większe kawałki

Trailer, trailerowi wilkiem

 

 

Czym są trailery? Dlaczego tak lubimy je oglądać? I w końcu czy producenci „Godzilli” musieli pokazać nowego potwora?

 

 

W sieci pojawił się nowy trailer do „Godzilli”. W kilka minut po jego zawieszeniu z  pojawiły się pod nim komentarze internautów  aby osoby, które nie unikają spoilerów, oglądanie filmiku sobie darowały. Promocja? Bynajmniej. Po prostu w trailerze zdradzono pewien zwrot fabularny, który może zepsuć zabawę widzom.

 

 

Tego typu zabiegi w filmach promujących przeboje kinowe to dziś norma. Wystarczy przypomnieć sobie zamieszanie jakie wywoływały w sieci ostatnio filmy promujące nowe przygody Spider-Mana. Kto będzie wrogiem? Co się wydarzy? Ostatnie trailery pokazały nam niemal wszystko co Spider miał do zaoferowania. Niebawem przed premierą nowych „Transformers” czeka nas zapewne podobna zabawa w trailerowe zdradzanie sekretów.

 

Bo w zasadzie dziś trailer sprowadza się do opowiadania fabuły i pokazywania czym w filmie zaskoczą nas twórcy. Co prawda kierując się swoją dość pokrętną logiką producenci zapomnieli o tym, że do kina idziemy po to aby dać się zaskoczyć… ale to drobny szczegół. Choć może to nie przejaw dziwnej logiki, a swoistej zmiany jaka zaszła na naszych oczach w filmie. Dziś element zaskoczenia przestał być istotny. Zdradzić możemy wszystko, a ludzie i tak pójdą do kina, nie dlatego, że chcą obejrzeć film, a patrzeć na to jak on wygląda. Współczesne trailery zdają się potwierdzać tę tezę, obnażając przed widzami filmy z wszelkich tajemnic. A przecież nie zawsze tak było.

 

Weźmy dla przykładu „Fight Club”. Pamiętacie Brada Pitta siedzącego na krześle w garderobie. Kamera na zbliżeniu pokazuje jego twarz. Aktor zaczyna mówić. Nie są to jednak ani kwestie z filmu, ani personalne wyznania popularnego aktora. Pitt recytuje z pamięci instrukcje ewakuacji kina. „Wyjścia ewakuacyjne są po dwóch stronach sali, nad każdym z nich świeci się światło…”. Filmik trwa niespełna pół minuty, po czym kamera oddala się. Tyle że to nie koniec. Nagle na ekranie pojawia się znów twarz Pitta. Gwiazdor wygłasza kwestie – „Czy wiecie że uryna jest sterylna? Możecie ją pić”. Śmiech. Koniec. Na ekranie pojawia się napis „Fight Club”.

 

 

Tak – to nie pomyłka. Powyższy film to jeden z dwóch dość odważnych trailerów filmowych jakie na potrzeby promocji filmu „Podziemny krąg” wymyślił jego reżyser David Fincher. W drugim Edward Norton przypominał widzom, że siedząc w kinie nikt nie ma prawa ich dotykać. Niestety producenci filmu, po obejrzeniu obu zwiastunów  kategorycznie zarządzali  od  Finchera nowych  materiałów promocyjny, w których będą fragmenty filmu a nie jacyś „bredzący aktorzy”. Tym sposobem powstało kilka trailerów, które wyświetlano w kinach na całym świecie. A że były one nudne i przewidywalne to zupełnie inna sprawa. Wspomniane filmy w końcu skończyły swój żywot jako zabawne żarty a dziś można obejrzeć je i na DVD i w internecie.

 

I teraz pytania? Czy producenci mieli rację? Absolutnie nie. Podczas kiedy nikt nie jest wstanie przypomnieć sobie oficjalnych trailerów „Podziemnego kręgu”, te które nie zostały dopuszczone do kinowego obiegu dziś uznawane są za jedne z najciekawszych i najlepszych zapowiedzi w historii gatunku. Gatunku ktoś zapyta – jakiego trailerowego? A i owszem bowiem  filmowy trailer, czyli krótki nie trwający dłużej niż trzy minuty filmik zapowiadający nowy film to dzieło filmowe samo w sobie. Dodajmy, że w dodatku często popularniejsze od filmu który reklamuje. Dowód? Trailery filmowe to trzecia (po newsach i amatorskich filmach) najczęściej i najchętniej oglądana rzecz w Internecie, przebijając tym samym – uwaga – teledyski i filmy pornograficzne.

 

Oczywiście trailer trailerowi nie równy a filmów tak oryginalnych jak zapowiedź „Podziemnego kręgu” nie ma zbyt wiele nie ulega jednak wątpliwości, że trailer przez lata wypracował sobie na rynku filmowym  własną niszę i stał się równie popularny pośród kinomanów co same filmy. Uwieńczeniem tej popularności jest choćby popularna Wielkiej Brytanii seria „Grindhouse Trailer Classics” (doczekała się już czterech części, a piąta w drodze) na którym znalazło się sto dziesięć filmów reklamujących tanie filmy z lat 70. i 80. (pośród nich takie perły jak „I Drink Your Blood” czy „Ilsa – wilczyca z SS”). Czy trzeba dodawać, że oglądanie tych trailerów to ponad dwugodzinna dawka czystego, niczym nieskrępowanego  śmiechu?

 

 

Skąd wzięła się zatem nagła popularność trailerów? Co przyciąga do nich miliony ludzi? Najprościej powiedzieć, że zawartość – większość trailerów jako filmy reklamujące filmy kinowe, zawiera w sobie niemal całe streszczenie filmu a co za tym idzie często zastępują oglądanie całego filmu (najczęściej bowiem zawierają w sobie najzabawniejsze lub najważniejsze momenty z filmu). Tyle że gdyby w trailerach atrakcyjne było jedynie streszczenie nikt nie sięgałby po nie wiele razy i nikt nie wydawałby ich kolekcji na DVD.  

 

Żeby w pełni  zrozumieć  fenomen trailera filmowego trzeba cofnąć się w do początku dwudziestego wieku i prześledzić uważnie rozwój tych krótkich filmów.  Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że pierwszy trailer powstał już w 1913 roku. Był to  zrealizowany przez Nilsa Granlunda krótki film reklamujący musical „The Pleasure Seekres”. Film wywołał szok pośród zebranych w na sali widzów, nikt bowiem do tej pory nie widział na ekranie streszczenia całego nowego filmu. Pomysł zachwycił producentów filmowych do tego stopnia, że zączeli oni masowo inwestwać w takie reklamowe filmy. Poza samym pomysłem, żeby zachęcić widzów do oglądania filmu poprzez drugi film, w ówczesnych trailerach nie było nic zaskakującego. Składały się z szeregu ujęć pochodzących z nowej produkcji wzbogaconych o muzykę z filmu. Taka konstrukcja trailra obowiązywała do wczesnych lat 60. Dopóki pewien młody reżyser nie postanowił wywrócić zasady obowiązujące w realizacji trailerów do góry nogami.

 

Reżyser ten nazywał się Stanley Kubrick a zrealizowany przez niego trailer filmu „Dr Strangelove…” (1964) otworzył nową kartę w historii trailerów. Zainspirowany eksperymentalnymi filmami kanadyjskiego reżysera Arthura Lipsetta, Kubrick pokazał światu nie tyle zapowiedź filmu ile mały artystyczny film. Reżyser sceny z własnego filmu przemontował w zamierzenie chaotyczny ciąg obrazów puentując każdy żartobliwymi komentarzami.

 

 

Kilka miesięcy później w kinach pojawił się kolejny przełomowy trailer – wyprodukowany przez Andrew J. Kuehna film do „Nocy Iguany” Johna Hustona. O ile film Kubricka był grą z kinem i zabawą z filmem, jak trailer „Nocy Iguany” stawiał na niezwykle wysmakowaną grę z obrazem, wykorzystując specjalnie naświetlone kadry, które miały oddawać duszą atmosferę filmu.

 

 

To właśnie te dwa trailery rozpoczęły na dobre erę inteligentnych filmowych zabaw zapowiedziami, ale też dały podwaliny pod cały trailerowy przemysł. Bo produkcja trailera to przemysł, są specjalne firmy zajmujące się wymyślaniem tych filmików, aktorzy którzy specjalizują się w podkładaniu głosu narratora a wreszcie kompozytorzy piszący muzykę do trailerów.

 

W latach 70. świadomy coraz większej popularności filmowych reklamówek Steven Spielberg gdy  zatrudniał zajmujące się realizacją trailerów firmy zawsze powtarzał jedną wytyczną – „macie zrobić najlepszy trailer świata”. Dzięki temu powstał m.in. rewelacyjny film promujący „Szczęki”.

 

 

Bo dobry trailer ma swoją konstrukcję (początek środek i koniec), nić dramaturgiczną i stanowi zupełnie osobny film.  Zdarza się nawet – jak było przy promocji „Terminatora 2” czy „Spidermana” Sama Ramiego – że w trailerze pojawiają się sceny, których w oryginalnym filmie nie ma. Producenci bowiem świadomi siły oddziaływania zwiastuna często nakazują dokręcać specjalne sceny, które mają rozbudzić w widzu ciekawość.  Choć dziś tego typu scenki przeniesiono na koniec filmów, zmuszając widzów do siedzenia w kinie przez całe napisy końcowe.

 

Fenomen i popularność filmowego trailera bierze się właśnie z jego unikalnej konstrukcji.  Im oryginalniejszy, ciekawszy, zabawniejszy tym większe prawdopodobieństwo sukcesu kinowego filmu który promuje. Oczywiście wymaga to od producentów niemałej odwagi (dziś ma ją Christopher Nolan i jego ekipa, którzy od dłuższego czasu w dość niesamowity sposób reklamują najnowszy film reżysera „Interstellar”), którą nie wykazali się panowie finansujący „Podziemny krąg”. Film promowany tradycyjnym i nieciekawym trailerem był finansową porażką.  Czy stałoby się inaczej gdyby zezwolono Bradowi Pittowi zachęcać widzów do picia uryny nie wiadomo, ale jedno jest pewne – trailer ten można oglądać bez końca.    

 

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz