większe kawałki

Adam Cohen: Życie z Leonardem Cohenem

 

 

Adam, syn Leonarda Cohena jesienią wyda nowy album. „We Go Home” to płyta, którą muzyka nagrał dosłownie w domu – na greckiej wyspie Hydra, gdzie u boku ojca spędził młode lata. Nam opowiada o życiu u boku Leonarda i tym jakim był tatą niebywale popularny w Polsce poeta i pieśniarz.

 

 

Taka scena powinna zamykać filmową biografię Leonarda Cohena. Duszne popołudnie w Los Angeles, przy stole w pokoju gościnnym siedzą trzy osoby. On najstarszy, już poważnie łysiejący Leonard, po jego prawej stronie syn Adam, po lewej wnuk. Adam nerwowo z ręki do ręki przekłada pilota od odtwarzacza CD. W końcu zbiera się na odwagę i wciska klawisz „play”. Pokój wypełniają pierwsze takty piosenki „Out of Bed”. Leonard się wzrusza, może nawet płacze, mały za to podskakuje na krzesełku uderzając o blat stołu plastikową łyżką.

Tego popołudnia Adam Cohen (pierworodny Leonarda urodzony 1972 roku) pierwszy raz zaprezentował ojcu piosenki, które napisał składając mu hołd. Rzecz miała miejsce w  2011 roku, a Adam po raz pierwszy w życiu poczuł, że wszystkie klocki w układance jego życia właśnie się do siebie dopasowały. – Całą muzyczną karierę uciekałem przed etykietką „syn Leonarda Cohena”, teraz postanowiłem przestać uciekać a stawić temu czoła – opowiada. To wyznanie nie przychodzi mu łatwo. Zanim to powie, długo milczy, trochę kłamie a trochę unika odpowiedzi. – Nie zrozum mnie źle. Zawsze wielbiłem twórczość ojca. Po prostu nie chciałem, aby ludzie mówili, że z takim nazwiskiem poszedłem na łatwiznę i gram miłosne ballady w stylu ojca. Dlatego szukałem swojego języka, broniąc się z całych sił przed tym co mamy we krwi, czyli opowiadaniem historii w gitarą w tle. – kontynuuje.

I faktycznie od swojego płytowego debiutu w 1998 roku Adam usilnie próbował być gwiazdą pop rocka. I choć odnosił w USA, Kanadzie i Francji całkiem spore sukcesy (od entuzjastycznych recenzji w „The New York Times” po radiowe przeboje „Eleanor” i „Cry Ophelia”) to wielką gwiazdą nie udało mu się zostać. Co więcej po premierze francuskojęzycznej płyty „Melancolista” (2004) rozczarowany przebiegiem swojej kariery postanowił wycofać się z branży. – Stanąłem pod murem – wspomina – Ludzie byli rozczarowani brzmieniem moich płyt, bo spodziewali się, że będą bardziej posępne, smutne, a ja z kolei nie chciałem być posępny i smutny. Im silniej odcinałem się od rodzinnych tradycji, tym bardziej byłem odrzucany. A co najgorsze poczułem, że to co robię wcale nie jest mi bliskie.  I przestałem.

Oczywiście przez kilka lat nieobecności na rynku płytowym Adam grywał sporadyczne koncerty, ale  przede wszystkim skoncentrował się na rodzinie i ojcu. – Kiedy tata po wyjściu z buddyjskiego klasztoru odkrył, że został okradziony (przez wieloletnią agentkę Kelley Lynch) musieliśmy mu pomóc. Ludziom może się wydawać, że jak się jest dzieckiem gwiazdy i pochodzi z rozbitej rodziny to pewnie ojciec musi być dla dzieci kimś obcym, facetem który tylko przysyła czek. Nic z tych rzeczy Leonard Cohen był zawsze przede wszystkim ojcem, zawsze znajdował dla nas czas i zawsze otaczał opieką. Dlatego wspólnie z siostrą rzuciliśmy wszystko aby wyciągnąć go z naprawdę parszywej sytuacji. – opowiada Adam.

To Adam z Lorcą (urodzona 1974) wpadł na pomysł alby stworzyć objazdową wystawę poświęconą pracy ojca a Lorca zaś przez pięć lat towarzyszyła ojcu jako fotoreporterka w koncertowych trasach. Teraz już nie może, bo urodziła dziecko, które wychowuje na greckiej wyspie Hydra, ulubionym miejscu Leonarda.  Bliskość z ojcem sprawiła, że po siedmiu latach przerwy Adam znów sięgnął po gitarę. – Problem z moim ojcem polega na tym, że on jest aż nazbyt idealny. Nigdy w niczym mnie nie skrytykował, zawsze chwalił, zawsze wszystko co robiłem było świetne. Być może gdyby jakiś czas temu powiedział mi, Adam weź się nie wygłupiał z tym popem, moja kariera wyglądałaby inaczej, ale on jest na to zbyt poczciwy. Dlatego gdy zacząłem pisać piosenki nie tylko w jego stylu, ale i dla niego, bałem się mu je pokazać, bo zaraz mi powie że są genialne. A przecież wiedziałem, że takie nie są. – Wyznaje. – Pokonałem ten lęk, tłumacząc sobie, że nawyków starszego mężczyzny już nie zmienię. Ojciec już taki musi być.

Adam pojawił się na świecie gdy Leonard miał już 38 lat, na koncie trzy dobrze przyjęte płyty, dwie powieści i cztery tomiki wierszy. Był postacią znaną, cenioną oraz posiadającą reputacje melancholijnego bawidamka. Ówczesna partnerka  Cohena Susanne Elrod (poznali się podczas zlotu scjentologów na który przyjechał Leonard poszukiwaniu religii, w którą mógłby wierzyć) była absolutnym zaprzeczeniem charakteru Cohena. Podczas kiedy on uwodził smutkiem i wyciszeniem, ona była wulkanem energii i seksu. Gdy tylko Leonard próbował, tudzież wykonywał skok w bok, ona odpłacała mu się trzy razy mocniej. To jednak Susanne podjęła decyzję o posiadaniu dziecka. Miało ono scementować ich szalony związek.

Pierworodny syn poety urodził się w Montrealu, podczas kiedy on był w trasie koncertowej i kolejnym pogłębiającym się haszyszowo-depresyjnym ciągu (spowodowanym śmiercią nagłą przyjaciela). Narodziny Adama uspokoiły na chwilę skołataną i nękaną wewnętrznymi demonami duszę Cohena. Wsiadł w samolot i poleciał zobaczyć syna.

– Znam wiele historii o tym jak ojciec się zachowywał, jak popadał w stany apatii i depresji czy uwodził swoje chórzystki. Oczywiście zrozumiałem je wszystkie dopiero dużo później, gdy nie byłem już dzieckiem, ale dla mnie najważniejsze zawsze było to, że przy nas nigdy zachowywał się w taki sposób. Był tatą, który dużo nam czytał, rysowaliśmy wspólnie obrazki i pisali piosenki a nawet raz próbował nas zahipnotyzować (śmiech).

Kiedy Adam zorientował się, kim jest jego tata? – Gdy miałem pięć lat, jakoś tak, nagle dotarło do mnie że przychodzą do nas ludzie, którzy darzą go szacunkiem, mówią o jego muzyce, poezji, proszą o autografy. Wtedy okazało się, że on prowadzi jakby dwa życia. Jest tatą i Leonardem Cohenem. Narodziny siostry Adama miały ostatecznie udowodnić Susanne, że stanowią idealną parę. Niestety tak się nie stało. Zmęczona życiem u boku Cohena zabrała dzieci i pod koniec lat 70. wyjechała z Grecji (gdzie przez lata rezydował Cohen) uciekając do Paryża.

– Po rozstaniu się rodziców mieszkaliśmy z matką z bardzo różnych miejscach. Paryż, Nowy Jork, Los Angeles, Montreal. Ojciec zawsze był gdzieś w okolicy i zawsze zjawiał się, ale tylko w Grecji byliśmy tak naprawdę rodziną. Potem prowadziliśmy już tułacze życie. To właśnie w Grecji napisałem z nim pierwszą piosenkę, zresztą bywały takie dni, że potrafiliśmy siedzieć w kuchni przy naszym wielkim starodawnym drewnianym stole i pisać, ciągle pisać, radosne piosenki dla dzieci o pszczółkach. Tematyka i nastrój zupełnie odmienny od tego co czego Cohen przyzwyczaił fanów.

Adama irytuje fakt iż wielu biografów Leonarda koncentrując się na jego miłostkach, duchowych rozterkach i depresyjnych pieśniach, nie zauważa faktu iż ojciec jest tak naprawdę radosnym człowiekiem. Wbrew temu jak określano Cohena w prasie wcale nie był „królem depresji”, a jego piosenki wcale nie miały „nakłaniać do samobójstwa”. Kiedyś – wspomina Adam – ojciec powiedział mi, że kompletnie tego nie rozumie, za każdym razem jak zaczyna pisać jakiś nowy utwór planuje coś wesołego, pokrzepiającego, w efekcie powstaje jakiś mroczny kawałek. W pewnym momencie po prostu przestał się już nastawiać na tworzenie optymistycznych piosenek, bo i tak mu nie wychodziły. Dlaczego? Tego niestety nikt nie wie. – Pewnie że Leonard miał swoje wzloty i upadki, huśtawki nastrojów, ale też nigdy nie było tak, że budził się rano miał doła i nie wstawał z łóżka zostawiając sam samych. Wręcz na odwrót. Uczył nas tego, że gdziekolwiek jest, cokolwiek robi zawsze jest dla nas. Wystarczy zadzwonić a on się zjawi.  Czy ojciec jest prywatnie tak radosnym człowiekiem, bo często osoby zmagające się z depresją, dla otoczenia przybierają pozę persony wiecznie żartującej Adam długo nie odpowiada. W końcu kiwa głową. – Coś pewnie jest na rzeczy. Być może to jego sposób na walkę z mrokiem, który gdzieś tam w jego duszy się kryje… Ale ten mrok na szczęście nigdy nie odbił się na mnie i siostrze.  Dla nas był zawsze dobrym, gotowym na wszystko tatą.

Tak było w 1990 roku, gdy Adam niemal zginął w wypadku samochodowym. Miał połamane kości, pogruchotany kręgosłup. Jego ojciec był w trakcie komponowania jednej ze swoich najważniejszych płyt „The Future”, gdy dowiedział się o wypadku. Natychmiast wsiadł w samolot i poleciał do Kanady. Przez trzy miesiące mieszkał przy szpitalnym łóżku Adama, zawalając koncerty, zobowiązania płytowe i nowy związek. – Siedział i czytał mi Pismo Święte na zmianę z „Piotrusiem Panem” a za gmachem szpitala świat jego obowiązków walił się w gruzy.

Zapytany o to czy to może właśnie przez nadopiekuńczość Cohena, nie chciał iść w jego ślady Adam milczy. W końcu powoli zaczyna mówić – Nie nazwałbym tego nadopiekuńczością. Myślę, że wynikało to z tego, iż jego mało kto wspierał i dekady musiały minąć zanim na własną rękę odnalazł spokój. Dlatego pozwalał zawsze robić nam to co chcemy, bo on zbyt długo nie wiedział w życiu czego chce. Nawet gdy wpadłem na jeden z najbardziej idiotycznych pomysłów czyli studiowanie stosunków międzynarodowych – dwa lata zmarnowane, pieniądze wyrzucone w błoto – on skwitował to, widać nie było ci to pisane. Wtedy też stwierdziłem, że zacznę grać. Ale będę grał zupełnie inaczej niż ojciec.

To było w 1996 roku. Trzy lata temu Adam wydał album „Like a Man”, na którym niskim głosem tak samo jak ojciec śpiewał o rozpaczy,  utraconej miłości i połamanych sercach. Teraz powraca z kolejnym krążkiem. Jeszcze mocniej ojcowskim, bo już w całości napisanym i nagranym na greckiej Hydrze „We Go Home” ukaże się we wrześniu.  – My Cohenowie jesteśmy skazani na pisanie o naszych kobietach, przed tym się nie da uciec – ironizuje.  Czy to autobiograficzna płyta? Bardzo. – Dlatego, że jest tak bardzo osobista, chcę ją potraktować bardzo poważnie. Nie piję, co kiedyś było dla mnie problemem, dużo gram. A czy zagra koncert z ojcem? Kolejna chwila ciszy, którą przerywa szczery śmiech. – Kto wie, może? Póki co tata przychodzi na koncerty jako widz.

 

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz