Andrew Lincoln as Rick Grimes - The Walking Dead _ Season 7, Episode 12 - Photo Credit: Gene Page/AMC
wywiady

Andrew Lincoln: No More Mr. Nice Guy [wywiad]

Świat znał go z ról miłych zakochanych panów, jak choćby bohater „To właśnie miłość”, ale Andrew Lincoln powiedział dość. Dlatego zdecydował się opowiedzieć Dzikiej Bandzie o polowaniu na zombie, duchach i bracie nauczycielu.

Dzika Banda: „Żywe trupy” trupami, ale to nie twoje pierwsze spotkanie z serialowym horrorem. W Wielkiej Brytanii zagrałeś głównego bohatera w świetnym serialu „Alterlife”.

Andrew Lincoln: I w Polsce ktoś zna ten serial! Super. „Aferlife” to było moje oczko w głowie, takie ukochane dziecko. Nawet nie wiesz jak mi miło. „Afterlife” było wyzwaniem tak dla producentów, jak dla nas – obsady. Chcieliśmy, żeby ten serial był na wskroś brytyjski, osadzony w tradycji brytyjskich ghost stories, ale też i atrakcyjny wizualnie dla publiczności, która zupełnie nie zna tej estetyki. Lesley Sharp, czyli serialowa Alison będzie przeszczęśliwa jak jej powiem, że ktoś poza granicami Wielkiej Brytanii zna nasz serial.

Krytycy określali go mianem brytyjskiej odpowiedzi na „Z archiwum X”.

Nigdy nie było takiej intencji – przynajmniej z naszej strony. To, że bohaterowie także rozwiązywali paranormalne zagadki nie jest wystarczającym wspólnym mianownikiem. A że krytycy tak „Afterlife” widzieli… No cóż ja pocznę na krytyków… Swoją drogą nie czytam recenzji, więc do tej pory nawet o takim porównaniu nie wiedziałem. Ale wiesz, co teraz dopiero zauważyłem pewną dziwną prawidłowość w mojej karierze – każdy tytuł, który był jakimś przełomem w moim życiu wiąże się z życiem. Najpierw był serial „This Life”, potem „Afterlife” a teraz „The Walking Dead” (śmiech)…

“The Walking Dead”, czyli “Żywe trupy” okazało się spektakularnym hitem, ale zanim przejdziemy do twoich oczekiwań i tego jak bardzo przekroczyły one najśmielsze marzenia, powiedz, czym różni się dla ciebie – aktora niezwykle obytego w brytyjskich serialach – praca na planie wielkiej amerykańskiej produkcji?

Na początku to szok. W Wielkiej Brytanii plan jest mały, aktorzy się znają a wszystko zazwyczaj przebiega w rodzinnej atmosferze – czyli są kłótnie, awantury, jak to w rodzinach bywa, ale generalnie szybko dochodzimy do porozumienia. Tu jest inaczej. Sama praca, czyli granie nie różni się niczym, ale już otoczka jej jest inna, bardziej techniczna. Wszystko jest rozpisane niemal, co do minuty, na początku nikt się nie zna, ekipa jest gigantyczna a praca bardzo skoncentrowana. Trochę to wygląda tak jakbyś wszedł do zupełnie obcego domu – na początku czujesz się nieswojo, ale im częściej tam przebywasz, tym lepiej poznajesz ludzi, dom i zaczynasz czuć się jak u siebie.

Pamiętam jak Bruno Heller, Brytyjczyk z krwi i kości opowiadał mi o tym, że język angielski, mimo iż to wasz wspólny język okazał się w Stanach największą przeszkodą.

Oto narody podzielone przez wspólny język – kiedyś powiedział tak Winston Churchill. I to święte słowa. Akcenty, sposób używania tych samych słów, które mają zupełnie inne znaczenie… To na początku zawsze komplikacja, ale szybko można się przyzwyczaić. Ale wracając do pracy na planie. U nas w Wielkiej Brytanii kręcenie serialu, choć jest poważną rzeczą, która ma przynieść dochód, wciąż jest czymś bardziej wyluzowanym niż w Stanach gdzie jednak biznes to biznes a zabawa zaczyna się po skończonych zdjęciach.

Spodziewałeś się, że „Żywe trupy” odniosą taki sukces?

Czy się spodziewałem, że aż taki, nie. Skłamałbym gdybym nie powiedział, że nie miałem wielkich oczekiwań względem tego serialu. Poza granicami Wielkiej Brytanii do tej pory byłem znany, jako ten zabawny i miły chłopak, który zawsze zakochuje się w komediach romantycznych w nieodpowiednich dziewczynach. Taką łatkę przyklejono mi po sukcesie „To właśnie miłość” i nie mogłem się od niej uwolnić. Rola Ricka Grimesa była szansą na zmienienie tego stanu rzeczy.

Rozmawiałeś z prawdziwymi szeryfami?

No ba, oczywiście. Ale przygotowując się do roli więcej czytałem powieści o szeryfach z Południa Stanów i słuchałem amerykańskiej muzyki z tamtego rejonu, aby poczuć przestrzeń, która będzie mnie otaczać. Południe to w końcu wielka, dzika przestrzeń.

Czytałem gdzieś, że porównują twoją rolę do roli Gary Coopera z „W samo południe”…

A widzisz to ciekawostka – sam powiedziałem kiedyś w wywiadzie, że przygotowując się do roli obejrzałem „W samo południe”, że podpatrzeć ruchy i manierę Coopera. Widać dobrze skoro mnie do niego porównują.

„Żywe trupy” to serial niebywale brutalny nawet jak na realia amerykańskiej telewizji.

Wiesz, nie mógł być inny. W końcu jestem w nim szeryfem, który chodzi w stetsonie i strzela do zombie w świecie po apokalipsie. Jakby ten serial nie był brudny i brutalny, nie miałby prawa istnieć. Ale przyznam ci się do jednego. Kiedy oglądałem pilotowy odcinek na takiej naszej wewnętrznej kolaudacji po scenie otwierającego go – z zabiciem małej zombie dziewczynki – byłem wstrząśnięty i przerażony. Inaczej wyglądało to na planie a zupełnie inaczej w filmie. Po pokazie podszedłem do Franka Darabonta i zapytałem go, czy jest pewny, że ktokolwiek to wyemituje. Roześmiał się tylko i odparł: i to z wielką chęcią! Potem zrozumiałem, o co mu chodzi – ten serial po prostu musi zachowywać pozory prawdopodobieństwa. Gdyby był cukierkowatą opowiastką pozbawioną krwi, brudu i okrucieństwa nigdy nie odniósłby sukcesu. Nawet horror o zombie musi być prawdopodobny.

I pomyśleć, że zamiast zabijać zombie mogłeś być miłym angielskim nauczycielem…

Jak mój brat!

No właśnie.

Wiesz, że on cały czas mnie namawiał, żebym został nauczycielem, a ja jego żeby rzucił ten zawód w cholerę i został aktorem. Ale to takie przekomarzanki. Mój bart jest świetnym nauczycielem, więcej – bez jego pomocy serial „Nauczyciele”, w którym grałem nie byłby tak dobry. Pomagał mi tworzyć postać no i wspierał całą ekipę.

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).