Warren Oates/Dajcie mi głowę Alfreda Garcii/Universal
większe kawałki

Warren Oates – człowiek, który był bogiem

Czterdzieści lat temu do kin trafił film Monte Hellmana „Two-Lane Blacktop”. Jeden z najważniejszych filmów drogi w historii tego gatunku. I film z wybitną rolą nieżyjącego już Warrena Oatesa.

 

Gdy cenionego reżysera kina niezależnego Richarda Linklatera („Przed wschodem słońca”) zapytano dlaczego warto dziś oglądać film „Two-Lane Blacktop Monte Hellmana odparł, że jest szesnaście powodów. Jeden z nich brzmiał: bo Bóg tylko raz zszedł na Ziemię i nosił wtedy imię Warren Oates.

Świętokradztwo? Bluźnierstwo? Nic z tych rzeczy. Linklater powiedział na głos to, co dla wielbicieli kina przełomu lat 60. i 70. było oczywiste – Warren Oates był filmowym bogiem Hollywood. Chociaż nigdy nie odniósł tak spektakularnego sukcesu jak Steve McQueen, Gene Hackman, Lee Marvin czy Charles Bronson, to jego twarz stała się symbolem romantycznego, zagubionego w życiu twardziela. Taki był GTO, bohater „Two-Lane Blacktop” i taki był Benny – sztandarowa rola Oatesa w „Dajcie mi głowę Alfreda Garcii” Peckinpaha.

Jedno trzeba powiedzieć jasno – dziś takich postaci jak Oates w kinie nie ma. Hollywoodzcy producenci, którzy nad charyzmę i talent przekładają wygląd fizyczny nigdy nie pozwoliliby zagrać znaczącej roli w filmie facetowi, który wygląda jakby miał wiecznego kaca, ma ogromne uszy i wielkie czarne wąsy. Urodzony w 1928 roku aktor zaczynał od epizodycznych ról w westernowych serialach telewizyjnych, takich jak „Rawhide (w którym pierwsze sukcesy odniósł Clint Eastwood) czy „Gunsmoke. To gdzieś na planie jednego z nich wypatrzył go jeszcze nikomu nieznany Sam Peckinpah, który najpierw obsadził go we własnym serialu (tak, tak, Krwawy Sam kręcił serial dla telewizji) „The Westerner” (1960) a później swoim w drugim kinowym filmie „Strzały o zmierzchu” (1962).

I tak zaczęła się kariera i przyjaźń dwóch niezwykłych hollywoodzkich indywidualności. Peckinpah bezustannie kłócił się z producentami, którzy notorycznie ingerowali w jego filmy („Dzika banda” w wersji jaką zaplanował Peckinpah ukazała się na DVD w drugiej połowie lat 90.) a Oates pocieszał go sącząc od rana do nocy alkoholowe trunki. To podczas jednej z takich popijaw Peckinpah wpadł na pomysł by napisać specjalnie dla swojego kompana scenariusz filmu, w którym zagrałby główną rolę.

Rzecz nosiła tytuł „Dajcie mi głowę Alfreda Garcii” i stała się jednym z najlepszych filmów Peckinpaha i najlepszym filmem, w którym zagrał Oates. Historia opowiadana w filmie jest prosta. Tytułowy Alfred Garcia to młody mężczyzna, który zrobił dziecko córce meksykańskiego watażki. Wściekły ojciec wyznacza nagrodę (milion dolarów) za przyniesienie mu głowy chłopaka. I tu poznajemy Benny’ego – zapitego pianistę grającego w tanim barze z burdelem, który marzy o lepszym życiu u boku swojej kobiety – prostytutki Elity. Gdy dowiaduje się o nagrodzie za głowę Garcii, postanawia dostarczyć ją i uciec z ukochaną gdzieś daleko do lepszego świata.

Niestety, planu nie uda się zrealizować. Elita ginie, a Benny zamienia się w maszynę do zabijania. Kreacja Oatesa dosłownie zbija z nóg. Jego Benny to człowiek, z jednej strony, przegrany, z drugiej nadal pełen ciepła, miłości i oddania dla drugiej osoby. Gdy ją traci pełen nienawiści spektakularnie morduje wszystkich winnych jej śmierci, a i sam woli się zabić niż ciągnąć jałową egzystencję.

Pisząc scenariusz do „Dajcie…” Peckinpah tak naprawdę pisał o samym sobie i własnym wypaleniu. Oates, jako bliski przyjaciel nie mógł wątków autobiograficznych w filmie nie zauważyć, dlatego też wystąpił w nim w ulubionych przeciwsłonecznych okularach przyjaciela (których Peckinpah nie zdejmował nawet w łóżku).

Co ciekawe, Krwawy Sam na początku chciał, by Benny przeżył, ale w końcu zrezygnował z tego pomysłu tłumacząc, że ktoś kto wygląda jak Warren nie ma prawa przeżyć. Niestety, jego słowa okazały się prorocze. Oates zmarł nagle 3 kwietnia 1981 roku na rozległy zawał serca. Nigdy nie został wielką gwiazdą. Pozostawił po sobie niewiele głównych ról, (można je zliczyć na palcach obu dłoni), ale te które stworzył zagwarantowały mu filmową nieśmiertelność.

Johnny Depp, grający filmie Micheala Manna słynnego gangstera Johna Dillingera, zastanawiał się nad odrzuceniem roli – najlepszym Dillingerem był właśnie Warren Oates, który wcielił się w jego postać w 1973 roku, a z taką legendą trudno się mierzyć. Szkoda tylko, że żaden z polskich dystrybutorów DVD nie odważył się wydać najlepszych filmów Oatesa. „Two-Lane Blacktop”, „Dajcie mi głowę…” czy „Cockfighter” choć na świecie otoczone kultem u nas wciąż są niedostępne. Na otarcie łez pozostają nam role komiczne Oatesa – bo etatowy twardziel i banita miał też całkiem przyjemne oblicze komika. Nie wierzycie? To przypomnijcie sobie Szalonego Maddoxa ze spielbergowskiego „1941” czy sierżanta Hulkę z „Szarży”.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz