lat 90. Ale nie mogę mieć pewności dopóki nie dostanę płyt do ręki, nie wiem co tam ostatecznie wybrano…

 

Zazwyczaj mówi się, że Killers to najlepsza z Twoich formacji po opuszczeniu Iron Maiden, ale przecież z grupą Di’Anno również nagrałeś świetnie przyjęty album „Nomad”. Dlaczego później nie poszedłeś za ciosem i nie zrobiłeś z tamtym składem czegoś jeszcze?

 

Chciałem! Tę płytę świetnie przyjęto w Ameryce Południowej, w Europie były z nią początkowo jakieś problemy i w końcu musieliśmy ją wydać jeszcze raz pod zmienionym tytułem, jako „The Living Dead”. W Brazylii, gdzie wówczas mieszkałem, album sprzedawał się znakomicie i były plany żeby wkrótce potem nagrać kolejny krążek, ale zaczął się sypać skład, jeden z muzyków odszedł go grupy Angra, i w efekcie straciliśmy cały zapał, jaki mieliśmy po nagraniu „Nomad”.

 

Wielka szkoda, to był naprawdę udana rzecz. A wracając jeszcze na moment do Twoich początków w Iron Maiden: na rynku pojawił się niedawno pięknie wydany album „2 Minutes To Midnight”, który przedstawia historię tej grupy za pomocą mnóstwa archiwalnych zdjęć i wypowiedzi związanych z nim muzyków. Jak na rzecz, która ma być hołdem dla tego zespołu, dość często powtarzasz, że zanim do nich dołączyłeś „Maideni byli do bani”.

 

Bo byli! (śmiech) Grało wtedy mnóstwo gównianych młodych zespołów i Maideni wcale nie byli od nich lepsi. Wiedziałem jak grają i nie miałem zamiaru do nich dołączać dopóki nie usłyszałem utworów, które skomponowali na pierwszy album. No, to już było coś naprawdę fantastycznego! Co prawda bardziej kręciło mnie wtedy granie punkowe, ale tą muzyką mimo to mnie kupili… (śmiech)

 

Nie należysz do artystów, którzy po odejściu od zespołu za główny cel stawiają sobie krytykowanie byłych kolegów. Nawet z Bruce’em Dickinsonem, który zastąpił Cię przy mikrofonie, obchodziłeś się w wywiadach dość łagodnie, zaznaczając jednak, że śpiewanie utworów z pierwszych dwóch płyt nie wychodzi mu równie dobrze jak Tobie…

 

No tak, to w sumie oczywiste, nie? (śmiech) Jesteśmy w końcu bardzo różnymi wokalistami. Bruce Dickinson oczywiście świetnie odnalazł się w Iron Maiden, ale mam wrażenie, że takich Bruce’ów Dickinsonów śpiewa w zespołach metalowych na pęczki. Nie zrozum mnie źle, po prostu są wokaliści jedyni w swoim rodzaju, jak Ozzy Osbourne czy Rob Halford, i są tacy, których można podrobić, jak właśnie Dickinson. (śmiech)

 

W każdym razie jedynym członkiem Iron Maiden, którego naprawdę nienawidziłeś był chyba gitarzysta Dennis Stratton – mimo, że to właśnie z nim nagrałeś najwięcej płyt, prawda?

 

Ech, wiedziałem, że mi go wypomnisz… (śmiech) Ale nie powiedziałbym, że go nienawidzę – po prostu uważam, że jest skończonym idiotą. (śmiech) Weźmy taki przykład: przyjechaliśmy lata temu do Polski razem z grupą Praying Mantis (Di’Anno przez krótki okres czasu śpiewał z Praying Mantis jako gościnny wokalista, natomiast Stratton po odejściu z Iron Maiden przez kilkanaście lat grał tam na gitarze – przyp. BP) i zostaliśmy naprawdę świetnie przyjęci, czekało na nas mnóstwo fanów. Problem w tym, że Dennis za ostro dał sobie w szyję i nie umiał sobie potem poradzić na scenie. A żeby było jeszcze ciekawiej, reszcie zespołu dosypał do piwa jakieś narkotyki i w efekcie wszyscy ostro się pochorowaliśmy. Myślę, że każdego, kto robi takie numery śmiało mogę nazwać idiotą, no nie?

 

Skoro jesteśmy przy kontrowersyjnych sprawach, pomówmy jeszcze przez moment o Twojej autobiografii zatytułowanej „The Beast” („Bestia”). Dla przypadkowego czytelnika ilość zawartych w niej mocnych historii zza kulis metalowego grania – do tego opowiedzianych diabelnie wulgarnym językiem – mogła stanowić spory szok…

 

Co mogę powiedzieć, ta książka to najlepszy dowód na to, że ja też jestem pieprzonym idiotą! (śmiech) Wiesz, dopiero kiedy ta autobiografia wyszła i zacząłem ją sobie czytać, zdałem sobie sprawę z tego, jak cholernie chamsko przez całe życie obchodziłem się z kobietami. Uwierz mi, dziś strasznie się wstydzę za wszystkie te seksualne ekscesy, o których napisałem w książce. Najchętniej przeprosiłbym osobiście każdą dziewczynę, którą tam obrażam. Pisząc „The Beast” byłem zupełnie innym człowiekiem niż dziś, kiedy mam wreszcie stały związek z kobietą, którą uwielbiam pod każdym względem, i powiem szczerze – żałuję, że ta książka w ogóle się ukazała. No ale na to nic już nie jestem w stanie poradzić, stało się i jakoś muszę z tym żyć.

 

Twoja żona czytała tę książkę?

 

Tak, niestety… (śmiech) Strasznie się na mnie wściekła czytając pewien fragment, zaczęła na mnie krzyczeć, że jestem zwierzęciem i tak dalej, ech… No i musiałem się tłumaczyć, że to przecież zamierzchła przeszłość, że teraz na pewno nie powtórzyłbym tych wszystkich głupstw…

 

A jak w ogóle wyglądał proces tworzenia „The Beast” – faktycznie dzień w dzień siadałeś przy biurku i dłubałeś przy tej książce? Bo szczerze mówiąc trudno mi to sobie wyobrazić…

 

Tak było, tyle, że pomagał mi w tym facet o nazwisku Dale Webb – siadaliśmy więc razem i lecieliśmy równo przez całą moją karierę. Dale pytał co chwilę: „Pamiętasz to? Pamiętasz tamto?” A ja często musiałem mu odpowiadać, że tak się wtedy katowałem narkotykami, że niestety nic z tego czy innego okresu nie pamiętam. No ale jak wiesz i tak zapamiętałem aż za dużo… (śmiech) Na szczęście teraz już z tego wszystkiego wyrosłem… (śmiech)

 

Na koniec powiedz jeszcze jak Ci się współpracowało na ostatniej trasie z innym byłym członkiem Iron Maiden, Blaze’em Bayleyem.

 

Świetnie, bez najmniejszych problemów. Oczywiście nie występowaliśmy razem, każdy z nas miał swój osobny set, ale jeżdżenie w trasę z Blaze’em to zawsze kupa zabawy, on jest kompletnym świrem! (śmiech) Nie no, poważnie – to świetny gość i dogadywaliśmy się super. Zjeździliśmy już razem kawał świata: byliśmy na Ukrainie, w Australii, Nowej Zelandii, Ameryce Południowej…

 

A już niedługo pojawisz się w Polsce z Killers…

 

Będzie rewelacyjnie, uwielbiam przyjeżdżać do Polski! Zresztą wiesz – planujemy podbić z Killers nie tylko Polskę, ale cały świat! (śmiech)

 

Koncerty Paula Di’Anno w Polsce:


7.04 Warszawa, Proxima
8.04 Krosno, Rock Klub Iron
9.04 Kraków, Lizard King
10.04 Wrocław, Liverpool
11.04 Łódź, Klub Luka

 

Kategorie
wywiady
Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Dodaj komentarz