fot. szymon kobusinski
wywiady

Anna Fryczkowska – nie każda pisarka nadaje się na gwiazdę [wywiad]

Pisała seriale takie jak choćby „Przystań”, wydała sześć powieści, a najnowsza siódma niedawno trafiła do księgarni. Z okazji premiery „Sześciu kobiet w śniegu {nie licząc suki)” Anna Fryczkowska opowiada nam o schematach w prozie kobiecej, tym dlaczego krytycy traktują piszące panie nieładnie i detronizowaniu królowej kryminału.

Dzika Banda: Literatura kobieca to…

Anna Fryczkowska: No właśnie. Kobieca czyli jaka?

Nie wiem – ciebie pytam.

Ale chodzi o adresata? O postaci? O autorkę? Na świecie istnieje gatunek chick-lit. Popularny gatunek, o powieściach z tego nurtu piszą również prestiżowe gazety i magazyny. U nas odpowiednikiem chick-litu jest literatura kobieca. Z tą różnicą, że w Polsce nie piszą o niej poważne tytuły. A przepraszam – piszą, ale tylko wtedy, kiedy chcą ją wyśmiać.

Przeszkadza ci taka łatka – literatura kobieca?

Teraz, gdy piszę kryminały, trochę trudniej ją przykleić. Kiedy pisałam powieści obyczajowe – tak, przeszkadzała mi, bo z miejsca byłam wrzucana do worka „literatura kobieca – literatura zła”. To bolesne i głęboko niesprawiedliwe, bo pisałam powieści obyczajowe, ale tylko przez to, że jestem kobietą, byłam kategoryzowana jako „proza kobieca”. Mężczyźni, którzy piszą podobne powieści w Polsce nie są wrzucani do tego worka.  O ich książkach można pisać w recenzjach – „literatura obyczajowa”.

Dyskryminacja ze względu na płeć?

Płeć na pewno nie ułatwia. Możemy mówić o tym, że walczymy o prawa kobiet, możemy mówić o tym, że z kobietami się solidaryzujemy, ale w literaturze – co to, to nie. Płeć wciąż stanowi żelazną granicę. Jest literatura i jest literatura kobieca. Literaturę piszą panowie.

Może to wynika z faktu, że w większości gazet, tygodników i magazynów szefami są mężczyźni?

Być może.

W swojej najnowszej powieści „Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)” nie zostawiasz suchej nitki na koleżankach po piórze.

Bez przesady. To nie jest żadna powieść z kluczem.

Ale pojawiają się postaci, które bezpośrednio odnoszą się do tego co w Polsce popularne.

Nie chciałam rozliczać się z koleżankami ani środowiskiem. Jeśli już to z mechanizmem tworzenia gwiazd w Polsce.  Co trzeba zrobić, co trzeba w sobie mieć, żeby się udało…

Z każdego można zrobić gwiazdę?

Nie. Ale z Kasi Bondy spokojnie można było. Z Elżbiety Cherezińskiej w zupełnie inny sposób, ale też. Ale nie każda pisarka nadaje się na gwiazdę i to trzeba sobie otwarcie powiedzieć.

A z czego to wynika?

Z braku szczególnego medialnego talentu.

Do sprzedawania się?

Do pokazywania się, do opowiadania anegdot/ Nie wystarczy dobrze pisać, trzeba również umieć dobrze mówić. Nie możemy także bagatelizować wyglądu. Gdyby Kasia Bonda miała sześćdziesiąt lat i kurzajki, kamera nie kochałaby jej, tak jak kocha.

Nie przemawia przez ciebie odrobinę kobieca zawiść? Dla przeciwwagi – dajmy na to taką Charlaine Harris w USA. Ona nie przypomina okładkowej blondynki, a jednak świetnie się sprzedała.

A skąd – jaka zawiść? Mówimy o czymś, co pomaga zostać zaakceptowanym przez media. Niezła aparycja w świecie zdecydowanie nie przeszkadza. Zaś Stanów bym tu nie mieszała. To jednak o wiele większy rynek, zupełnie inne możliwości. A wracając do „Sześciu kobiet…” to powieść, w której jedna z bohaterek wymyśla sobie plan, jak zdetronizować królową kryminałów, i wprowadza go – z sukcesem – w życie.

Mówisz, żeby nie mieszać w to Stanów, ale polskie strategie marketingowe nie biorą się z powietrza – są lokalną wariacją na światowe trendy.

Ależ oczywiście że są. Z tym, że nasz rynek jest stanowczo za mały, aby istniało na nim tylu pisarzy co w USA. Dlatego niektóre zjawiska u nas będą nieobecne. Za mało osób kupuje książki, za mało wydawców chce inwestować w promocję.

Wróćmy do zawiści jednak. Mam wrażenie, że jednak w środowisku literackim zawiść jest dość częsta.

Szczerze – ja, w środowisku, zetknęłam się z czymś zupełnie przeciwnym. Mam całą paczkę kumpelek pisarek. Nie zazdrościmy sobie, wspieramy się. Świat jest mało przyjazny dla piszących kobiet, więc my jesteśmy przyjazne dla siebie wzajemnie.

Patrząc na to co dzieje się w Polsce na rynku wydawniczym kobiety są jednak w lepszej sytuacji niż faceci. Więcej sprzedajecie, zajmujecie więcej powierzchni w pismach itp. Ale to nie są te pisma, na których wam zależy i wychodzi na to, że zamiast cieszyć się z tego, że posiadacie własne festiwale, macie swoją publiczność i sprzedajecie więcej powieści w Polsce niż mężczyźni, obrażacie się i ambicjonalnie traktujecie niechęć krytyków.

Znowu mówisz do mnie „wy”. Zresztą nie patrzyłam na to z tej strony.

Znaczy z której?

Że kobiety więcej sprzedają, ale marzą o uznaniu przez krytyków, którzy są w większości płci męskiej.

To źle?

Dobrze.

Mówisz, że „Sześć kobiet…” to nie powieść z kluczem, ale mi wydaje się, że udało ci się w niej odmalować świat kobiet i kpić ze stereotypów.

Bo tak jest. Kiedy kilka kobiet spotyka się, zaczyna gadać i wyrzucać z siebie żale, robi się gorąco. Zwłaszcza w sytuacji, gdy tuż obok leży trup.

I tu dochodzimy chyba do rzeczy kluczowej w złym traktowaniu prozy kobiecej. Ty u siebie kpisz ze stereotypów. Ale nie każdy to potrafi. I to widać w wielu powieściach sygnowanych przez panie. Że utykają w telenowelowym świecie jasnych podziałów. A tego żaden literacki krytyk nie doceni, tak samo jak żaden filmowy krytyk nie doceni „Klanu” czy „Na wspólnej”.

I tu masz rację. Ale to nie dotyczy tylko piszących kobiet. Literatura gatunkowa zawsze porusza się w obrębie schematów. Z tym, że piszące panie często boją się z nich wyskoczyć, podporządkowując się literackim trendom. Kiedyś była moda na dworki i spadki, teraz jest moda na samotne dziewczyny w pociągu. Takie powieści produkuje się masowo i nie zawsze dobrze. Powstają powieści sztuczne, opowiastki ku pocieszeniu serc, ale o ładunku emocji mniejszym niż bajki. Z bajek przynajmniej  płynie jakiś morał, z wielu powieści obyczajowych nie płynie nic. Dlatego ja wolę się schematami bawić. Bawię się też formą kryminału, jak w „Sześciu kobietach w śniegu”, gdzie wywracam na drugą stronę formułę „zamkniętego pokoju”. Kiedyś napisałam powieść kryminalną „Kobieta bez twarzy” bazującą na motywie – kobieta z miasta jedzie na wieś w poszukiwaniu spokoju, sielskości i ewentualnie narzeczonego, ale u mnie tego nie znajduje, bo swoje piekło przywiozła ze sobą.

Jeśli w polskich serialach obyczajowych kształcimy taką a nie inną wizję świata (czyli np. „Barwy szczęścia” jako modelowy przykład opowieści o kobietach), to nie powinno dziwić cię, że czytelniczki, które w ogromnej mierze swój gust i zapotrzebowania na historie opierają na tym co widzą w telewizji, pragną sztampowych powieści. Krąg się zamyka, bo krytycy takich nie chcą.

Pewnie, że jest to krąg zamknięty, pewnie że w obrębie schematów łatwiej się żyje i pisze. Ale uwierz mi: krytycy też działają na poziomie pewnego schematu. Kiedy agorowe „Książki” schlastały pisanie Ficner-Ogonowskiej jako sztandarowy przykład prozy kobiecej, skazali na wyśmianie wszystkie powieści obyczajowe pisane przez kobiety. Co jest o tyle krzywdzące, że nikomu nie chciało się sprawdzić, jak naprawdę powieści pisane przez kobiety są różnorodne, i jakie można tam perły znaleźć. A poza tym naprawdę głęboko wierzę, że następuje pokoleniowa zmiana pośród czytelników. Pojawiła się już grupa czytelniczek, która ogląda „Detektywa”, „Fargo” i od literatury kryminalnej nie chce odtwórczego czytadła, a zabaw z gatunkiem. Mam nadzieję, że ta grupa będzie rosła i będzie coraz silniejsza. Oczywiście TVP wciąż twierdzi, że nie jest to na tyle silna grupa, aby ją dopieszczać, ale już Canal Plus dla przykładu z „Belfrem” idzie w tę stronę. W stronę odbiorców, którzy chcą czegoś więcej. Jeśli zatem film jest tak trendo-, czy opiniotwórczy, to istnieje ogromna szansa, że jakość pisania także się zmieni.

 

 

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz