Warner Bros
wywiady

George Miller o Mad Maxie

12 kwietnia minęła trzydziesta piąta rocznica premiery pierwszej części „Mad Maxa” – filmu, który zmienił historię kina fantastycznego i obrazu, od którego zaczęła się światowa kariera Mela Gibsona . Z tej okazji George Miller, twórca „Mad Maxa” opowiedział nam o kulisach powstawania filmu i najnowszej czwartej części cyklu.


Dzika Banda: „Mad Max” był moim pierwszym filmem fantastycznym jaki zobaczyłem.

George Miller: A moim pierwszym jakim nakręciłem! A poważnie jeśli zaczął pan przygodę z fantastyką od mojego filmu to mogę tylko powiedzieć że jestem szczęściarzem.

Kiedyś powiedział pan, że każdy pana film opowiada tę samą historię.

Bo w kinie zawsze chodzi o campbellowski archetyp bohatera. Fundament jest ten sam, nie ważne czy jesteś Mad Maksem czy pingwinem z „Tupotu małych stóp”, czy „Świnką Babe” zawsze w puencie musisz odkryć w sobie bohatera. Znaleźć odpowiedź na pytanie najprostsze i najbardziej  oczywiste – kim będziesz jeśli znajdziesz się w sytuacji, która cię przerasta. Jak zachowasz się kiedy utracisz wszystko co posiadasz, wylądujesz w zupełnie obcym i wrogim miejscu? Musi w tobie zajść jakaś przemiana, bo schemat funkcjonowania w jakim żyłeś do tej pory przestał obowiązywać. Od mitologii po współczesne kino akcji ten motyw się nie zmienił.

Pierwszy  „Mad Max” zmienił jednak futurystyczne kino akcji i wylansował nową gwiazdę kina, Mela Gibsona.

Tego naprawdę nikt się nie spodziewał. Kręciliśmy ten film za grosze, pracowaliśmy za pożyczone pieniądze. Zanim powstał nie miałem zbyt dużego doświadczenia jako reżyser. Byłem lekarzem! Potem poznałem nieżyjącego już Byrona Kennedy’ego i stwierdziliśmy, że zaczniemy kręcić. Pomysł od dłuższego czasu miałem w głowie, potrzebowaliśmy tylko pieniędzy. Kiedy w końcu się znalazły ruszyły zdjęcia z nikomu bliżej nieznanym Melem Gibsonem – który uwaga na zdjęcia próbne przyszedł na takim kacu, że nikt z nas nie poznał go przed rozpoczęciem kręcenia. Na przesłuchaniu miał obitą twarz po jakiejś barowej bójce. Tak powstał pierwszy „Mad Max” – a to co stało się później… No cóż, wiemy doskonale, tyle że autentycznie takiego sukcesu się nie spodziewaliśmy.

Od pierwszego filmu minęło lat trzydzieści pięć, tymczasem na czwartą odsłonę cyklu czekamy już…

Jakby podliczyć w sumie to jakieś dwadzieścia pięć lat.  Pierwsze zdjęcia do „Fury Road” ruszyły wiosną 2012 roku. Ubiegając następne pytanie – nie gra w nim Mel. Każda część poprzedniej trylogii tworzyła odrębny świat. Od pierwszej niezwykle surowej, przez drugą z wielkimi samochodami, wojną o paliwo, po ostatnią z futurystycznym miastem. Mam nadzieję, że w nowych filmach o Maksie pójdę w jeszcze inną stronę, jaką za wcześnie mówić, ale nowe filmy muszą odróżniać się od poprzednich. Nie chcę kręcić nowej wersji starego filmu w innej obsadzie.

Dlaczego tak długo trwa produkcja tego filmu?

Po części z braku funduszy, a trochę wynika to ze złośliwości losu. Dawno temu mieliśmy ruszyć ze zdjęciami w Namibii, ale wtedy wybuchła wojna domowa. Potem przygotowaliśmy plan w Australii, w pięknym starym wysuszonym jeziorze, dokładnie tam gdzie powstała część druga i co… I nagle spadł deszcz, co w tamtym rejonie się nie zdarza i suche jezioro zamieniło się w sawannę, pełną trawy i kwiatów. A nasz plan szlag trafił. W końcu historia zatoczyła koło i wróciliśmy na plan do Afryki. Wracamy na dobre. Wspólnie z Nickiem Lathourisem wymyśliliśmy w całości dwie kolejne fabuły do opowieści o Mad Maksie. I przy okazji jeszcze jeden film animowany… Ale on nie ma z serią nic wspólnego. Nie ma też nic wspólnego z pingwinami.

Nowa trylogia?

Jeśli wszystko się ułoży po mojej myśli to tak.

Po zrealizowaniu trzech poprzednich Mad Maksów, przerzucił się pan głównie na kino rodzinne. Dlaczego?

Po prostu tak wyszło. Miałem ochotę kręcić inne filmy. Nie jestem reżyserem do wynajęcia, który nakręci każdy film jaki zleci mu producent. Robię mało, ale to co podpisuję swoim nazwiskiem jest moje, bo taki film JA chciałem nakręcić. Nigdy nie myślałem o Mad Maksie w kategorii kino przemocy, po prostu tworzyłem taki świat jaki wtedy przyszedł mi do głowy. A potem przyszła mi do głowy świnka Babe, pingwiny z „Happy Feet” i adaptacja „Czarownic z Eastwick”.

Należy pan do grona wielkich reżyserów, którzy zmienili język kina, ale tak naprawdę nakręcił pan bardzo mało filmów.

Widzi pan, ja cały czas mam problem z uznaniem się za etatowego reżysera. Więcej propozycji odrzucam niż przyjmuję. A dlaczego tak się dzieje? Sam sobie zadawałem to pytanie wielokrotnie. I chyba znam odpowiedź: – otóż stanowczo o wiele bardziej od reżyserii interesuje mnie opowiadanie historii. A żeby opowiedzieć historię, muszę ją napisać. A że pisanie zajmuje mi sporo czasu, to kręcę mało.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz