Derek Henthorn
wywiady

Charlotte Link – krytycy nie lubią kryminałów [wywiad]

Charlotte Link to jedna z najpopularniejszych na świecie współczesnych autorek kryminałów. Nam zaś opowiada o tym jak niemieccy krytycy traktują prozę gatunkową i dlaczego czuje się dobrze, dopiero, gdy wyjeżdża z kraju.

Dzika Banda: Pisze pani dość specyficzne kryminały – mocno skierowane w stronę kobiecego odbiorcy…

Charlotte Link: Kryminał to taki specyficzny gatunek, który moim zdaniem idealnie nadaje się do tego, aby pod płaszczykiem opowieści o zbrodni snuć opowieść o tym, do czego zdolny jest człowiek. Jak mocno jedna istota ludzka jest w stanie zranić drugą.  Poza tym zbrodnia to ekstremalna sytuacja, w której często opadają maski, jakie nosimy, na co dzień. Zbrodnia burzy zastaną codzienność – i to mnie w tym gatunku pociąga. Natomiast zastanawia mnie, dlaczego uważa pan, że moje powieści, skierowane są do kobiecego odbiorcy… Znaczy, że pana zdaniem piszę źle, bo czytają to kobiety?

A skąd takie skojarzenie, że złe, bo czytają kobiety?

Bo zabrzmiał pan tak, jakby kobiety-czytelniczki, były czytelnikami gorszej kategorii.

To chyba nadinterpretacja jednak. Widzi pani, ilekroć przysłuchuję się rozmowom między dla przykładu bibliotekarzami a wypożyczającymi książki, pani powieści uznawane są za wzór współczesnej kobiecej powieści kryminalnej. Poza tym pani jednak lubi pisać o kobietach, opowiadać z perspektywy kobiet i stawiać swoje bohaterki w trudnych życiowo sytuacjach. No i mężczyźni często u pani są albo źli, albo mają na sumieniu draństwa. Stąd skojarzenie.

Rozumiem. Faktycznie tu ma pan rację – piszę o kobietach, często stawiam je na pierwszym miejscu i stąd zapewne bierze się popularność moich powieści pośród czytelniczek. Nie piszę o super policjantach, nie wymyślam niezwykłych zbrodniarzy. Moi bohaterowie są ludźmi zwyczajnymi, którzy pewnego dnia zostają postawieni w niezwykłej sytuacji. Poza tym nie ma niczego złego w byciu stawianą, jako wzór powieści, po które chętnie sięgają kobiety.

Zareagowała pani dość emocjonalnie na określenie kobiecy kryminał. Domyślam, że w Niemczech krytycy często muszą używać określenia „kobiecy”, jako określenia czegoś bardzo negatywnego.

U nas z krytyką w ogóle jest zabawnie. Pan sobie wyobrazi – jeśli Niemiecki autor napisze kryminał osadzony głęboko w realiach niemieckich, odzwierciedlający życie, współczesną obyczajowość, niemiecki krytyk literacki i tak napisze, że powieść jest fatalna. Nie będzie próbował pisać dla przykładu – „autor nie poradził sobie z intrygą, ale celnie obserwuje życie codzienne”. Nie napisze – „źle napisana powieść”. Niemal każdy niemiecki krytyk napisze – „to kryminał jest to zła powieść”. Bo według krytyków w Niemczech, kryminał nie jest literaturą.

Zaraz do tego wrócimy, bo to niebywale ciekawe, ale najpierw chciałem zapytać o status kryminału nie Niemczech. Bo Niemcy nie oszukujmy się, nie są krajem, który kojarzy się z kryminałem.

Bo widzi pan u nas, choć kryminały pisało się od dawna, do tej pory nikt poza granicami o nich nie wiedział. Od kilku lat zaś obserwujemy wielki wysyp powieści kryminalnych i filmów.

Efekt Larssona?

Po części na pewno tak. Można wiele rzeczy powiedzieć o powieściach Stiga Larssona, ale ich światowy fenomen otworzył drzwi kryminałom pisanym w innych językach niż angielski. Teraz każdy land ma swojego detektywa, policjanta, śledczego. Co więcej, coraz więcej niemieckich powieści wydawanych jest na świecie. Staliśmy się rynkiem interesującym i bezustannie rozwijającym.

Ale nie rozwijacie się tak szybko jak Polacy. U nas krytycy już zaakceptowali kryminał, jako gatunek.  Dobrze zatem wiedzieć, że jest, choć jedna płaszczyzna, w której jesteśmy od was lepsi.

W Niemczech ataki na prozę gatunkową posunęły się już tak daleko, że naprawdę trzeba mieć sporo odwagi, aby wydać kryminał.

Czyli jest pani odważną kobietą?

No chyba (śmiech). Ale wie pan, ja już swoje łzy wylałam.

Ale pani zaczynała karierę od powieści historycznych…

Są tak samo źle traktowane przez krytykę jak kryminały.

Z czego wynika ta niechęć?

A bo to ja potrafię zajrzeć do mózgu krytyka?

To inaczej – w Polsce przez lata komunizmu dostęp do światowej literatury rozrywkowej mieliśmy mocno ograniczony, a co za tym idzie, nasi krytycy mieli ogromne problemy, aby wypracować w sobie narzędzia do odpowiedniej percepcji prozy gatunkowej. Ale u was? Zakładając nawet, że podobne problemy były w NRD, to jednak RFN był kapitalistycznym rajem w Europie, a co za tym idzie, powinniście znać gatunki.

Faktycznie u nas problemu z narzędziami nie ma. Jest za to inny. Otóż autor, któremu uda się kilka razy z rzędu umieścić swoje powieści na listach bestsellerów za automatu budzi podejrzliwość. Krytycy, bowiem wychodzą u nas z założenia, że jeśli coś się sprzedaje, to nie może być dobre. Ja zatem mam podwójnie przerąbane – nie dość, że piszę kryminały, to jeszcze są na topkach sprzedaży.

Zależy pani bardziej na krytykach, czy czytelnikach?

Wiadomo, że wolę miłość czytelników – to oczywiste.

I policzalne?

Gdyby kochali mnie tylko krytycy, zapewne nie byłoby mnie stać na to, żeby żyć z pisania. (śmiech)

Krytyczne recenzje nie sprzedają książek?

Nie. A żeby było zabawniej – krytycy nie piszą swoich.

U nas krytycy piszą kryminały.

O to ciekawy trend – może dałoby się przenieść go na niemiecki grunt. Wtedy dopiero powstanie znakomita proza gatunkowa pełna niuansów, których my nie potrafimy.

Trudno, zatem w kraju, który nie lubi prozy gatunkowej odnieść sukces?

Mnie zajęło to dużo czasu. Zaczęłam pisać w 1979, a powieść, która nareszcie odniosła sukces, czyli „Dom sióstr” ukazał się w 1997. Czyli osiemnaście lat zajęło mi przebijanie się na szczyt.

Nie miała pani ochoty się poddać?

Pewnie, że miałam. Wie pan, to kupa czasu. Wydawałam powieści, których nikt nie czytał, z każdą kolejną łudziłam się, że może się uda, a potem to gorzkie rozczarowanie. Do tego dochodzi fakt, że porzuciłam dla pisarskiej kariery, prawo. Były takie momenty, kiedy myślałam – lepiej było skończyć i mieć dobry zawód.  A potem poszło jak poszło. Czyli zostałam autorkom bestsellerów.

W Polsce często pośród autorów pokutuje przekonanie, że sukces musi nadejść po pierwszej, no drugiej powieści…

Ale w Niemczech to też dość popularne podejście. Niestety nie ma ono zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Pisanie paradoksalnie to kawał ciężkiej pracy. Ciężkiej i niestety wcale nie gwarantującej sukcesu. Często zdarza się u nas tak dla przykładu, że debiutant wpada na kapitalny temat, znajduje niszę, na którą jest zapotrzebowanie, powieść trafia na topki… I co sukces? Nie. Bo w finale okazuje się, że powieść nie sprzedała autora, ale temat, a kolejne jego powieści nikogo nie interesują.

Nie jest tak, że jednak w ogromnej mierze liczy się szczerość? Że czytelnik wyczuje fałsz i nie będzie chciał czytać więcej, bo będzie czuł się manipulowany?

Oczywiście, że tak jest. Po pierwsze pasja pisania, daje możliwość przetrwania chudych lat, pomaga radzić sobie z niepowodzeniami. Po drugie szczerość to coś, co sprawia, że poza bohaterami, czytelnik zaczyna lubić autora.

 

Ma pani swoich nowych ulubionych niemieckich autorów?

I tu mnie pan ma. Pamięta pan gdzie osadzona jest akcja moich powieści?

No większość dzieje się poza granicami Niemiec.

No właśnie – i to nie jest przypadek. Po prostu mam problem z czytaniem o Niemczech, a co dopiero z pisaniem o nich.

A to ciekawe, – dlaczego? Drażni panią osadzenie akcji w miejscach, które pani zna?

Tak naprawdę nie mam żadnego problemu z Niemcami, ale mówię zupełnie poważnie – nie potrafię osadzić akcji w realiach. Nie i już. Podobnie jak nie potrafię czytać powieści kryminalnych osadzonych w realiach. Myślę, że jakiś psycholog miałby tu spore pole do popisu.

Panie doktorze jestem Niemką i nie potrafię pisać o Niemczech?

O tak – to byłoby pierwsze podstawowe pytanie. Może z faktu, że stąd pochodzę. Widzi pan – ja to w ogóle zaczyna żyć pełną piersią dopiero wtedy, kiedy opuszczam Niemcy.

Nie kocha pani ojczyzny?

To nie tak. Po prostu, gdy tylko wyjeżdżam czuje, że zrywam z rutyną codzienności, że nie krępują mnie więzy społeczne i mogę robić, co chcę.

Gdzie się pani czuje najlepiej?

Anglia. Tam osadzam większość akcji moich powieści. Lubię tamtejszy krajobraz. Lubię ludzi. Klimat.

Brytyjscy krytycy literaccy mają zupełnie inne podejście, co literatury gatunkowej…

Też (śmiech).

Czyli nie jest pani patriotką?

Czyli jest ze mnie dość trudny egzemplarz. (śmiech). Ale naprawdę – nie mam nic do Niemiec. Po prostu już tak mam i nic na to nie poradzę.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz