Filmoteka Narodowa
wywiady

Daniel Olbrychski: Nie wstydźmy się Sienkiewicza

Daniel Olbrychski żywa legenda polskiego kina z okazji premiery „Potop Redividius” opowiada nam o swojej roli u Hoffmana, pomysłach Andrzeja Wajdy, tym jak doskonałym scenarzystą był Henryk Sienkiewicz i tym dlaczego nie ma dziś w Polsce ról dla starzejących się aktorów.

 

Dzika Banda: Jak się panu po latach „Potop” oglądało?

Daniel Olbrychski: O dziwo zaskakująco dobrze! Wie pan – skrócić film, który trwał pięć godzin do trzech, ale w taki sposób, że dzieło nie traci nic na swojej wartości to sztuka. W ogóle wydaje mi się, że przez to, że ten film jest teraz krótszy, budzi jeszcze większe emocje niż kiedyś. Z wątku miłosnego między mną, a Oleńką wycięto raptem jedną scenę i teraz stał się on o wiele bardziej wyrazisty i gęsty, a co za tym idzie wzruszający. Kapitalną robotę wykonał montażysta tej wersji, kapitalną.

Wzruszył się pan?

Pewnie, że się wzruszyłem. Patrzenie na własną młodość wzrusza. Poza tym oglądając ten film nagle uświadamiam sobie, że osiemdziesiąt procent aktorów, którzy grali w tym filmie nie żyje, włączając w to niestety Małgosię. Przykre to jest. Niesamowicie przykre, ale każdy z nas musi się ze śmiercią oswoić.

A coś pana zaskoczyło w tym nowym „Potopie”?

Przede wszystkim odbiór publiczności! Był fantastyczny. W swoim życiu najeździłem się na różne festiwale. Pamiętam jak Spielberg na zamknięcie festiwalu w Cannes pokazał „E.T”. Publiczność biła brawa dwa razy, gdy dzieciaki leciały na rowerach i owacja na stojąco na koniec. A podczas „Potopu”  ludzie bili brawo co chwilę. Nie tylko podczas słynnej sceny pojedynku, nie tylko kiedy ujeżdżałem konia, ale w drobnych i małych scenkach, które przecież nie powinny wywoływać specjalnych emocji. A to jakieś spojrzenie, a to gest, żart Zagłoby… Nie spodziewałem się, aż tak entuzjastycznej reakcji publiczności. Szczerze mówiąc to nie przypominam sobie, pokazu festiwalowego w moim życiu, który byłby tak często oklaskiwany. Jest jeszcze jedna rzecz, która nie tyle mnie zaskoczyła, a po prostu po latach się przypomniała – mianowicie to, jak dobrze to wszystko jest napisane. Jak dobre dialogi wygłaszamy, jak dobrze wymyślone są i poprowadzone postaci.

Bo mieliście świetnego scenarzystę.

Proszę pana, bo czy to się komuś podoba czy nie, Henryk Sienkiewicz był najlepszym scenarzystą pośród polskich literatów.  Gombrowicz w „Dziennikach” pisał –  „po raz dziesiąty kończę czytać Trylogię, cóż to za trzeciorzędna literatura!” Morał z tego – nawet taki wnikliwy ironista jak Gombrowicz nie mógł się od tego jak Sienkiewicz pisał uwolnić. I to nie dziwi – moim zdaniem w prowadzeniu narracji, pisaniu dialogów Sienkiewicz był lepszy od Aleksandra Dumasa.

Ale Dumasa Francuzi cały czas doceniają…

I kręcą nowe wersje „Trzech muszkieterów”. Nawet ja się do jednej załapałem. Zagrałem Lorda De Winter w „Milady” wariacji na temat muszkieterów, gdzie opowiedziano tę historię z perspektywy tej złej kobiety, czyli tytułowej „Milady”. A czy u nas ktoś ponownie zmierzy się z „Trylogią”? Nie sądzę. Hoffman miał ogromne samozaparcie w tym co robił i energię do całego projektu. No i dokończył go, czyli nakręcił „Ogniem i mieczem” w chwili, gdy zniknęła cenzura i nareszcie mógł powstać film, w którym mówi się o tym, że Ukraina należała kiedyś do Polski. Ale wracając do Sienkiewicza, moim zdaniem z całej „Trylogii”, najlepszy bezsprzecznie jest „Potop”. Najlepiej napisany, wymyślony, no i miał Andrzeja Kmicica. Pamiętam jak Wajda tuż po tym jak dał mi rolę w „Popiołach” powiedział: wiesz co, osobiście o wiele bliższy mi Żeromski, ze swoim gorzkim spojrzeniem na Polskę i historię, niż Sienkiewicz, który pisał ku pokrzepieniu serc. Ale błagam cię, nie czytaj na nowo „Popiołów”, bo cię zanudzą opisami przyrody i językiem. Ty weź i przeczytaj jeszcze raz „Potop”! A potem pomyśl, że Rafał Olbromski jest takim młodszym braciszkiem Kmicica. Ani ja, ani Andrzej nie mogliśmy przypuszczać, że za kilka lat trafię na plan u Hoffmana i będę grał Kmicica.

Znaczy, że Kmicic przewijał się przez pana życie i przewijał.

Oj tak. Ponoć Hoffman już kiedy kręciliśmy „Pana Wołodyjowskiego” planował, że zagram Kmicica, ale wtedy nic mi nie powiedział. Dopiero się do tego projektu przygotowywał. A wie pan co jest ciekawe – kiedy wybuchło to całe zamieszanie dookoła tego, że mam zagrać Kmicica, bo przecież wcześniej grałem Azję i mi nie wolno, to Wajda mówił mi: wiesz, skoro cię nie chcą, to może zrezygnuj i wyreżyseruj film. Był taki projekt filmu o bokserze, który zdobył olimpijskie mistrzostwo, a potem wdeptują go w ziemię. Myślę, że Andrzej przeczuwał, że Hoffman zrobi dobry film, a ja stanę się dla Polaków uosobieniem Kmicica.

Zazdrościł panu, czy się bał?

Myślę, że trochę bał się, że przestanę być tylko „aktorem Wajdy”. Niesłusznie się martwił, bo przecież zagrałem w jego absolutnie wspaniałych filmach jak „Wesele”, „Panny w Wilka”, „Ziemia obiecana”…

Jak długo kręciliście „Potop”?

Z post-produkcją prawie dwa lata. Dziś nikt by sobie na tak rozciągnięty plan filmowy nie pozwolił. Ale wtedy było inaczej. Mogliśmy sobie pozwolić na prawie wszystko.

Wie pan ile „Potop” kosztował?

Tego nie wie nikt! Naprawdę. Nikt nie panował nad budżetem, nikt nie liczył dokładnie ile wydawano. Doskonale za to pamiętam ile zarobiłem za ten film – 1500 dolarów. Wtedy dolar równał się stu złotym. Sto złotych kosztowała butelka wódki w Peweksie. A za te 150 tysięcy byłoby mnie stać na dużego fiata. Ale nie mogłem go kupić, bo musiałem jeszcze za coś żyć. Ale niech pan nie myśli, że narzekam. Nic z tych rzeczy. To były zupełnie inne czasy, mogliśmy wtedy sobie naprawdę na wszystko pozwolić. Dziś już się tak filmów nie kręci.  Pan sobie wyobrazi, że ktoś kręci pojedynek na szable używając autentycznych szabli! A myśmy tak zrobili. Zresztą scenę pojedynku zmieniliśmy trochę Sienkiewiczowi, bo w „Potopie” miała ona miejsce w nocy oświetlana łuczywami. Wołodyjowski mówi: Istny kondukt żałobny. Na co Kmicic odpowiada: Pułkownika chowają, więc i pompa być musi. Tyle, że jak Hoffman zobaczył jak z Tadzikiem Łomnickim się pojedynkujemy, uznał że na zdjęciach nocnych nic widać nie będzie. To Wójcik wpadł na pomysł, że aby zachować sienkiewiczowską poetykę zrobimy ten pojedynek w deszczu. I tak nasz dialog się zmienił na: „będzie smutno umierać w taki deszcz/pułkownika chowają więc i niebo płacze”. Co ciekawe do dziś wszyscy myślą, że nasz dialog to Sienkiewicz. A nie jest. Żeby było jeszcze ciekawiej, kiedy zaczęliśmy kręcić w deszczu, musieli nam w buty wkręcić korki, bo jedno poślizgnięcie w błocie mogło się skończyć tragedią. Tymi szablami naprawdę można było zabić.

A wróćmy na chwilę do Sienkiewicza jeszcze. Poza premierą  „Potopu Redivivusa”, mieliśmy ostatnio Narodowe Czytanie Trylogii, zaś „Gazeta Wyborcza” opublikowała tekst, że czytanie Sienkiewicza jest złe i szkodliwe…

W mojej ukochanej „Gazecie Wyborczej” to jednak czasami kretyni pracują.

Bo…

Bo proszę pana jaki jest najpopularniejszy autor na świecie, który sprzedał miliardy egzemplarzy swoich książek?

Szekspir?

Ano Szekspir. A czy komuś w Wielkiej Brytanii przeszkadza to, że Szekspir jest zarówno autorem popularnym i masowym, jak twórcą podstaw ich kultury? Ano nie. Nikt nie pikietuje i nie pisze tam tekstów pod tytułem „Szekspir był zły”.

No właśnie.  Kiedy ogłosiliśmy literacką Nagrodę im. Henryka Sienkiewicza odezwały się głosy, dlaczego Sienkiewicz. Coś w nim jest pana zdaniem złego?

W czytaniu Sienkiewicza nie ma niczego złego. Nie ma co zazdrościć mu popularności, nie ma co negować tego, że był i do dziś jest autorem masowym. Wróćmy do Gombrowicza, może i to była trzeciorzędna literatura, ale jak napisana!  Na tym polega wielkość Sienkiewicza, lekkości, potoczystości frazy, talentowi do tworzenia postaci, narracji. Zamiast go negować powinniśmy dziękować za to jak wielki wpływ na polska literaturę miał. Takiego Żeromskiego dla przykładu czyta się dziś o wiele gorzej i trudniej. Sienkiewicza z upływem lat wciąż dobrze.

Mówiąc o upływie lat jedna rzecz mnie zastanawia. Dlaczego pan, aktor który mówię to bez kadzenia, jest legendą polskiego kina, dziś w nim nie gra? Nie tylko zresztą pan. Trudno dziś znaleźć polskie filmy, w których graliby wielcy zasłużeni. Na świecie się o takich aktorów dba, pisze dla nich scenariusze, a u nas?

A u nas nie. Nikt nie pisze scenariuszy dla nas, aktorów w podeszłym wieku.

Dlaczego?

Nie chcę wyjść na takiego co narzeka. Chciałby pan zobaczyć siedemdziesięcioletniego głównego bohatera?

Mówiąc szczerze – jeśli byłaby to dobrze napisana i wymyślona postać to tak!

Takie dobre role to dostaje Clint Eastwood, który po siedemdziesiątce zagrał w poruszającym filmie o starzejącym się trenerze bokserskim i jego podopiecznej. W Polsce tak nie ma, bo reżyserzy, którzy dziś aktywnie działają nie myślą o starych aktorach a o sobie. Kręcą filmy dla siebie i o swoim pokoleniu. Poza tym tacy aktorzy jak my nie przyciągają masowo widzów. Dlatego lądujemy w serialach.

Polski ostatni przystanek dla kariery?

Trochę tak. Ale to nie musi równać się z tragedią. Są u nas seriale dla ludzi, które są doskonale napisane. Jestem wielkim wielbicielem „Rancza” i Roberta Bruttera, dobrze napisana była także jego „Rodzina zastępcza”. W ogóle uważam, że Brutter, który uchwycił w „Ranczu” kwintesencję Polski, to najzdolniejszy nasz scenarzysta teraz. Pech chce, że nie chce napisać nic dla mnie (śmiech).

A czeka pan aż napisze?

Już zbyt długo czekać nie mogę. Jak coś większego mam zagrać to warto się pospieszyć. A póki nie ma tego czegoś, grywam w serialach, bo proszę pana ja lubię grać i potrafię.

 

Nagroda im. Henryka Sienkiewicza została powołana przez portal Dzika Banda i trafi do rąk najlepszego polskiego pisarza popowego. Nominacje do nagrody zostaną ogłoszone podczas listopadowego POP! Festivalu

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz