większe kawałki

Weinstein, Oscary i cały ten zgiełk

Harvey Weinstein został wyrzucony z Akademii Filmowej. W obliczu kolejnych doniesień o molestowaniu i gwałtach, jakich dopuszczał się na współpracownicach, akademicy uznali, że niegdyś wybitny producent musi zostać wykluczony.

Gdyby ta rzecz dotyczyła każdej innej firmy/organizacji na świecie, takowa decyzja nie wzbudziłaby żadnej reakcji. Uznalibyśmy ją za słuszną i o sprawie zapomnieli. Problem polega na tym, że akademicy wyrzucając Weinsteina nie tyle odnieśli się do sytuacji, a nie po raz pierwszy wykazali się dość parszywą hipokryzją.

Członkiem Akademii wciąż dla przykładu pozostaje Roman Polański. Oskarżony o gwałt. Od lat unikający amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Polański otrzymał nawet Oscara za „Pianistę”. Idźmy dalej. Bill Cosby – za nim sprawa podawania środków odurzających i zgwałcenia ponad czterdziestu kobiet ciągnie się od 2005 roku. Nikt z Akademii go nie wyrzuca. Woody Allen co prawda do Akademii nie należy, ale za to jego filmy nie mają problemów z nominacjami do Oscarów, a „Wonder Wheel” uważane jest za żelaznego tegorocznego kandydata.

No i co teraz, Akademio? Wyrzuciliśmy jednego pana, ale zostawimy innych? Będziemy wciąż nominować filmy tworzone, przez twórców, o których powszechnie wiadomo, że albo molestują, albo biją kobiety? Co z Melem Gibsonem? W 2010 roku cały świat usłyszał jak słodko i ciepło odnosił się do byłej partnerki. Oksana Grigorieva straciła w starciu z aktorem trzy zęby. Johnny Depp także pokazał ostatnio, że w stosunku do kobiet nie jest tak bohaterski jak grane przez niego postaci.

Ale nie tylko oni. Były wrestler i aktor Hulk Hogan okazał się damskim bokserem. Steven Seagal przez to, że lubił dostawiać się do kobiet na planach filmowych stracił kontrakt z Warner Bros (co złamało jego karierę), mimo to jednak wciąż gra w tanich filmach – choć oskarżenia o gwałty i molestowanie mnożą się dookoła niego.
I tak dalej. Moglibyśmy ciągnąć listę panów, którzy albo nie potrafią trzymać rąk przy sobie, albo nie wiedzą co znaczy „nie”. Panów na wysokich stanowiskach i z dobrymi, wpływowymi nazwiskami. Żadne to odkrycie. Jak świat jest stary, jak władza deprawuje. I daje poczucie bezkarności.

Do tej pory wszystkie tego typu zachowania w Hollywood były zamiatane pod dywan. Pamiętacie jak Corey Feldman próbował zwrócić uwagę na pedofilię w Hollywood? Jak opowiadał o gwałtach na dzieciach? Nikt go nie słuchał. Nikt. Ze sprawą Weinsteina na szczęście jest inaczej. Rzuca odrobinę światła na kwestię wykorzystywania kobiet i stosunku gigantów do „szaraczków”. Szkoda tylko, że w galopującym tempie, z poważnej i mającej szanse zmienić coś na świecie sprawy, przeistacza się w jej parodię i pochód hipokrytów.

Ben Affleck jest wstrząśnięty. Ale nie miał nic przeciwko chwytaniu aktorek za cycki. Woody Allen mówi, że mu przykro. Nie wiadomo czy było mu przykro, gdy w wyniku jego miłości do dziecka, Mia Farrow przeżyła załamanie nerwowe. Matt Damon mówi, że jest zaskoczony. Mechanizm jego wyparcia rekonstruują dziennikarze. Biedna Jane Fonda mówi, że wiedziała, ale nie powiedziała, bo się bała. Fantastycznie. Oby tak dalej.

I do tego Akademia. Kiedy Seth MacFarlane na jednej gali opowiadał żarty nawiązujące do lepkich rączek i poczucia bezkarności Harvey’a W. nikt nie reagował. Teraz Akademia dojrzała. Ale w Akademii długo dojrzewają sprawy. Dekady zajęło im uznanie, że czarni aktorzy mogą siedzieć z białymi na jednej sali. Dekady zajęło im zauważenie, że kobiety kręcą filmy. A gdy już zauważyli, to samobiczowania nie było końca. Byliśmy ślepi. My biedni. Co teraz biedna Akademio? Wyrzucisz resztę członków oskarżonych lub podejrzanych o popełnienie przestępstw? Nie sądzę. Po prostu odpalą Weinsteina licząc, że nikt nie będzie drążył. Taka pogańska ofiara. Składana aby udobruchać boga mamony i boxoffice’u.

Kilka dni temu wygrzebałem w sieci pewien klip z trasy Bruce’a Springsteena. Bodaj z 2012 roku. Na scenę zaprasza on małą dziewczynkę. Żeby mogła zaśpiewać, jednym szybkim gestem ucisza cały szesnastoosobowy zespół. Gest trwa sekundę. E Street Band milknie.

Marzy mi się, żeby poza Brucem Sprinsteenem istniała taka osoba, która potrafiłaby jednym gestem uciąć cały ten skowyt. Żeby głosy skrzywdzonych wybrzmiały w pełni, a nie były skrywane pod jazgotem i hipokryzją. Ale takich osób nie ma. A Bruce Springsteen świata nie ocali. Szkoda.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz