wywiady

CHARLIE WINSTON: BEZDOMNY Z WYBORU

Polscy słuchacze pokochali jego piosenki takie jak „Like a Hobo” czy „I Love Your Smile”, a koncerty Charliego Winstona wyprzedają się u nas na pniu. Niebawem ukaże się u nas jego nowy album „Curio City”, a muzyk znów przyjedzie grać koncerty. Nam zaś Charlie Winston opowiada o tym jak zaczynał karierę, opiekował się dziećmi Petera Gabriela i tym dlaczego woli nowe płyty Toma Waitsa i stare krążki Eltona Johna. 

 

Opowiem ci coś strasznego…

Charlie Winston: O rany… tak z rana straszne rzeczy?

A więc swego czasu twój wydawca, nie wiedząc jak zachęcić dziennikarzy do twojej muzyki, koncentrował się w notach na tym, że podobno byłeś opiekunem dzieci Petera Gabriela.

Ech… Szkoda słów. W dodatku to nie do końca prawda…

To jak to z tymi dziećmi było?

Inaczej. Petera Gabriela nie poznałem opiekując się dziećmi, a zwyczajnie, podczas nagrywania płyty. W należącym do Gabriela Real World ja nagrywałem swój krążek „Hobo”, on zaś płytę „Scratch My Back”. Nie zostaliśmy wtedy kolegami, nie zaprzyjaźniliśmy się. Po prostu wpadaliśmy na siebie w przejściu, a Peter przychodził czasami do pomieszczenia, gdzie piliśmy kawę zapytać jak leci. Tyle. Ale wówczas przypadkiem poznałem śpiewającą z ojcem Mel Gabriel, z którą się zakolegowałem. Jakiś czas później ona zjechała do Londynu, nie miała znajomych itp. i zaczęliśmy się spotykać włócząc po mieście. I teraz dochodzimy do plotki o dzieciach i byciu opiekunem. Pewnego weekenu do Londynu zjechał Peter który miał odebrać jakąś strasznie ważną nagrodę. Nagle okazało się, że nie ma opiekunki dla jego dzieci i zaoferowałem pomoc. I tak zostałem opiekunką dzieci Petera Gabriela. Na jeden wieczór.  Ale w sumie wtedy się poznaliśmy tak naprawdę, a ja pokazałem mu swoją muzykę.

Podobała się?

Wiesz jak to jest – nawet jeśli się nie podobała, to nie dał mi o tym znać. (śmiech). A poważnie – pewnie, że mu się spodobała. Nie rozmawialibyśmy pewnie, gdyby nie on. Polecił mnie dalej i płyta z niszowego małego albumu zaczęła żyć.

W branży trudno przebić się bez pomocy doświadczonych kolegów?

Jak chyba w każdej. Droga do kariery jest wyboista i nigdy nie wiesz czy wsparcie kogoś znanego pomoże ci, czy nie. W moim przypadku pomogło, bo krążkiem zainteresowały się duże wytwórnie itp. Ale sama płyta, czy same znajomości nie wystarczą. Jeśli za materiałem nie idzie nic – czyli nie masz nic do zaoferowania ludziom na koncertach, to w najlepszym przypadku skończysz jako autor jednego hitu, w najgorszym wsparcie nic ci nie da.

A propos podobania, twoja pierwsza płyta „Make way” nie spodobała się ponoć nikomu.

No nie. Przeszła zupełnie bez echa.

Nie miałeś ochoty zrezygnować?

Nie. Po prostu uznałem, że muszę zrobić to drugi raz, tylko lepiej. Ale jeśli pytasz o wątpliwości, to tak – jak każdemu i mnie się zdarzają. Tylko na szczęście ja nie mam jakiś wybujałych oczekiwań względem siebie. Wielka kariera trochę mnie przeraża. Podoba mi się ten stan jaki jest teraz – nagrywam płyty, całkiem dobrze się sprzedają, gram mnóstwo koncertów, ale mogę spokojnie chodzić ulicami.

Podobno we Francji trochę inaczej to wygląda. Tak jesteś już wielką gwiazdą.

Fakt, tak już spokojnie po ulicach chodzić nie mogę. Ale to jeszcze jest ten poziom kariery, który nie przeszkadza w funkcjonowaniu. Ludzie rozpoznają mnie na ulicy, ale nie dziękować Bogu, nikt nie atakuje, nie domaga się ode mnie nie wiadomo czego.

Podobno jednak masz plan awaryjny na wypadek, gdyby coś nie wyszło?

To nie do końca plan awaryjny (śmiech). Widzisz moi rodzice są muzykami, ale poza tym prowadzą także hotel. Mój brat, który jako jedyny w naszej rodzinie nie związał swojego życia z muzyką, został menagerem, a ja jeśli bym chciał zawsze mogę tam wrócić (śmiech).

Wychowywałeś się na hotelowych korytarzach?

I w małych kawiarniach i barach. Tak, dokładnie tak było. Stąd pewnie moje zamiłowanie do ciągłych podróży i ciągłe zmienianie adresu. Nie potrafię długo usiedzieć w jednym miejscu.

To słuchać w większości twoich piosenek a to śpiewasz o życiu  „Like a Hobo” (Jak włóczęga – przyp. red),  a to o ciągłej ucieczce („Running Still”). Kiedy pierwszy raz pojawiłeś się w Polsce poza nieszczęsną etykietką pana niani w domu Gabrielów, próbowano właśnie ze względu na tematykę utworów przykleić ci etykietę, brytyjskiego Toma Waitsa.

Oczywiście, bo Waitsa uwielbiam. Łączy mnie z nim podoba estetyka, uwielbienie do ballad, jakoś tak podobny wygląd. Dlatego każde porównanie do Waitsa przyjmuję z radością. Byle tylko porównywać mnie do Waitsa z okresu tak od „Small Change” w górę. (śmiech).

Nie lubisz wczesnego Waitsa?

Mówiąc już zupełnie poważnie – wcześniejsze płyty jak „Closing Time” nie. Czegoś w nich brakuje, znaczy są tam dobre piosenki, ale aranżacje zupełnie nie waitsowe. Zupełnie odwrotnie mam z drugim muzykiem, którego uwielbiam, czyli Eltonem Johnem. U niego z kolei w kółko mogę słuchać wczesnych płyt, a te nowe zupełnie mnie nie interesują.

Bo Elton John na początku był genialny, a potem…

Potem coś się stało i jego piosenki straciły iskrę.

Wracając do kariery. Jesteś Brytyjczykiem, którego pokochali – mino narodowościowych zaszłości – Francuzi, a Wielka Brytania wciąż czeka na podbicie.

Tak, to zabawny paradoks, prawda. Ale widzisz rynek w Wielkiej Brytani jest trudny i zupełnie inny niż gdziekolwiek indziej w Europie. W Anglii liczy się przede wszystkim moda, trend panujący w muzyce, dyktowany zarówno przez wpływowe pisma i promotorów. Żeby odnieść prawdziwy sukces na tamtejszym rynku, trzeba dobrze wpisać się w obowiązujące mody, a ja średnio wpisuję się w to co się gra. No i nie przywiązuję wielkiej uwagi do wyglądu. (śmiech).

A to ciekawe. Patrząc na okładki twoich płyt, ktoś mógłby odnieść wrażenie że jesteś wystylizowanym dandysem.

A nie włóczęgą z wyższych sfer? (śmiech). Mój problem polega na tym, że lubię styl retro i lubię zakładać na siebie to na co mam ochotę. Jestem niewdzięcznym modelem. Ubieram się tak jak się ubieram od lat i takiego siebie lubię.

Ale zgodzisz się ze mną, że dziś w muzyce nazwijmy ją popową, wizerunek, instrumentarium, teksty, wszystko to składa się w całość, którą się promuje, albo nie.

Oczywiście że tak. Branża muzyczne – mówimy tu o dużych wytwórniach, ma swoje typu, ma swoje wizje kariery a promując artystę wie jak prowadzić go aby image konsekwentnie łączył się z muzykę itp. Odbiorca ma to w nosie i nie zdaje sobie z tego sprawy, ale artyści, którzy sprzedają miliony płyt i pojawiają się na głównych stronach pism plotkarskich są prowadzeni przez firmy kompleksowo. To jest: ktoś im mówi, jak mają wyglądać, co mają mówić itp. Mnie do takich zależności nie ciągnie.

A do czego cię ciągnie?

Do muzyki. Do pisania piosenek,   do podróżowania. Do rzeczy które lubię i z którymi mi dobrze.

 

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz