wywiady

Ian Rankin: Edynburg jest najważniejszy [wywiad cz. 1]

Ian Rankin, ojciec inspektora Johna Rebusa to jeden z najwybitniejszych autorów kryminałów na świecie i najpopularniejszy brytyjski autor tego gatunku. W jedynym polskim wywiadzie tylko Dzikiej Bandzie opowiada on o swoje karierze, przepisach na pisanie kryminałów, spaniu w tanich hotelach i tym jak inspiruje go rzeczywistości. Ponieważ nasza rozmowa była baaaardzo długa, podzieliliśmy ją na trzy części. Następna odsłona (o tym jak często obrażają się na Rankina ludzie, których opisuje i polskich korzeniach Rebusa) za tydzień.

 

Dzika Banda: Ile miesięcznie na świecie ukazuje się kryminałów z twardymi, nieustępliwymi gliniarzami, albo prywatnymi detektywami?

Ian Rankin: Jezu setki, jak nie tysiące. To najbardziej wyeksploatowany motyw w kryminale. Jeszcze dodaj sobie narrację pierwszoosobową i masz najnudniejszą kliszę świata.

Właśnie a tobie tworząc postać inspektora Rebusa udało się nie tylko tchnąć w niego życie, ale dać popkulturze nową ikonę. Jak to się robi?

Trudno jak cholera. Wydaje mi się w ogóle, że kryminał to taki gatunek, w którym każdemu, kto ma ochotę pisać wydaje się, że da sobie radę. Wiesz o coc chodzi – każę bohaterowi pić, palić, rozwiodę go, wpiszę w jego życiorys traumę, im większą tym lepszą i pomysł na postać gotowy. Niby tak to działa, ale takich postaci są tysiące. A te tysiące są nudne, banalne i nie do czytania. Czy bałem się, że tworząc inspektora Rebusa (od red.: Rankin wymawia jego nazwisko – Ribus) utknę w nudnym stereotypie postaci? Nie, bo gdy się pojawił nie był bohaterem kryminałów. „Supełki i krzyżyki” w moim mniemaniu nie były powieścią kryminalną. Poza tym, kurwa, nie chciało mi się pisać o kolejnym posępnym facecie, który chodzi mrocznymi ulicami. Chciałem, żeby to był facet owszem z przeszłością, ale zwyczajny, mający swoje korzenie, jakieś wspomnienia, rodzinę i który naturalnie porusza się po swoim mieście.

Jak nie powieścią kryminalną to jaką…

Obyczajową z zabójstwem w tle. Kiedy pisałem pierwszego Rebusa nie myślałem o sobie w kategorii – w przyszłości będę znanym autorem kryminałów. Chciałem pisać powieści o zwykłym życiu. Zbrodnia była ich tłem a nie celem samym w sobie.

Pamiętasz moment w swoim życiu, kiedy uświadomiłeś sobie, że jednak jesteś nie tylko autorem kryminałów, ale autorem bestsellerowych kryminałów, które podbiły cały świat?

Doskonale go pamiętam, powiem więcej nadszedł on bardzo późno. Napisałem już siedem powieści z Rebusem, które odniosły powiedzmy umiarkowany sukces. Poza serią wydałem jakieś sześć innych powieści, czyli na rynku było już trzynaście moich książek. Byłem wtedy na tourne po Ameryce. Jako, że byłem słabo sprzedającym się autorem nocowałem w obskurnych, tanich hotelach.

To tak prawidłowość hotelowa: drogi autor drogi hotel?

Oczywiście. Nikt nie będzie płacił za luksusy autorom, którzy nie przynoszą zysków (śmiech). W każdym razie z jednego takowego zadzwoniłem do żony. Tego dnia akurat przyszło do nas półroczne rozliczenie za książki. W Anglii mamy taki system, że co pół roku autor dostaje wyciąg z konta, na którym widnieje ile zarobił na pisaniu. Zwyczajowo u mnie było to albo kilka funtów, albo kilka tysięcy, w zależności od pory roku itp. No więc moja żona mówi do mnie, że przyszło to rozliczenie i jest w nim jakiś błąd i chyba powinienem skontaktować się z wydawcą. Pytam jej, jaki błąd a ona na to: wychodzi z tego rozliczenia, że właśnie zarobiłeś prawie milion funtów. Rozłączyłem się i przedzwoniłem do mojego agenta. Mówię mu, słuchaj jakiś błąd w rozliczeniach jest, bo wyszło na to, że zarobiłem w pół roku prawie milion. A on do mnie: Ian to ty nic nie wiesz? „Black & Blue” świetnie się sprzedało i pociągnęło za sobą inne książki. W pół roku sprzedałeś kilkaset tysięcy egzemplarzy. Prawie zemdlałem. I dokładnie w takich okolicznościach dowiedziałem się, że odniosłem sukces.

Zaraz to byłeś już wtedy bestsellerowym autorem a mimo to spałeś w tanim hotelu.

No bo nie wiedziałem! Wiesz branża wydawnicza działa tak jak każda inna rozrywkowa branża. Skoro się nie dopominasz o swoje, to nikt nie będzie robił tego za ciebie. Liczenie kosztów to norma, a jeśli można oszczędzać to tym lepiej dla wydawcy. Ale żeby nie wyszło, że jestem niewdzięczny – nic z tych rzeczy. Uwielbiam mojego wydawcę i agenta. Po prostu tak wtedy wyszło. Nie myślałem o sukcesie a tym żeby pisać jak najlepiej i pisaniem podbić czytelników. Tyle że tak bardzo się skoncentrowałem na pisaniu, że nie zauważyłem, iż udało mi się odnieść sukces.

Ile trwało twoje przebijanie się na szczyt?

Policzmy, pierwszą powieść wydałem w 1986 roku. Pierwsza powieść z cyklu o Rebusie wyszła rok później – w kilkuset egzemplarzach i nikt, ale to nikt jej nie kupił. Musiało minąć równe dziesięć lat, żeby w końcu coś zaskoczyło. Ale pewnie nie udałoby się to gdyby nie mój upór, wiara w siebie i wsparcie bliskich. Bardzo rzadko zdarza się tak, że hop, wydajesz powieść i jesteś bogiem. Sukces to mozolna i ciężka praca, która wielu zniechęca. A tu naprawdę trzeba działać na bardzo wielu płaszczyznach. Nie wystarczą same powieści. Na mnie pierwszy raz zaczęto zwracać uwagę nie przez wydane powieści, a opowiadania, za które zacząłem dostawać nagrody literackie. Do tego dochodzi jeszcze kontakt z czytelnikami, spotkania autorskie. Uprzedzając twoje kolejne pytanie – nie znam przepisu na sukces. Nawet nie wiem czy taki istnieje. Literacki sukces to wypadkowa tak wielu czynników, że trudno ją ogarnąć i sprowadzić do jednego zdania. Chociaż inaczej… może się da… Jedną składową sukcesu to wiara w siebie i trwanie we własnych postanowieniach. Ale nie możemy zapominać o tym, że historia literatury pełna pisarzy, którzy w siebie wierzyli, ale mimo to im się nie udało

W sumie nie chciałem cię pytać o przepis na sukces, ale skoro sam wspominasz, to wróćmy na chwilę do początku naszej rozmowy. Inspektor John Rebus stał się współczesną ikoną popkultury i najpopularniejszym europejskim gliniarzem, bo…

Bo od początku Rebus, jako sama postać mnie nie interesował. Budował się jakby samoistnie z powieści na powieść. To na czym najbardziej i najsilniej się koncentrowałem to opisywany świat. Chciałem, żeby ta seria była szkocka do szpiku kości. Pisałem o swoim kraju, o jego problemach socjalnych, alkoholizmie, podziałach rasowych i klasowych, szalejącym bezrobociu. No i przede wszystkim pisałem o swoim mieście Edynburgu. Te powieści z założenia miały oddawać rytm miasta, które znam na pamięć, pokazać je tak jak nikt do tej pory go nie pokazał. Popatrz na Londyn – opisany a dziesiątą stronę. Liverpool, Dublin, Belfast… tak na szybko przyszły mi do głowy – doskonale opisane. Edynburg był takim miastem bękartem, gdzieś tam się pojawiał, ale w ukryciu jakby był czymś wstydliwym, o czym lepiej nie pisać.

Powiedziałeś kiedyś: każda moja powieść bierze się z autentycznych wydarzeń.

No trochę przegiąłem (śmiech). Tak po prawdzie to połowa moich powieści jest nie tyle, co oparta na prawdziwych zdarzeniach, ile nimi zainspirowana. Mój rytm dnia jest dość prosty i przewidywalny. Zaczynam dzień od czytania lokalnych gazet. Bardzo często coś tam wpada mi w oko i zapamiętuję to. Potem jeśli po sprawdzeniu informacji zaczynam zadawać sobie pytania na jej temat, znaczy to tyle, iż warto się daną sprawą zainteresować głębiej, bo może być ona początkiem dobrej historii. Ale to nie tak, że ograniczam się tylko do gazet. Często inspirują mnie historie zasłyszane w pubach, czy rzeczy, które opowiadają mi znajomi. Weźmy „Black & Blue”, która osobiście jest jedną z moich ukochanych powieści. Wszystko zaczęło się od mojej znajomej ze studiów, która opowiedziała mi o zabójstwie jej brata. Tym jak ta sprawa stawała się coraz bardziej zagmatwana i w efekcie sprawców nigdy nie złapano. Historia była fascynująca a ponieważ w rzeczywistości nie złapano zabójców, zacząłem modyfikować ją po swojemu, dodawać kolejne zabójstwa, gmatwać fabułę aż w końcu powstała z tego powieść. W takim sensie wiele z moich powieści ma swój początek w autentycznych zdarzeniach, ale nigdy nie są one niewolnicami faktów.

Powiedziałeś, że w rzeczywistości nigdy nie złapano sprawców i dlatego musiałeś rozwiązać sprawę po swojemu. Znaczy, że w kryminale twoim zdaniem nie ma miejsca na otwarte zakończenia i nierozwiązane sprawy?

No przecież czytałeś moje powieści i wiesz, że zawsze jest na nie miejsce (śmiech). Chodziło mi o to, że ta sprawa po prostu nie dawała mi spokoju. Uwierała. I rozwiązałem ją po swojemu. W sumie o to chodzi w tym inspirowaniu się rzeczywistością. Żeby uwierała. Jak mnie coś uwiera szukam odpowiedzi, powodu dlaczego tak się dzieje. Tak rodzą się moje najlepsze książki.

A powiedz korci cię czasami, aby inspirując się autentycznymi zdarzeniami oceniać polityków, osoby publiczne itp.?

Nie. To domena Skandynawów: pisać i oskarżać rząd, polityków, to model powieści kryminalnej istniejący tam od dekad. Ja w tym wypadku wolę zostawić wspomniane przez ciebie otwarte zakończenie – po prostu opisać politykę i zostawić ocenę czytelnikowi…

CIĄG DALSZY TUTAJ

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Komentarz
  • RebusFest – Ian Rankin, festiwal i to jak się promuje literaturę – Dzika Banda
    17 lipca 2017 at 18:21
    Skomentuj

    […] 2011 roku udało mi się po długich bojach dobić do Iana. Wtedy przeprowadziłem z nim wywiad, który miał trwać pół godziny, a półtora godziny później, żona Iana krzycząc na nas, […]

  • Dodaj komentarz