wywiady

Igor Brejdygant: odpuściłem bycie uber samcem [wywiad]

O tym, że kobiety są mądrzejsze od mężczyzn i pisaniu scenariuszy dla polskich i amerykańskich scenarzystów – opowiada nam Igor Brejdygant, scenarzysta („Ultraviolet”, „Paradoks”) pisarz, którego znakomita „Szadź” niedawno trafiła do księgarni.

Dzika Banda: Masz w ogóle na coś czas?

Igor Brejdygant: No teraz dla przykładu mam czas (śmiech). A poważnie to trochę wygląda to tak, że ja funkcjonuję w dwóch stanach, albo płaczę, że jestem przepracowany i nie mam na nic czasu, albo wpadam w panikę, że nie ma pracy i nic już nie zrobię. Innych stanów nie ma. A przynajmniej ich nie zauważam (śmiech).

Pytam, bo zdajesz się być najbardziej zajętym piszącym w Polsce – scenariusze do „Ultraviolet”, zaraz pewnie nowa „Belle Epoque”, własna powieść, scenariusze do filmów w tym „Prosta historia o morderstwie”.

Nie pomijaj adaptacji „lwowskich” powieści Krajewskiego, która czeka na produkcję, adaptacji „Pochłaniacza” Bondy, no a nowe „Belle Epoque” rzeczywiście się pisze. Z nowymi koleżankami, mamy napisane jakieś sześć odcinków, ale czy trafią do produkcji – nie mam pojęcia.

Trudno przechodzi się autorowi ze świata adaptacji cudzych dzieł i świata scenariuszy do pisania własnej powieści?

W ubiegłym roku to było wyzwanie. W tym samym czasie na potrzeby serialu dokonywałem adaptacji czterech książek, czyli powieści Marka Krajewskiego o komisarzu Popielskim, adaptując przy tym własny scenariusz serialu, czyli „Paradoksu” na powieść. Wtedy w głowie działy mi się dziwne rzeczy, teraz przy pisaniu „Szadzi” już tak nie było.

Odpocząłeś?

Czytam teraz biografię Zofii Stryjeńskiej i dużo jest tam o jej „malowaniowstręcie”, mam wrażenie, że biorąc wtedy na siebie tyle projektów niebezpiecznie zbliżyłem się do „pisaniowstrętu”. Ale przemogłem to. I przy pisaniu „Szadzi” już takich objawów nie obserwowałem. Zresztą pisanie powieści jest per saldo łatwiejsze od pisania scenariusza.

Dlaczego?

Bo, gdy piszesz powieść, jesteś sam. Redaktor dołącza na etapie poprawek i zdanej całości. Poza tym praca z redaktorem jest przyjemnością. Poprawienie scenariusza zaś to już czyste piekło. Serial to jednak dużo większa inwestycja finansowa niż powieść, więc wyglądu finalnego pilnuje o wiele więcej osób niż w przypadku książki. Kiedy każda z tych osób zaczyna mieć uwagi do tekstu, który dla przykładu napisałeś już dawno temu, zaczyna się praca, która nie zawsze coś polepsza, ale zazwyczaj jest za to niezwykle wyczerpująca. A najczęściej wymyślona fabuła w finale wygląda zupełnie inaczej niż na początku.

Bolesny proces?

Tak. Chyba najmniej boleśnie wyglądała praca nad „Paradoksem”. Mieliśmy bardzo mało czasu, co było paradoksalnie wielką zaletą przedsięwzięcia, bo przeważnie stać nas było tylko na jedną sesję poprawkową, która zazwyczaj zaczynała się od słów „dobra, ten odcinek jest tak fatalny, że przejdźmy od razu do następnego” (śmiech).  To oczywiście był żart, a całość pracy szła dość płynnie, dzięki czemu „Paradoks” mogę nazwać serialem niemal autorskim.

A „Ultraviolet”? Producenci podczas promocji chwalili się koprodukcją polsko-amerykańską.

„Ultraviolet” był poligonem i niezwykle pouczającą lekcją tak pisania scenariuszy, jak w ogóle tworzenia serialu. W polskiej czy może nawet europejskiej szkole pisania schemat mniej więcej zawsze wygląda tak samo – najpierw kończysz scenariusz, potem wysyłasz go do reżysera, a ten nanosi na niego swoje poprawki i dodaje, nazwijmy to, własny sznyt. Dla Amerykanów takie podejście było niedopuszczalne. Reżyser nie ma prawa zmienić pół słowa, bo jest wynajętym do pracy specjalistą, który przychodzi do pracy, dostaje materiał i ma z niego zrobić odcinek. Nie może w niego ingerować, zmieniać. Ma zrobić to tak, jak jest napisane. I zderzenie tych dwóch światów było niezwykle intrygujące. Ale efekt – uważam, że zupełnie przyzwoity.

Ale „Homeland” to, to nie jest. Nie mówię tu z wyrzutem, po prostu mam wrażenie, że oczekiwania były bardzo wysokie. I tu pytanie – powiedz jesteś w stanie po pracy nad tyloma polskimi serialami pokusić się o diagnozę – na jaki serial czekają Polacy?

Dla przykładu na „Diagnozę” (śmiech) – zbiera świetne opinie u widzów i bardzo dobre wyniki oglądalności. Problem z polskim rynkiem polega na tym, że mamy na nim trzy główne anteny i każda z nich ma ambicje trafiać zarówno do widza zwyczajnego, jak i„inteligenckiego”, a tego tak łatwo już zrobić się nie da. Wspomniane przez ciebie „Homeland”, gdy trafiło do telewizji publicznej, mimo iż – tu wszyscy się zgadzamy – jest serialem wybitnym, oglądało go osiemdziesiąt tysięcy widzów. Więc żeby szczerze odpowiedzieć na pytanie, na jaki serial czekają Polacy, powinniśmy najpierw odpowiedzieć sobie na inne pytanie – kto na te seriale czeka i do kogo chcemy trafić. Szeroka publiczność czeka na coś innego, my, którzy jesteśmy niszą, na coś innego.

Nie ma złotego środka?

Cała sztuka polega na szukaniu, ale to trudne. Widać to na przykładzie choćby tego, co dzieje się w kinie – z jednej strony masz miliony na „Botoksie”, z drugiej pustki na filmach ambitnych. Teraz trzeba się gimnastykować, żeby trafić gdzieś pośrodku, wtedy docierasz do zarówno tych, którzy chcą rozrywki masowej, jak wysublimowanej.

A jak to wygląda w przypadku powieści? Siadasz do takiej „Szadzi” z myślą – muszę skonstruować fabułę tak, żeby spodobała się zarówno kucharce jak inteligentowi?

Nie. W ogóle. „Szadź” podobnie jak „Paradoks” powstały z potrzeby. Najpierw piszę tak, żeby mnie się podobało, ale zakładam, że to też w jakimś sensie jest myślenie o czytelniku bo przecież  i ja nim jestem. Jeśli więc wyeliminuję elementy, które są irytujące i nieprawdopodobne dla mnie, istnieje większa szansa na to, że książka spodoba się też innym. Ale pisząc nie myślę – trafiam do takiego i takiego targetu. Nie. To byłaby już zimna kalkulacja, której nie lubię i nie umiem uprawiać.

Taka kalkulacja serialowa – czyli oceńmy, do kogo nasz serial ma trafić.

Ale wiesz, że to tak nie działa. W każdym razie nie w Polsce. Problem seriali w dużej mierze polega na tym, że często na poziomie produkcji, nie wiadomo, do kogo ma on trafić. Bo najlepiej jakby trafił do wszystkich.

Co jest niemożliwe.

Ano jest. Ale może nie drążmy zbytnio tego tematu. (śmiech).

Pisząc powieść pozwalasz sobie na to, żeby cię zaskakiwała, czy piszesz według planu?

Oczywiście, że pozwalam sobie na zaskoczenia i oczywiście, że siadam do pisania mając plan fabuły. (śmiech). Wiem jak to brzmi, ale chodzi mi o to, że mimo iż mam w głowie ułożone jak i w którą stronę powinna fabuła zmierzać, to w trakcie pisania daję się jej zaskakiwać.

„Szadź” reklamowana jest, jako czarny kryminał.

Fabularnie to ona jest czarna, mroczna, ale jednak moim zdaniem to powieść ze światłem. Trochę jak ja.

Znaczy jesteś pełen nadziei i wypełniony światłem?

Światło mnie napędza, ale mam swoje mroczne strony.

To, co odróżnia twoje powieści od innych kryminałów pisanych w Polsce przez facetów, to wyraziste i mocne kobiece bohaterki. Mam wrażenie, że u nas mężczyźni boją się pisać o kobietach.

Kiedy facet pisze powieść kryminalną naturalnie wybiera na bohatera mężczyznę, bo łatwiej jest mu się z nim zidentyfikować. Pisanie z perspektywy kobiety wymaga wyjścia poza schemat myślowy, który przychodzi nam naturalnie ze względu na płeć. Przez lata byłem niezwykle męskim mężczyzną, co kosztowało mnie w finale kupę zdrowia i nerwów, aż w pewnym momencie po prostu odpuściłem bycie uber samcem. Mam żonę, dwie córki, żyję w świecie wypełnionym przez kobiety, dzięki czemu zrozumiałem, że są one od nas facetów, zwyczajnie mądrzejsze i bardziej interesujące. W „Paradoksie” początkowo bohaterem miał być mężczyzna, ale szybko okazało się, że kobieta jest ciekawsza i tak zostało. Wracając, więc do światła, o którym przed chwilą wspominałem – i w życiu prywatnym i w powieściach wyszło mi na to, że światło niesie zawsze kobieta. Z Chrystusem było inaczej, ale od tego czasu bardzo wiele się zmieniło. (śmiech)

Nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, ale w kulturze mamy dziś bardzo mocne przesunięcie w stronę kobiet. Stają się bohaterkami filmów akcji, przejmują role przypisane do tej pory mężczyznom…

Bo cały świat powoli przesuwa się w stronę parytetu a kultura, zwłaszcza masowa, zawsze najszybciej reagowała na wszystkie społeczne zmiany zachodzące na świecie. Zmiany widać też w policji. Popatrz na ilość policjantek. Kiedyś w Polsce pojawienie się na ulicy dziewczyny w mundurze było zaskoczeniem i wszyscy za nimi się oglądali. Dziś na policjantki nikt nie reaguje. Stały się naturalną częścią krajobrazu.

Ale ich służba nie zawsze jest tak kolorowa.

Nie jest, ale weź poprawkę na to, że przez dekady jednak to był męski świat. Nie tylko zdominowany przez mężczyzn na służbie, ale też męski w obyciu. Trudno przecież było sobie wyobrazić, że kobieta przyleje komuś, czy w stanowczy sposób zareaguje na kryzysową sytuację. Udowodnienie światu, że dziewczyny potrafią być równie twarde jak faceci zajęło sporo czasu, ale dziś niewiele osób myśli w kategoriach – za słaba na policję. Jedną z pierwszych kobiet, które zajmowały w Polsce wysokie stanowisko w policji była Grażyna Biskupska, czyli była naczelnik do spraw zwalczania aktów terroru w Komendzie Stołecznej, która dostała niesamowite wciery za akcję w Magdalence. Kiedy dziś myślę o tym, co tam się stało, to mam wrażenie, że ona po prostu została zdominowana przez mężczyzn. Cała ta akcja, czyli wejście prosto w zasadzkę i strzelanina z bandytami to taka samcza sytuacja – my kontra oni – wojna. Kobieta, jeśli jej pozwolić działać, jest o wiele bardziej pragmatyczna i myśli zdroworozsądkowo. Kobieta też w finale najczęściej zbiera cięgi za decyzje mężczyzn.

Twoje bohaterki także?

Pewnie. Przecież nie mogę oderwać swoich powieści, mimo że to tylko fikcja, od realiów. Im fikcja jest wiarygodniejsza, tym czytelnikowi łatwiej w nią uwierzyć. Swoją drogą często ktoś mnie pyta czy dana sytuacja opisana w serialu czy powieści jest prawdziwa, czyli czy gdzieś i kiedyś już zaistniała? Odpowiadam, że w założeniu nie, ale często gęsto później okazuje się, że jednak tak, bo albo coś co opisałem, zdarzyło się już jednak wcześniej, tylko ja o tym nie wiedziałem, albo zdarza się później (wtedy jest gorzej). Słowem fikcja od realności nie różni się jakoś szczególnie. O ile oczywiście piszemy tak zwaną prawdę.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz

REKLAMA
Instagram
  • Grudzień to miesiąc sprawiania sobie i innym małych przyjemności. "Armstrong"  jest właśnie jedną z nich. Cudna książeczka dla małych i dużych.

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagrampl #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #dladzieci #kosmos #wydawnictwoWilga
  • Niech Was nie zawiedzie ta słodycz. To prawdziwy, soczysty thriller. Tak, chodzi o książkę. 😊

#książka #czytam #czytambolubie #bookporn #booklover #instabook #instaread #bookstagram #bookaddict #bookworm #reading #bibliophile #bookcommunity #booknerd #bookstagrampl #zaczytanegiry
  • Jak tam u Was? Mikołaj już był? 😉🎅✨ #dredd #judgedredd #actionfigure #threea #2000AD #toys #prezenty #mikołajki #popkultura #komiksy #dystryktzero