wywiady

Colman Domingo – Nie jestem Strandem, ja go tylko gram [wywiad]

W poniedziałek 11 września w stacji AMC powraca „Fear The Walkind Dead”. Z tej okazji spotkaliśmy się z serialowym Victorem Strandem, czyli Colemanem Domingo i rozmawialiśmy o różnicach między graniem w teatrze a w serialu, potędze telewizji i tym jak broadway’owski aktor, trafił do świata zombie.

Dzika Banda: Pamiętasz swoją pierwszą myśl, gdy zaproponowano ci rolę Victora Stranda?

Coleman Domingo: Pamiętam lekką konsternację i niepewność. Czy aby na pewno ja miałem dostać ten scenariusz? Ale to było zanim zacząłem go czytać.

No właśnie. Pytałem, bo „Fear The Walking Dead” patrząc na twoje aktorskie dokonania to rzecz zaskakująca. Zazwyczaj grasz w teatrze, albo filmach zaangażowanych społecznie jak „Selena” czy „Narodziny narodu”.

A tu zombie… O ile sam byłem zaskoczony propozycją, tak szybko czytając scenariusz, zrozumiałem, że to wcale nie taki głupi pomysł. Że serial, to nie opowieść o zombie, czy początku zagłady, a tym co dzieje się z nami, gdy znajdujemy się w ekstremalnych sytuacjach. Tak naprawdę to wielobarwna mozaika układająca się w niejednoznaczną opowieść o tym do czego zdolny jest człowiek, który musi walczyć o siebie. Co jest wstanie poświęcić? Gdzie i kiedy zaczynamy tracić nasze człowieczeństwo. Więc patrząc na to od tej strony, ten serial mówi o równie ważnych rzeczach, co dajmy na to „Selena”.

Ale nie jest poważnie traktowany. Co jest bolączką całej popkultury.

Bo przez swoją przewidywalność i przywiązanie do schematów, popkultura czy może bardziej narracja gatunkowa, traktowana jest przez krytyków i odbiorców często tylko powierzchownie. Zatrzymują się na warstwie numer jeden – gatunku, w jaki opowieść jest opakowana i na tym koncentrują. Ponieważ większość gatunków opiera się na podobnych chwytach, łatwo popaść w zgubne przekonanie, iż doskonale się wie, dokąd dana opowieść prowadzi. Oczywiście nie będziemy teraz stali i bronili każdej popularnej fabuły, bo nie o to chodzi. Część z nich jest zła, przewidywalna, ale ogromny procent nie.

Nie oceniaj książki po okładce?

Dokładnie. Czasami te piękne okładki nie niosą za sobą nic wartościowego, a potwór skrywa za sobą głębię opowieść o rozpadzie człowieczeństwa.

Kiedy byłeś dzieciakiem ciągnęło cię do prostych, popowych opowieści, czy raczej dorastałeś w otoczeniu tzw. kultury wysokiej.

Bez obaw, nie byłem dzieckiem, które chodzi z zadartym nosem i czyta tylko ambitne dzieła. (śmiech) Myślę, że rozwijałem się jak każdy, a w pewnym momencie drogi życiowej wybrałem opcję – szukam tego co pomaga mi się rozwijać aktorsko. Stąd wybór ról, które są inne niż klasyczny bohater kina akcji. Ale to, że w mojej karierze zagrałem czy to w teatrze, czy to w kinie większość ról dramatycznych, nie znaczy, że jestem zarozumiałym typem, który trzyma nos w chmurach. To znaczy, że na takim okresie życia, interesowały mnie takie role.

Twoje osiągnięcia teatralne imponują. Jak bardzo teatr pomaga na planie serialu?

Teatr to bezustanna koncentracja i ciągłe wyzwanie. Codziennie grasz na tej samej scenie, w otoczeniu tej samej dekoracji i tych samych ludzi. Tu nie ma zmian planu, montażu, dynamiki którą daje technika. Wszystko spoczywa na tobie. Od tego jak zróżnicowanie wymyślisz postać zależy to, jak ludzie będą na nią reagować. W teatrze jesteś tylko ty, scena i widz. I cała odpowiedzialność spoczywa na tobie. Dlatego tak kocham teatr, za to bezustanne wyzwanie. Za to, że musisz ciągle być lepszym, żeby widz nie tracił zainteresowania twoją postacią. W serialu jest inaczej. Tu grana scena się kończy, w chwili gdy reżyser uzna, że jest dobra, a ty grasz w kolejnej. To zamknięta pod tym względem praca, a co zależy od ciebie, jako aktora, to to czy uda ci się grając postać tak ją budować, aby z odcinka na odcinek wydawała się widzowi coraz bardziej fascynująca. I tu pomaga teatr. Wchodząc na plan serialu z teatralnym bagażem wygrywasz. Znasz techniki, tricki aktorskie, potrafisz bawić się rolą tak, aby kilkoma gestami, ruchami przykuć uwagę. Zresztą to robię grając Stranda – gram ciałem, modeluje głos, tworzę sobie postać, jej szkielet, żeby ciągle go rozwijać. Zresztą co zabawne, wiele osób, które oglądają serial, gdy spotkam je w sklepie czy na ulicy, mówi – rety ale ty masz inny głos niż Strand. No mam. Bo on jest tylko kreacją. Wymyśliłem go, tak aby był zagadką – człowiekiem bez akcentu, pochodzącym nie wiadomo skąd itp.

Zawsze bawi mnie, fakt że tak wielu osobom wydaje się, że postać grana przez aktora, to on sam.

Prawda? Jak łatwo te granice się zacierają… Nie masz tak niskiego głosu – słyszę często. A dlaczego mam mieć. Tam mówi postać, tu mówię ja. Nie jestem Strandem, ja go tylko gram.

Pytałem o teatr, bo dla mnie zawsze ogromną przyjemność sprawia patrzenie na aktora, który wchodzi na plan i wie co robi. Dziś to niestety coraz większa rzadkość.

No bo żyjemy w czasach, w których wydaje się, że pewne rzeczy są łatwe. Że pisanie piosenek jest proste, że bycie aktorem to mówienie kwestii. I tak dalej. A to tak nie jest i w wielu serialach czy filmach to widać. Zresztą dla wielu fabuł to właśnie brak świadomość, czy zdolności grania staje się początkiem ich końca.

Dlatego taką przyjemność sprawia patrzenie na kogoś, kto wie co robi.

Wiadomo (śmiech).

Telewizja żyje trochę w takim specyficznym rozdarciu – z jednej strony mamy przecież reality shows, które bazują właśnie na braku warsztatu i często talentu, z drugiej gigantyczny rozwój seriali, których jakość jest bardzo wysoka.

Bo tak jest. Z jednej strony zatem mamy rozwój podglądactwa opartego na udawaniu od gry aktorskiej po życie, z drugiej coś co w pewien naturalny sposób z tego wyrasta – czyli boom serialowy. Przecież te najlepsze seriale o których mówi się na całym świecie, to rzeczy opowiadające o życiu właśnie. Z tym że one śmiało i bez kompleksów wobec kina poszły w rozbudowaną, wielowątkową narrację, która przyciąga tak widzów, jak twórców. Patrz jeszcze kilkanaście lat temu, granie w serialu stygmatyzowało. Dziś jest taką samą nobilitacją jak gra w wielkich filmach kinowych. Telewizja już nie jest gorszym dzieckiem kina, a bytem egzystującym na równi.

Niektórzy twierdzą, że lepszym niż kino.

Dającym większą wolność artystyczną, to na pewno. I dynamiczniej się rozwijającym. Na każdej płaszczyźnie – weź popatrz na seriale policyjne sprzed dwudziestu lat i te dziś. Kompletnie różne byty. Do tego dochodzi skok technologiczny.  Obecnie seriale oglądają ludzie, którzy nie mają telewizorów. Otworzyły się nowe kanały i formy dystrybucji treści. Seriale się rozwijają, ale wciąż u ich fundamentu leży rzecz jedna i podstawowa – dobra historia, która wciąga i nie daje o sobie zapomnieć.   

Fear The Walking Dead możecie oglądać na AMC od poniedziałku 11 września. 

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz