Universal Music
wywiady

Arek Jakubik: Krew, pot, radość i wkurw.

Jest jednym z najbardziej charakterystycznych i najlepszych polskich aktorów. Nam Arek Jakubik opowiada o swoim ukochanym zespole Doktor Misio (recenzja nowej płyty), tym co znaczy być artystą niezależnym i czerwonej lampce, która czasami zapala mu się w głowie.

 

 

Kochasz tego Doktora Misio prawda?

Oj kocham, kocham. Powiem więcej – dla Doktora zrobię wszystko.

Włączając w to wejścia do telewizji śniadaniowych?

A żebyś wiedział. Widzisz, aktor Jakubik w telewizji śniadaniowej się nie pokazuje. Jeśli bardzo, ale to bardzo wymaga od mnie tego promocja filmu to tak, ale od wielkiego dzwonu i zazwyczaj w otoczeniu kogoś z ekipy: reżysera, aktorów itp. Natomiast Jakubik muzyk – tak. Pójdę wszędzie, jeśli tylko pomoże to zdobyć Doktorowi nowych fanów.

A swój film do śniadaniowej telewizji poszedłbyś promować?

I tu mnie masz (śmiech). Tak, poszedłbym. Ale wydaje mi się, że to się z Misiem wiąże – to znaczy i Doktor i mój film traktuję jak swoje dzieci. To moja krew, pot, łzy, radość, ale i masa frustracji i wkurwu. A co za tym idzie, kiedy kończę film czy nagrywam z chłopakami nową płytę – to tak, chcę żeby wiedział o tym cały świat.

Czy w takim wypadku Doktor to wciąż przedsięwzięcie niszowe i niezależne, czy już mainstreamowe?

Wiesz – często zadaję sobie to pytanie, kiedy kończy się bycie alternatywnym, poszukującym twórcą, a zaczyna bycie artystą komercyjnym, zarabiającym pieniądze?

Ale czy artysta alternatywny nie może zarabiać pieniędzy? Popatrz choćby na nieistniejące już Sonic Youth i nieżyjącego już Lou Reeda tylko dla przykładu –  całe kariery gdzieś z boku mainstreamu, a przy tym spora sława, pieniądze, które przyszły same, za ciężką pracę, którą wykonali.

Tak, Sonic Youth to dobry przykład na zespół, który sprawnie łączył bycie grupą absolutnie artystyczną z grupą, która odniosła sukces. My półtora temu wylądowaliśmy z Doktorem na festiwalu Top Trendy, nawet nagrodę dziennikarzy tam dostaliśmy. Ale ja nie o tym chciałem. Otóż na tym festiwalu wręczałem Piotrkowi Roguckiemu z Comy nagrodę dla jednego z dziesięciu artystów, którzy sprzedali w Polsce najwięcej płyt. Takie Top Ten. I co się okazało? Że na dziesięciu artystów na liście są Coma, Hey, Kazik na Żywo i Marysia Peszek – artyści, o których można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że są komercyjni. Oto czwórka poszukujących własnego języka muzyków okazuje się najlepiej sprzedającymi się artystami w Polsce, to chyba nie jest tak źle. Może jednak istnieje u nas grono osób, które chce słuchać dobrej muzyki. Zupełnie nie przeszkadza mi, że wtedy na pierwszym miejscu był Artur Andrus. Super – ma swoją kabaretową publiczność i tylko tego mu gratulować. Nie mam nic przeciwko temu, że sukcesy odnosi Kamil Bednarek – też ma swoją publiczność. Ludzie lubią często uogólniać i narzekać – że w Polsce nie sprzedaje się dobra muzyka itp. Ale to nie jest prawda. Czterech artystów poszukujących na szczycie list sprzedaży temu przeczy.

Prościej jest przecież narzekać, niż przyjrzeć się faktom a potem dyskutować.

Podobnie jest w kinie. Popatrz na przypadek Smarzowskiego. Kiedy Wojtek zaczynał, wszystko robił pod prąd. Nigdy nie patrzył na słupki oglądalności, nigdy nie myślał o tym czy odniesie sukces. I co? I nagle okazało się, że choć Wojtek walczył z trendami, to one dopasowały się do niego. I teraz Smarzowski jest siłą napędową polskiego kina. Nigdy nie zapomnę jak przy premierze „Drogówki” zjechałem do Warszawy ze swojej wsi, idę przez miasto, a tam wszędzie na billboardach „Drogówka” Smarzowskiego, wypłacam w bankomacie pieniądze: „Drogówka” Smarzowskiego. To był ten moment, kiedy Wojtek stał się już rozpoznawalną marką i był wszędzie. Ale dotarł na szczyt nie przez to, że dawał ciała, że rozmieniał się na drobne. Przeciwnie – robił wszystko po swojemu i w zasadzie wydawałoby się, że wbrew sukcesowi.

Dobrze, że wspominasz „Drogówkę” – pamiętasz jak wcześniej dystrybutor promował „Dom zły”?

Aaaa tak – polskie „Fargo”!

Dokładnie! „Drogówka” już takiej promocji, w której przykleja ci się cudze nazwisko, żeby łatwiej skojarzyć nie potrzebowała. To po prostu był film Wojtka Smarzowskiego.

Oczywiście – tym bardziej, że skojarzenie z „Fargo” było o tyle odległe, co absurdalne. Że niby, co, jak w filmie pojawia się kobieta w ciąży i jest śnieg to od razu bracia Coen? Ale po sukcesie „Domu złego” Wojtek już nie potrzebuje łatek. To po prostu Smarzowski, choć przecież nic a nic się nie zmienił. Więcej „Pod mocnym aniołem” było filmem tak mocnym, że „Drogówka” przy nim wyglądała jak komedia romantyczna. I ja się z tego cieszę. Cieszę się, że właśnie takie kino artystyczne, staje się nagle kinem komercyjnym i to najlepiej sprzedających się w tym kraju.

Więc może zastanawianie się nad tym gdzie kończy się bycie artystą niezależnym a gdzie zaczyna bycie komercyjnym nie ma sensu?

Może nie ma. Może ta granica tak naprawdę przebiega w głowie?

Póki robisz swoje i nie masz problemu z patrzeniem sobie w twarz w lustrze to chyba jest dobrze.

Otóż to. Ale są rzeczy, na które trzeba uważać. Poza tym będąc artystą rozpoznawalnym stajesz się osobą publiczną, a co za tym idzie ocenianą przez ludzi. I tu pojawia się problem – bo bardzo często to, co myślisz o sobie, ma się nijak do tego co myślą o tobie inni. Jak oni odbierają twoje decyzje artystyczne.

Ale chyba nie oglądasz się na to, co inni powiedzą?

No nie. Ale echo tego, co mówią potrafi wrócić.

Pamiętam, że po tym jak pierwszy zgodziłeś się wystąpić w reklamach banku posypały się oskarżenia, że się sprzedałeś itp. Mało, kto komentował wówczas twój występ w kategorii właśnie sukcesu. Bo w końcu, kiedy wówczas niszowy aktor, który częściej udziela się w teatrze niż w komercyjnym kinie nagle staje się twarzą wielkiej kampanii to jest sukces. Ktoś musiał uwierzyć w to, że twoja twarz przekona klientów.

Teraz musielibyśmy zacząć dyskusję o zawiści, łatwym ocenianiu i szufladkowaniu… Szkoda naszego czasu.

To inaczej, przyglądając się twojej karierze od trudnych początków, przez teatr, granie w serialach, po twój dzisiejszy status jednego z najbardziej rozpoznawalnych artystów w Polsce wcale nie musimy sięgać po ani Sonic Youth ani Smarzowskiego – sam jesteś idealnym przykładem artysty, który zachowując niezależność stał się gwiazdą.   

Nie mogę chyba potwierdzić, bo wyszedłbym na nieskromnego (śmiech) Powiem zatem tak: w tyle głowy mam taką czerwoną lampkę, syrenę awaryjną, która daje o sobie znać, kiedy dzieje się coś co może mi nie do końca pasować. Uruchamia się czasami w przypadku telewizji śniadaniowych i podobnych działań marketingowych, a czasami, gdy czytam scenariusz. Tak już mam i to jest mój bezpiecznik – taki znak, żebym nie brnął, bo może się źle skończyć.

A pamiętasz, kiedy pierwszy raz się pojawiła?

Oczywiście – aspirant Rysio i serial „Posterunek trzynasty”. Po tym serialu przez kilka lat nie mogłem znaleźć pracy, bo wszyscy kojarzyli mnie z kudłatym debilem z Polsatu, w efekcie prowadziłem jakieś programy kabaretowe. Wtedy zrozumiałem, że twarz mam tylko jedną i muszę bardzo ostrożnie podchodzić do ról, które wybieram. Kolejny raz po „Posterunku…” podobną akcję przeżyłem w roku 2006, ale tym razem w teatrze. Otóż napisałem rock operę „Hańba Tupelo” opartą na piosenkach Nicka Cave’a. Udało mi się nakłonić do udziału w niej Tymona i Marysię Peszek, a że brakowało nam kasy, to nawet szukaliśmy z Tymonem sponsorów. W końcu udało nam się przekonać do wystawienia sztuki dyrektora Teatru Studio. Moja rock opera miała mieć premierę na wiosnę, a dwa czy trzy miesiące wcześniej wyreżyserowałem w Warszawie w Teatrze Bajka zupełnie inne, komercyjne przedstawienie, czyli moją adaptację „Goło i wesoło”. Prosta sztuka, ale zabawna i niegłupia. Okazała się sporym sukcesem, grają ją do dziś. W każdym razie chcąc pokazać dyrektorowi jak sobie radzę w teatrze jako reżyser zaprosiłem go na to „Goło i wesoło”. Przyszedł. Po tygodniu zaprosił mnie do siebie. Rozmowa była krótka: panie Arku po tym, co zobaczyłem, nasza umowa przestaje obowiązywać. Oniemiałem. Bo? – pytam. – Bo musi się pan zdecydować czy robi spektakl artystyczny czy takie coś jak „Goło i wesoło”. Mówię, że to jakaś paranoja, że reżyser jest od tego, aby sprawnie potrafił żonglować między gatunkami, pytam co się zmieniło, skoro jeszcze tydzień temu, chciał abym robił spektakl w jego teatrze… Ale nic to nie dało. Premierę spektaklu odwołał i tyle. A ja po tej nauczce i po „posterunku” zanim wejdę w jakiś projekt, długo się zastanawiam…

Kiedy pierwszy raz pokazałeś się z Doktorem Misiem, pojawiły się głosy, że to taki eksperyment faceta po czterdziestce i nie należy tego traktować na poważnie.

A co mam kłamać, że to nie była fanaberia faceta po czterdziestce? Przychodzi taki moment w życiu każdego faceta, że nie możesz zasnąć, dopada cię depresja, jest źle. Możesz albo kupić sobie super brykę, znaleźć młodszą pannę, zapić się na śmierć, albo… możesz założyć rockowy zespół. Najpierw dla zabawy, bo kochasz muzykę od zawsze, a twoim marzeniem było granie w zespole, a potem, kiedy okazuje się, że ta zabawa podoba się innym i coraz więcej osób przychodzi na twoje koncerty, fanaberia zamienia się w realny, poważny twór. Doktor Misio jest na poważnie – dokładnie tak jak mówiłem ci o tym na początku naszej rozmowy.

Na ile aktorskie wykształcenie pomaga ci na scenie?

O tyle mi pomaga, że na koncercie się nie krępuję, nie wstydzę. Może mam większą zdolność do kontaktu z ludźmi, ale to są szczegóły. Kiedy wchodzę na scenę, to nie wchodzi tam Jakubik aktor, tylko facet, który zatraca się w tym, co robi na scenie. Tak mocno się zatraca, że na końcu dwa kilogramy chudszy, z zarżniętym gardłem, mroczkami przed oczyma, zamienia się w worek śmieci. Techniczni powinni wynosić ze sceny moje zwłoki.

Wiesz, że proponując pisanie tekstów Krzyśkowi Vardze spełniłeś także jego małe marzenie…

Wiem. Mówił mi to ostatnio. Nigdy nie sądził, że będzie w stanie pisać piosenki, a tak jak ja kocha muzykę… I stało się.


Nagrałeś drugi album udowadniając złośliwym, że jednak kochasz muzykę a Doktor Misio to poważny zespół. To ja na koniec zapytam się tak – a gdzie ten twój drugi reżyserski film?

Zdjęcia mają ruszyć jesienią. Tyle, że „Prosta historia o morderstwie” będzie zupełnie innym filmem niż mój debiut – „Prosta historia o miłości”. Opowiada o przemocy domowej w garniturze kryminalnego thrillera. Podręcznikowy longline, czyli jedno zdanie, które pokazuje się producentowi, żeby przekonać go do przeczytania scenariusza w tym wypadku brzmi: „napiętnowany przemocą domową syn, zamienia się w ojca bandytę”. I mimo że padają na samym początku dwa trupy, to film mocno zaangażowany społecznie. Dotyka problemów, które w naszym kraju wciąż zamiata się pod dywan.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Komentarz
  • mr h..j
    18 lutego 2015 at 23:54
    Skomentuj

    Którędy poszedł Dr Misio… pozdrawiam drużynę pierścienia

  • Dodaj komentarz