blastr.com
wywiady

George R.R. Martin i jego „Gra o tron” [wywiad]

„Gra o tron” to bezsprzecznie jeden z najpopularniejszych seriali telewizyjnych ostatnich lat. Finał trzeciego sezonu bił rekordy popularności a miliony fanów na całym świecie czeka z niecierpliwością na premierę czwartego. Twórca „Gry o tron” amerykański pisarz George R.R. Martin tylko Dzikiej Bandzie opowiada o ciężkich początkach serialu, telewizyjnej fantastyce z lat 50. i tym jak muzyka rockowa niemal złamała mu karierę.

Robert Ziębiński: Czego najbardziej obawia się autor bestsellerowej powieściowej serii, gdy wielkie studio telewizyjne postawia nakręcić na jej podstawie serial?

George R.R. Martin: Teraz kiedy serial jest już wielkim przebojem wszyscy opowiadają o tym jak to chcieli nad nim pracować i jak to wierzyli w jego powodzenie. Ale na początku było zupełnie na odwrót. Tak naprawdę najbardziej bałem się tego, że HBO tego serialu nie nakręci! To było tak, że najpierw realizacją scenariusza na podstawie pierwszego tomu zainteresowali się David Benioff i Daniel Weiss, oni przekonali mnie, że warto spróbować. Potem mój agent ustawił spotkanie z HBO. A oni wcale nie byli jakoś zachwyceni i łaskawie zopcjonowali prawa do książki, podkreślam „zopcjonowali” a nie kupili do niej prawa. Pół roku trwało przepychanie się między moim agentem a studiem o zakres praw i takie tam. Potem Benioff i Weiss napisali scenariusz odcinka pilotażowego, który musiał odczekać w kolejce na zaakceptowanie i skierowanie do produkcji. I tu znów niespodzianka. To że HBO zdecydowało się nakręcić pilotażowy odcinek, wcale nie równa się z tym, że postanowili oni zainwestować w cały serial.  W sumie po jego nakręceniu znów zapadła cisza ze strony telewizji. Czekaliśmy i czekaliśmy, oni milczeli i milczeli, aż w końcu, ktoś obejrzał odcinek i HBO zaczęło podejmować decyzje. Nie żeby mnie to jakoś irytowało. Pracowałem już dla telewizji i Hollywood i wiem, że proces produkcyjny ciągnie się w nieskończoność.  Tak więc z tym przypadku warto po prostu uzbroić się w gigantyczną cierpliwość. Jeśli jest coś czego powinien obawiać się autor to tego, że w wyniku zmian w scenariuszu jego pomysł, powieść, cykl nagle zamieni się w coś zupełnie innego. Miałem to szczęście, że David i Daniel znali cykl i wiedzieli co chcą osiągnąć. HBO samo w sobie, kiedy już przekonało się do serialu, okazało się być dla niego wymarzonym domem. Pewnie, że są w Stanach stacje które realizują świetne seriale weźmy choćby dla przykładu CBS czy AMC, ale tam zdarzają się kiepskie produkcje. HBO niezwykle drobiazgowo dba o to co produkuje i chce mieć tylko najlepsze seriale. Tak więc lepiej trafić nie mogłem.

To prawda, że postanowił napisać pan cykl „Pieśni lodu i ognia” czyli serię, z której wywodzi się serial „Gra o tron”, bo był pan zmęczony pracą dla telewizji i chciał pan stworzyć coś, czego nikt nigdy nie zekranizuje?

To był taki mój żart, ale po części tak. Po prostu tak jak wspominałem bardzo często ingerencje producentów w oryginalny tekst były tak głębokie, że gdzieś w tyle głowy zaczął świtać mi pomysł stworzenia serii, która będzie tak rozbudowana i tak skomplikowana, że nikt nie porwie się na jej ekranizację, a co za tym idzie, nikt jej nie zrobi krzywdy. No i pomyliłem się. Jeszcze mówiąc o zmianach w scenariuszu – nie chcę wyjść na kogoś kto kurczowo trzyma się swojej wizji, do tego stopnia, że obraża się jak ktoś z rudej bohaterki zrobi blondynkę. Nie o to chodzi. Raczej o zmienianie wydźwięku całej opowieści, zarysów fabularnych, puenty. To jest coś czego nie cierpię.

W „Grze o tron” są jednak fabularne uproszczenia.

Owszem, ale nie ingerują one w całość historii. Pewne rzeczy po prostu wymagają modyfikacji ze względu na zupełnie inną od powieści dynamikę serialu.

Zawsze się dziwiłem, że do tej pory nikt nie nakręcił jeszcze adaptacji pańskiego „Rockowego Armageddonu”, powieści którą uwielbiam, a która należy do najgorzej sprzedających się pańskich książek.

Ona nie należy do najgorzej sprzedających się powieści. Ona JEST najgorzej sprzedającą się książką jaką kiedykolwiek napisałem i wydałem. Więcej, widzi pan, ja byłem święcie przekonany, że pisząc dowcipną powieść, w której fantasy miesza się z rockiem, kontrkulturą i psychodelik piszę bestseller. Ba, nawet zaliczkę dostałem na nią gigantyczną. A potem wszystko szlag trafił. W sumie przez rockowy wybryk – a kocham rocka – prawie zniszczyłem sobie karierę. Na rynku wydawniczym w Stanach jest tak samo jak na rynku filmowym – jesteś wart tyle ile sprzedało się egzemplarzy ostatniej twojej powieści. Tej nie sprzedało się zbyt dużo, dlatego miałem spore problemy z wydaniem następnej. Ale ironia tej porażki polega na tym, że dzięki niej na dekadę przeniosłem się do Hollywood. Otóż producent Philip DeGuere był zachwycony powieścią i chciał ją przenieść na wielki ekran, pisał scenariusze, rozmawiał z ludźmi, ale jakoś nikt nie podzielał jego entuzjazmu. Niebawem jednak zaproponowano mu, aby został producentem wznawianej w stacji CBS serii „Strefa mroku”. Ponieważ się znaliśmy zaproponował mi pisanie scenariuszy. Napisałem, spodobało się, zostałem zatrudniony i na dekadę przeniosłem się do krainy filmu.

Czuje się czytając tę powieść, że kochał pan rocka…

Nie kochał, a kocha! W książce jest z lista zespół, którym dziękuję i to była lista moich ukochanych kapel. Pech chciał, że choć należę do pokolenia rockowego boomu lat 60., z muzyką nigdy nie było mi po drodze. Śpiewam fatalnie, gram… hmm… nie potrafię grać na żadnym instrumencie. Ale w czasach studenckich zawsze mieszkałem z kumplami, którzy albo grali, albo byli aranżerami a przez nasz dom przewijała się masa muzyków. Nie były to jakieś wielkie gwiazdy, tylko chłopaki z lokalnych kapel, ale zawsze otaczała mnie muzyka. Kiedy chodziłem na imprezy każdy pytał mnie: „na czym grasz”? Odpowiadałem „na maszynie do pisania”. Teraz jak o tym myślę, to wydaje mi się, że gdzieś w głębi duszy zawsze będę niespełnionym muzykiem. Niech pan popatrzy na tytuły moich powieści i opowiadań:  A Song for Lya  Songs of Stars and Shadows, Songs the Dead Men Sing, Pieśni lodu i ognia. Jak na kogoś kto w życiu nie skomponował piosenki strasznie dużo o nich piszę.

Wspomniał pan o „Strefie mroku”. Pani pisał odcinki jej drugiej wersji, tym czasem oryginał z lat 50. uznawany jest za telewizyjną książkę kucharską, czyli serialu który nie tylko wprowadził fantastykę na telewizyjne salony, ale ustanowił pewien kanon jej opowiadania.

Co zabawne prawdziwa „Strefa mroku” ta z lat 50. nie była wielkim hitem. W dzisiejszych czasach zapewne zdjęto by ją z anteny, ale wtedy była prestiżem, „Strefa…” zdobywała ważne telewizyjne nagrody, była ceniona przez krytyków, chociaż jej kult i publiczność miała przyjść później. Zresztą w latach 50. i 60. ubiegłego wieku telewizyjna fantastyka miała zupełnie inny status. Seriale na dobrą sprawę się rodziły a producenci wykorzystywali gatunek pogardzany przez poważnych krytyków do własnych eksperymentów tak z oglądalnością, jak formą. Popatrzmy na oryginalny „Star Trek” – to też nie był wielki przebój. W sumie prawie został zdjęty z anteny. Ale wtedy coś zaskoczyło. Serial stał się popularny pośród zupełnie innej grupy odbiorców. Nie trafił do dzieci i młodzieży, a zbuntowanych nas – hippisów szukających jakiegoś nowego ładu. Serial, w którym w kosmosie podróżowali obok siebie przedstawiciele różnych ras i gatunków stał się nagle głosem pokolenia ery wodnika. A wracając do „Strefy…” dzięki niebywałej pracowitości Roda Serlinga (twórca „Strefy mroku” – przyp. red.)  i temu, że miał on wizję stworzenia serialu, który byłby filmowym odpowiednikiem antologii opowiadań stała się ona takim literackim brylantem w telewizji, która z literaturą się nie kojarzyła. Serling w ogóle był wizjonerem telewizyjnym i człowiekiem, bez którego trudno wyobrazić sobie współczesną popkulturę.

Nie sądzi pan, że to pewien paradoks – fantastyczny serial był produktem prestiżowym, podczas kiedy w tamtych czasach literatura fantastyczna uważana była za twór gorszej kategorii.

W latach 50. to był ewenement i myślę, że w dużej mierze z tego bierze się fenomen tego serialu, który na pewno bardzo pomógł zaistnieć fantastyce i powieściom grozy w szerszej świadomości – tyle że proszę pamiętać o tym, że telewizja była w jeszcze gorszej sytuacji niż literatura pulpowa. Tyle, że producenci wiedzieli jaki potencjał masowy tkwi w telewizji i nie bali się łączyć jej z literaturą. Nie mieli nic do stracenia.  Co do literackiej fantastyki i literatury grozy to musiały minąć tak naprawdę cztery dekady, żeby coś w tej materii się zmieniło. Dopiero kilka lat temu Stephen King został wyróżniony National Book Award, a na fali popularności ekranizacji „Władca pierścieni” uznany przez tzw. prawdziwych literackich krytyków jedną z największych powieści XX wieku. Ten podział na „prawdziwą” literaturę i tę „gorszą” wciąż istnieje, tyle że jest mniej widoczny, choćby przez to, że ci gorsi zarabiają często krocie i są znani na całym świecie, o co czasami zaczynają zabiegać ci lepsi. Szanowany pisarz Michael Chabon pisuje fantastykę za którą zgarnia nagrody. Cormack McCarthy z getta pisarzy cenionych, ale mało znanych do światowej świadomości przebił się czarnym kryminałem a potem rasową post apokaliptyczną fantastyką, czyli „Drogą”. Pewnie wyjdę na ignoranta, bo wiem strasznie mało o polskiej literaturze, ale czy u was nie jest tak, że Stanisław Lem jest najbardziej znanym polskim pisarzem na świecie, będąc przy tym pogardzanym przez waszą poważną krytykę za to że tworzył fantastykę?

W dużym uproszczeniu  tak jest. Lem w pewnym momencie przestał być pisarzem i zaczął być postrzegany w Polsce w innych kategoriach. Poza tym w związku z tym, że Polska jest małym krajem i nasza popkultura nie jest szeroko znana, krytycy aż tak bardzo nie kopią w Lema, bo jednak był jedynym polskim prawdziwym pisarzem eksportowym.

No to czyli mamy kolejny paradoks podziału na złą i dobrą literaturę. Zła w oczach krytyków może nagle stać się dobra, kiedy okazuje się, że odnosi sukcesy. Sukces serialu „Gra o tron” także zmienił podejście wielu osób do mojej serii. Świat składa się jednak z zabawnych paradoksów.

Ciągle pisze pan i pisze wielki cykl fantasy, a za powieścią z zamkniętą fabułą pan nie tęskni?

Tęsknię! Najbardziej tęsknię za opowiadaniami, ale po prostu muszę najpierw skończyć cykl. W ogóle jak przystało na faceta, który pisze gigantyczne powieści, których akcja rozciąga się na kilka tomów, najbardziej kocham pisać opowiadania. Obiecuję, że do nich wrócę, muszę. Tylko jeszcze kilkaset tysięcy słów. No półtora tomu pisania „Pieśni…” i do nich wrócę.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz