Solopan
wywiady

Agata Kulesza: Nie należę do najsłabszych

Za rolę komunistycznej pani prokurator w „Idzie” Agata Kulesza została uhonorowana nagrodą  Stowarzyszenia Krytyków Filmowych Los Angeles (LAFCA). Film  Pawła Pawlikowskiego zaś wyróżniono w kategorii najlepszy film obcojęzyczny.  A my przypominamy rozmowę z  Agatą Kuleszą, która opowiada o tym czym jest fizjonomia dla aktora i wspomina role twardych kobiet. 

Często grywa pani silne kobiety…

Agata Kulesza: I zdeterminowane…

Żeby przeżyć?

Kobiety, które grałam jak choćby Róża i Carmen, łączy jedno są ofiarami, ale bardzo silnymi. Nie poddają się, walczą o swoje. Są mają w sobie wolę walki, która pomaga im przetrwać to, co najgorsze i żyć dalej. Carmen nie tylko nie załamuje się i poddaje, ale nawet odkrywa w sobie rzeczy, o jakich do tej pory nie wiedziała. Okazuje się, że jest w stanie dla rodziny i przeżycia zamienić się w kogoś bardzo okrutnego.

W ostatnim czasie pani specjalnością stają się takie silne ofiary, kobiety, które zamiast się załamywać wciąż unoszą czoło. Jak pani sądzi, dlaczego jest pani tak obsadzana?

Wyglądam tak jak wyglądam, nie oszukujmy się. A aktorów najczęściej obsadza się zgodnie z ich fizjonomią.

Czyli jak pani wygląda?

Na pewno nie wyglądam na łagodną osóbkę. Ostre rysy twarzy, dość  niski głos – moja zewnętrzność mnie określa i pod tym kątem dostaje  często role. Poza tym prywatnie także nie należę do tych najsłabszych.

A na ile fizjonomia ogranicza aktora?

W polskim kinie ogranicza na pewno i to nie tylko od tej strony nazwijmy to emploi, czyli tego jak postrzega go reżyser.  W „Krew z krwi” pierwszy raz w mojej karierze zostałam blondynką, przedłużono mi włosy itp. Co było dość dziwnym przeżyciem, budzę się rano i widzę w lustrze inną osobę. Takie rzeczy – totalna zmiana wizerunku, zdarzają się w naszych produkcjach bardzo rzadko, bo u nas aktor jest jednak związany nie z jednym projektem, jednym filmem a wieloma. Ciągle to gra w serialu, to w teatrze i nie może sobie pozwolić na to, że nagle wejdzie na plan telenoweli ogolony na łyso czy jako blondyn bo istnieje coś takiego jak kontynuacja.

Czyli nie ma takiej możliwości żeby grać kogoś wbrew sobie?

Jest! Oczywiście, że jest i to jest wielkie wyzwanie dajmy na to dla aktorki kojarzonej z silnymi rolami, aby zagrać kogoś delikatnego , subtelnego. To także wyzwanie dla reżysera, bo musi się w dogrzebać w danej osobie pokładów ciepła czy dobroci, którego do tej pory nikt nie widział i na tym budować rolę.

Willem Defoe, który ma taką twarz a nie inną zawsze podkreślał w wywiadach, że marzy mu się, aby reżyserzy wreszcie obsadzali go w rolach dobrych ludzi, a nie tylko skończonych drani.   

Pamiętam jak się zdziwiłam, kiedy Defoe dawno temu wszedł do bufetu w Teatrze Dramatycznym . Znałam go głównie właśnie z ról drani, a przede mną stanął niezwykle ciepły, miły człowiek, który w strasznie sympatyczny sposób powiedział „hey”. Biła od niego skromność i łagodność a przecież to  był słynny Bobby Peru z „Dzikości serca”! Tak, wygląd zewnętrzny bardzo silnie nas, aktorów określa. A propos zmian wizerunkowych pamiętam anegdotę związaną z filmem „Piękny umysł”, w którym grał Russell Crowe. Ponoć  wymyślił sobie, że grana przez niego postać ma piękne dłonie. I co? I zrobiono mu specjalne nakładki przedłużające palce. U nas takie rzeczy są jeszcze absolutnie niemożliwe. I to nie dlatego, że nie mamy fachowców. Mamy. Przyczyna jest prozaiczna – pieniądze.

Mówiąc o wydłużaniu i Willemie Defoe. W rozbieranych scenach w „Antychryście” ponoć wybierał dublera, który będzie miał bardzo dużego penisa.

Ach te męskie marzenia.

A wracając do polskich realiów i tego golenia głowy…

Które może sprawić, że ktoś nie będzie pasował do roli jaką gra w serialu. Niestety nie mieszkamy i nie pracujemy w kraju, w którym po zagraniu w jednej znaczącej fabule można nie pracować przez rok. Film nie daje takiej możliwości. W teatrze gramy zazwyczaj przez to, że kochamy to robić a nie dla pieniędzy, bo proszę mi uwierzyć nie mówię tego złośliwie, ale tam zarabia się naprawdę małe pieniądze. Zostają więc seriale, jako główne źródło dochodu. I nie chodzi o to, że teraz narzekam na to jak mam źle. Nie. Nie mam źle, powiem więcej mam  bardzo dobrze. Tylko muszę przez cały czas pracować, żeby utrzymywać się na określonym poziomie. Chciałabym, żeby po zagraniu w jednym filmie mogła zrobić sobie długą przerwę i za rok znów w czymś zagrać. I nie chodzi tu o lenistwo, ale o jakość. Bo przecież o wiele bardziej komfortowo czuje się aktor, który ma czas na poważne zagłębienie się w rolę, zrozumienie jej, jak i później na zapomnienie o niej – w sensie zrestartowanie się po filmie i rozpoczęcie pracy nad nową ze świeżą głową.

Po „Róży” nie mogła pani sobie zrobić roku przerwy?

Oj, chyba nie. Bardzo bym schudła.

Czym się dla pani różniło granie w takim serialu jak „Krew z krwi” od powiedzmy „Pensjonatu pod Różą”?

„Krew z krwi” to przede wszystkim serial skończony, dostałam scenariusz do ośmiu odcinków i znałam całą konstrukcję psychologiczną mojej postaci. Wiedziałam, kim jest na początku, co przeżyje i kim się stanie. Dlatego przypomina bardziej film fabularny niż serial. W serialach telewizyjnych, które ciągle się rozwijają i ciągle piszą o tym, co dzieje się z moją postacią dowiaduje się z dnia na dzień. Co nie zmienia faktu, że bardzo lubię grać w serialach i staram się w nich dawać z siebie wszystko. Ale była też jedna zabawna rzecz związana z „Krwią z krwi” otóż, kiedy zaczynaliśmy kręcić w plenerze, musieliśmy na samym początku nakręcić sceny końcowe z serialu i tym sposobem musiałam przewidzieć i próbować dopasować się do tego, kim moja bohaterka się stanie, zanim to zagrałam.

A jak pani myśli czy Polacy, naród, który jest wychowywany na telenowelach jest gotowy na takie zamknięte historie, seriale, które nie ciągną się jak tasiemiec a stanowią zwartą całość?

Myślę, że tak. U nas to jest trochę tak, że stacje telewizyjne przyzwyczaiły widzów do tasiemcowych seriali, bo kręcenie takich w perspektywie czasu jest bardziej korzystne. Jeśli serial zaskoczy, stanie się popularny, to przecież nie ma sensu zarzynać kury znoszącej złote jaja. Rozumiem takie biznesowe podejście, bo każda stacja musi zarabiać, to czysta ekonomia. Jego złą stroną jest to, że dzisiejsi widzowie nie są przyzwyczajeni do zamkniętych fabuł. A przecież kiedyś byli, kiedyś rekordy popularności biły takie seriale jak choćby „Noce i dnie”.

A dlaczego pani lubi grać w serialach?

Bo to trochę taki poligon, na którym w ekspresowym tempie aktor uczy się pracy. I nie mówię tu tylko o aktorskim warsztacie, ale rzeczach wydawałoby się oczywistych, ale wcale nie tak prostych. Człowiek uczy się sprawnego obcowania z kamerą. Oczywiście serial nie jest moją przygodą artystyczną, bardziej ćwiczeniem, trenowaniem, ale nie ukrywam bardzo przyjemnym.

Czy wam profesjonalnym aktorom nie jest trochę przykro, że jednak w tasiemcowych serialach bardzo często grają amatorzy, których tabloidy bardzo szybko okrzykują mianem „aktorów”? Bo to jednak w dużej mierze amatorzy stali się w Polsce wizytówkami polskiego aktorstwa.

Nie aktorstwa a seriali. Są często ludźmi, którzy promują produkt a nie swoje zdolności. Akurat z tym nie mam problemu. Widocznie takie jest  zapotrzebowanie. Daleka jestem od weryfikowania czyichś zawodowych predyspozycji, jeśli coś robi dobrze, albo po prostu ludzie go za to, co robi kochają to niech to robi. Przecież na całym świecie istnieje taki podział na gwiazdy, które są celebrytami, promują sobą seriale czy inne produkty i tych, którzy po prostu świetnie wykonują swoją robotę. Za to, kto, w czym gra odpowiedzialność ponosi producent, który podejmuje decyzje, że chce, aby w jego filmie czy serialu grała taka a nie inna osoba. Ale podkreślam jeszcze raz – obsadzanie filmów i seriali przez amatorów nie oznacza automatycznie, że spada, jakość produktu. Czasami zwiększa to jego atrakcyjność.

Pani prawie została celebrytką. Wzięła pani udział w „Tańcu z gwiazdami”…

I nie zostałam celebrytką. Nie łapię się na tę listę, bo prowadzę trochę  inny tryb życia .

Fakt, trudno coś o pani znaleźć na „Pudelku”.

Pewnie coś by pan tam znalazł ale po co, skoro dotarł pan do mnie z zupełnie innego powodu.

(rozmowę przeprowadzono i autoryzowano w 2012 roku)

Kategorie
wywiady
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz