fot. Rafał Woliński / Cykady.com
większe kawałki

W drodze jak ojciec z córką – Halfway Festival 2017 [relacja]

fot. Rafał Woliński / Cykady.com

Halfway Festival z małej lokalnej imprezy w sześć lat zamienił się w najciekawszy, intymny muzyczny festiwal, na którym posłuchać możemy gwiazd światowej niezależnej sceny. Intymny, bo amfiteatr w Białymstoku mieści może tysiąc osób, a publiczność od artystów dzieli, nie fosa i ochroniarskie zasieki, a metrowe przejście.

Zacznę od wyznania. Nie lubię festiwali. Nie lubię tłumów. Nie lubię wmawiania sobie, że oglądanie na telebimie gwiazdy, to przeżycie transcendentne. I jakoś nie potrafię wmówić sobie, że w kilkutysięcznym tłumie mam czuć się dobrze i przeżywać zbiorową ekstazę. Żadna ze mnie święta Teresa. Dlatego z premedytacją pełną odpuszczam, tak festiwale, jak stadionowe koncerty, mając nadzieję, że kiedyś dane mi będzie zobaczyć gwiazdę, którą cenię, z bliska. I muszę przyznać że czasami się to udaje, ale to temat na inną opowieść.

Kiedy rok temu Halfway ogłosił, że ich główną gwiazdą będzie wielbione przeze mnie Wilco, no cóż… moje antyfestiwalowe postanowienia musiały zostać solidnie naciągnięte. Bo Wilco w Polsce, to mniej więcej tak częste zjawisko jak yeti. Zespół Jeffa Tweedy’ego jest gigantyczną gwiazdą wszędzie, tylko nie u nas. Jakimż zaskoczeniem dla mnie było to co zobaczyłem w Białymstoku. Niby festiwal, a tu… maleńka scena… Jeff i ekipa na wyciągnięcie ręki… Tak, to było jedno z tych przeżyć na pograniczu objawienia. Dla zespołu także. Chyba nie mieli pojęcia dokąd przyjeżdżają, bo dopiero w Białymstoku odkryli, że scena jest taka mała, że nie dadzą rady wyładować połowy sprzętu…

Tak było rok temu. Wtedy dla Białegostoku zmieniłem swoje festiwalowe postanowienie, czyniąc z Halfwaya obowiązkowy punkt w życiu kulturalnym. Jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi. Ponieważ na Wilco była także moja córka, tegoroczny wyjazd nie mógł obejść się bez niej. O ile w 2016 roku byliśmy w Białymstoku tylko jeden dzień, tym razem postanowiliśmy wbić na bite dwa dni (bez piątkowej rozbiegówki) koncertów.

Dodam tylko, że Lila ma lat sześć. Potrafi się nudzić szybciej niż zdążę powiedzieć „słucham” i jest niebywale uparta – solidnie ponad przeciętną dzieci w jej wieku. Ale chciała, to pojechaliśmy.

Sama się spakowała. Sama wybrała swoje zespoły. A na wszelki wypadek, gdyby niebywale się nudziła, sama wgrała sobie tonę gier w tablet. I wyruszyliśmy.

I. Piątek

Piątek upłynął nam na podróży z Warszawy (dlaczego nikt nie mówi o tym, że droga jest cała rozkopana), demolowaniu lodziarni i oglądaniu. Lila „DC Superhero Girls”, ja pierwszej i drugiej części „Hellraisera”. Aaa, bo zapomniałbym – w jednej z białostockich knajp koktajl z malin, truskawek i bananów okazał się zbyt jasny, co czyniło go niezdatnym do picia. A pytałem panią – na pewno będzie czerwony? Tak, tak. No nie był. W hotelu odkryliśmy istnienie kreskówki „Dzieciak kontra kot”.

II. Sobota

Halfway zaczyna się od występu Agaty Karczewskiej. Dziewczyny z Idola. Lila nie może wybaczyć jej że śpiewa w ciemnych okularach, bo nie widzi jej oczu i nie wie, czy to co śpiewa to naprawdę czy robi sobie żarty. Nie. Nie chodzi, o to, że Karczewska pisze złe piosenki. Zaskakująco zwiewne. Chodziło o to, że me dziecko szanowne nie mogło wyczuć intencji pani – czy robi za gwiazdę czy po prostu się wygłupia. Wiem – dla kogoś, kto spodziewa się pogłębionej recenzji koncertów, w której pojawi się cała masa dziwnych przymiotników i nazw gatunków, opis wrażeń dziecka nie jest ciekawy. Musicie wybaczyć. Dla mnie jest.

A Karczewska jest dzielna. Sama z gitarą na środku sceny. Dała radę. Chwilami przypomniała młodą Anię Dąbrowską, chwilami kolejną wyspiarską kopię Joan Baez. To znaczy – będą z niej ludzie.

Cate Le Bon wkroczyła na scenę po Karczewskiej. No i zrobiło się inaczej. Muzyka, którą uprawia walijska wokalistka, wyrasta silnie z dokonań nowojorskiej nowej fali z Television na czele. A zatem mamy trochę punkowego zacięcia, trochę połamanych rytmów. To czego w tym zabrakło, to jednak melodia. Tudzież własny pomysł na ogrywanie nowofalowych patentów. Debbie Harry z Le Bon nie będzie. Lila zaś skwitowała jej koncert tak – może być. I to chyba najcelniejsze określenie tego co Le Bon robi.

Przerwa na papierosa. Tato nie pal. Zjadłabym coś, ale tu nic dla mnie nie ma.      

 Po kwadransie na scenie pojawia się Juana Molina.

Możecie nie widzieć kto to. Macie pełne do tego prawo. Ale jeśli kiedykolwiek w waszym życiu zdarzy się tak, że będziecie w mieście, w którym akurat gra koncert… Idźcie. Po prostu.

Molina pochodzi z Argentyny. Ma pięćdziesiąt cztery lata. W Ameryce Południowej jest gwiazdą. Poza nią zresztą także, a jej płyty doceniają dziennikarze pod każdą szerokością geograficzną. Ale do meritum. Niczego po tym koncercie się nie spodziewałem. Niczego.

Godzinę później nie mogłem podnieść szczęki z podłogi. Lila zresztą także. Koncert Moliny przeżywała całym swoim ciałem, przez co, padła ze zmęczenia na występie Torres. Ale o tym za chwilę.

A zatem Molina.

Pamiętacie małą Regan z „Egzorcysty”? A teraz wyobraźcie sobie, że owa Regan wyjechała do Argentyny, przybrała nazwisko Molina i razem ze swoim starym kumplem Pazuzu knuje jak podbić świat. To demoniczne skojarzenie nie jest pozbawione całkowicie sensu. Otóż Molina ma w sobie coś niepokojąco demonicznego. Dojrzała kobieta, o głosie małej dziewczynki, która chichocze niczym chochlik. Skojarzenia diabelsko/religijne budzi także to o czym śpiewa. Wyrastające z przypowieści i legend południowoamerykańskich opowieści o tajemniczych stworzeniach, dziwnych bytach i zjawiskach, idealnie korespondują z nowoczesną pełną bitów, loopów i zabaw z elektroniką muzyką. Muzyka rytualna. Mocno transowa. Uwodzi i hipnotyzuje.

Występująca po niej Torres, czyli Mackenzie Scott, musiała sprostać niemałemu wyzwaniu. Wejść na scenę, odprawić egzorcyzmy i zmienić kompletnie klimat. Z pogańsko-transowego, na indie gitarowy. Udało się jej, bo jest zdolną, uciekającą od gitarowego banału kompozytorką. Ale Lili nie dobudziła. Jak padła na początku, tak obudził ją dopiero deszcz.

A potem pojawiło się The Veils, czyli Finn Andrews. – Boże, co za wariat. To było pierwsze zdanie jakie wypowiedziało moje dziecko. Drugie brzmiało – ale to fajne. Bo to jest fajne. Nie tylko przez to, że Finn to wulkan energii, który szaleje i roznosi wszystko dookoła siebie. Przede wszystkim kapitalnie jest słuchać faceta, który nie tak dawno temu zaczynał jako młodociana kalka Nicka Cave’a, a z biegiem lat wypracował sobie własny, mocno barowo-niegrzeczny styl. Byłem na jego koncercie jakieś dziesięć lat temu. Ten był lepszy. O niebo lepszy.

W hotelu czytamy książkową wersję „Króla lwa” (straszną) i zasypiamy.

– Wiesz za co najbardziej lubię Białystok tato? – pyta Lila.

– Nie.

– Bo tu jest sklep w którym po prostu wchodzisz i kupujesz num nomsy.

Nie wiedziałem. To już wiem.

A przypadkiem zalewamy kołdrę herbatą miętową. Przepraszamy.

III. Niedziela

Lila jechała do Białegostoku by zobaczyć Angel Olsen. Ja Cassa McCombsa. Oba koncerty na sam koniec. Żeby nie powtórzyć zaśnięcia na Torres, uznajemy że odpoczywamy to raz. Dwa idziemy dopiero na koncert Nive and the Deer Children.

Być może zbyt wcześnie, bo w wieku sześciu lat, Lila odkrywa, że to przyjemne i zabawne zjeść na śniadanie hot doga ze stacji benzynowej.

Z obiadem mieliśmy mały problem, bo pani kelnerka, nie powiedziała, że zupa pomidorowa, to krem z pomidorów. I musiałem krem zjeść.

Nive and the Deer Children oglądamy z amfiteatrowego balkonu, bo Lila chce zobaczyć jak to jest być na samej górze tego miejsca. Koncert przyjemny. Trochę jak ścieżka dźwiękowa do amerykańskiego niezależnego filmu. Wiecie o co chodzi – takie piosenki pod festiwal w Sundance. Ale z oddechem i pomysłem.

Po Nive, miała zacząć się część najważniejsza. Ale zamiast niej zaczął się czas apokalipsy. Czarne chmury. Strumienie deszczu. I co zrobisz Cassie…

Przez to, że musieliśmy czekać niema godzinę, aż przestanie padać, Lila wsiąka w tabletowe gry. Jacyś ludzie zajmują krzesła dla dzieci, w zakątku z klockami, co Lila kwituje prostym stwierdzeniem. – Nie dość, że tyłki na krzesłach im się nie mieszczą, to nawet klockami nie potrafią się bawić.

Czekamy.

Kiedy w końcu przestaje padać, ekipa sprzątająca ogarnia ławki, zaczynają się czary.

Cass McCombs to facet, któremu zazdrościć powinien niejaki Jakóbik. Otóż Cass nie musiał robić wizualizacji, oszukiwać połowę kraju, żeby Ellen zwróciła na niego uwagę. Po prostu pisze doskonałe piosenki. I cała Ameryka je uwielbia. Ellen także, przez co zapraszała go do swojego show. (Na marginesie – jednak robienie rzeczy wartościowych, dobrych to wciąż najlepszy sposób na zwrócenie na siebie uwagi.) Cass wychodzi na scenę z trzema muzykami. Roland, bas, perkusja. Ponad godzinę później po raz drugi podczas tego Halfwaya podnoszę szczękę z podłogi. McCombs jest po prostu czarodziejem amerykańskiego rocka wyrastającego tak z folku i bluesa, jak jamowych tradycji. Tak mogłoby brzmieć Grateful Dead chłopcy potrafili pisać chwytające za serca melodie.

A potem jest już Angel Olsen.

Lila szaleje.

Publiczność szaleje.

Ja szaleję.

I przypominam sobie widziany lata temu koncert Amy Winehouse. I miałem te same wrażenie co wtedy. Że patrzę na kogoś, kto ostatni raz gra dla małych publiczności. Że rok 2018 będzie rokiem Angel Olsen.

Amerykańska wokalistka wyrosła bowiem z indie butów. Porzuciła chropowatość, troszkę amatorskie brzmienie, zamieniając się w prawdziwą rockową divę. Coś na krzyżowaniu PJ Harvey i Adele, zaś jej zespół kapitalnie łączy stonesowski feeling, z indie pazurem.

Tak. To będzie gwiazda.

I koniec.

Do domu.

Taksówki w Białystoku są tanie.

Są num nomsy.

Jeśli urząd miasta nic nie spierdoli, to za rok znów przyjedziemy.

Więc Białystoku rób to dobrze.

Halfway to dziś najlepszy kameralny festiwal w Polsce. Na waszej scenie gra czołówka sceny niezależnej.

I mojemu dziecku krzywdy nie róbcie. Lubi Halfa. Będzie jej smutno jak nie da rady przyjechać za rok. A jak będzie jej smutno, to obiecuję – wam też się zrobi.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).
Komentarz
  • Barkokwa
    2 lipca 2017 at 13:25
    Skomentuj

    <3

  • Dodaj komentarz