HBO Polska
wywiady

Bartłomiej Topa: lubię skomplikowane życiorysy

Niebawem zobaczymy go w „Kebabie i horoskopie” oraz „Obcym niebie”. Nam Bartłomiej Topa opowiada o rolach połamanych życiowo facetów, problemach polskich scenariuszy i tym dlaczego dobre teksty zamieniają się w złe filmy.

 

Dzika Banda: Powiedz z premedytacją postanowiłeś zostać specjalistą od ról połamanych życiowo facetów? Co film to coraz bardziej doświadczony życiowo bohater…

 

Bartłomiej Topa: Sam się nad tym zastanawiam. Może jakoś łączy się to z faktem, że fala rozwoju społecznego idzie właśnie w taką stronę – życie dla nas ludzi staje się coraz bardziej skomplikowane. A im bardziej ono jest skomplikowane, tym bardziej ludzie chcą oglądać takie postaci. Połamane, uszkodzone, ze skomplikowanymi życiorysami. A twoje życie jest łatwe?

 

To chyba ostatnia rzecz, jaką mógłbym o nim powiedzieć.

 

No widzisz. Nikomu teraz nie jest łatwo. Świat na naszych oczach się komplikuje, a kultura za tymi komplikacjami nadąża, tworząc takie a nie inne postaci.

 


 

A podobno w rozrywce szukamy katharsis, a nie dobicia. Jakby na to nie spojrzeć, twoi bohaterowie nie należą do postaci pokrzepiających serca.

 

Ale kto powiedział, że katharsis dają tylko optymistyczne filmy? Kiedy życie ci się komplikuje czasami chcesz zobaczyć na ekranie kogoś, kto ma równie przerąbane. Moim zdaniem ten mechanizm tak działa. Kończy się film a ty myślisz – nie jest ze mną tak źle, bo jeszcze żyję. Bohaterowie, których gram czy to w „Drogówce” czy w „Watasze” to właśnie ludzie, którzy w próbują mimo tego, że życie ciągnie ich w dół jakoś sobie radzić.

 

Nie odpowiedziałeś jednak na pytanie – czy celowo wybierasz takie postaci?

 

Nie. Nie celowo. One same przychodzą. A ja się cieszę, że mając te czterdzieści parę lat mogę grać bohaterów – i chodzi mi tu o postacie nie pomniki – którzy w jakiś sposób skupiają w sobie problemy naszych czasów. Nie wiem czy mam jakiś klucz wedle, którego dobieram role. Ale wiem, że zawsze muszą mieć jedno – być wielowymiarowe. Nie interesuje mnie granie tłuków, którzy robią swoje i idą do domu. Chcę postaci, w których najpierw mogę pogrzebać, jako aktor a potem grzebać będą w nich widzowie, odkrywając ich kolejne oblicza.

 

Uciekasz od prostoty?

 

Od prostoty nie. Od prostactwa postaci tak. Prostota sama w sobie nie jest zła. Kiedy film dla przykładu opowiada prostą historię, a ma skomplikowanych bohaterów, to prostota tylko mocniej podkreśla ich relacje, życiowe meandry.

 

Czy przez to, że oferowano ci tylko prostackie role przed laty wycofałeś się z aktorstwa?

 

Nie do końca. Po prostu skoncentrowałem się na produkcji. Razem ze Smarzolem przygotowaliśmy „Wesele” i „Dom zły”, a to pochłonęło masę czasu i energii. Mniej więcej wtedy w branży zaczęli mówić – Topa się wycofał, bo producentem został. Próbowałem tak funkcjonować, ale w końcu się poddałem. Szukanie pieniędzy, dotacji poznawanie do środka zasad rządzących po tamtej stronie mnie zmęczyło. I wróciłem do mojego egoistycznego grania.

 

Ale to właśnie od momentu, w którym związałeś się z Wojtkiem Smarzowskim – jakkolwiek to brzmi – wróciłeś do grania, ale postaci, o których już mówiliśmy.

 

Tak, na pewno tak. Podobnie postrzegamy świat, ludzi, relacje międzyludzkie a potem na szczęście okazało się, że ludzie też tak świat widzą – o czym świadczą świetne wyniki filmów Wojtka w kinach. No i jestem wdzięczny Wojtkowi za to, że od tamtej pory dostaję scenariusze, w których mogę coś wybrać.

 

Ale w „Wołyniu” ciebie nie będzie?

 

Nawet w epizodzie. Tak wyszło. Gram w trzech innych filmach, nie ma jak.

 

Kiedyś wspominałeś, że może coś sam wyreżyserujesz?

 

Teraz nie mam niczego w planach. A nie mam parcia, żeby nakręcić własny film. Jeśli trafi się mi tekst, który będzie mówił sporo o świecie, ludziach, moich bliskich, który będzie mnie dotykał… to wtedy może. Reżyseria to zupełnie inne wyzwanie, zupełnie inna kreacja świata. To już nie jedna rola, ale tak naprawdę tworzenie rzeczywistości od podstaw i nie jestem pewien czy na to wyzwanie jestem gotowy.

 

Boisz się odpowiedzialności?

 

Tak. Nie wiem czy na to mnie stać. Teraz na bank nie.

 

Mówisz, że dostajesz scenariusze, w których możesz wybierać. To przeczy trochę lansowanej w mediach tezie, że u nas dobrych scenariuszy nie ma. To jak to z nimi jest – są czy nie?

 

Są. Pewnie, że są. Problem z jest trochę inny. Moim zdaniem w jakiś siedemdziesięciu procentach produkcji brakuje przygotowania technicznego. Znajdują się pieniądze, znajduje się czas ekipa radośnie rzuca się do pracy, która niestety zdarza się być nieprzemyślana. W efekcie produkcja zaczyna przypominać wróżenie z fusów: wyjdzie, nie wyjdzie. A tak nie powinno być. Zamiast rzucać się na możliwość nakręcenia filmu, warto go mocniej przemyśleć, wiedzieć, do czego się zmierza, co chce się osiągnąć. I tego u nas brakuje, a nie dobrych tekstów.

 

Masz taki film na koncie? Który zapowiadał się świetnie a skończył marnie?

 

Oczywiście! „Wyjazd integracyjny”! Tekst był zajebisty, tylko fatalnie zrealizowany i mówię to z pełną świadomością. Ten tekst był dobry, to mogło być lustro, w którym przeglądałoby się nasze pokolenie, ale wyszło jak zwykle;  płasko, nieszmiesznie, banalnie.

 

A jak myślisz Smarzol nakręci w końcu „Klarę”, czyli od dawna zapowiadaną komedię romantyczną.

 

Nakręci, jestem przekonany, że tak.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz