Rebeccakuder
większe kawałki

Tom Waits: święty od pijaków

Kiedy David Letterman zapytał kim byli jego rodzice, ten odparł bez zastanowienia: tata był rurą wydechową, a matka drzewem… Oto Tom Waits, mistrz barowych opowieści, człowiek o głosie jak silnik Diesla skończył właśnie 65 lat. 

Dziennikarze od początku kariery mają z nim problem. Tom Waits bowiem nie lubi opowiadać o sobie. A kiedy musi, bo zmusza go do tego kontrakt wywiad zamienia się w małe show. Dziś można bez trudu znaleźć film, w którym Waits tłumaczy biednemu, pogubionemu żurnaliście, jak chwycić niewidzialne ćwierć dolara i wrzucić je do niewidzialnego automatu z niewidzialną kawą… Bądź tu mądry i pisz wiersze… znaczy przeprowadzaj wywiady. Kiedy promował potrójny album „Orphans: Brawlers, Bawlers & Bastards” opowiadał, że udało mu się zebrać aż 56 piosenek, dzięki rosyjskiemu hydraulikowi, który przed laty ukradł mu taśmy z niepublikowanymi utworami i teraz zażądał za nie okupu. Chcecie więcej żartów? Jak podsumowałby pan swoją karierę?- zapytał go pod koniec lat 70. dziennikarz „Rolling Stone’a”. Waits spokojnie odparł – nie za dobrze, mam w domu trzy płyty Toma Waitsa i jeszcze na żadną nie udało mi się poderwać kobiety. Bezwstydny kokieciarz? Wariat? Megaloman? A może człowiek o niebywałym dystansie do siebie? W każdym z tych epitetów tkwi ziarno prawdy, a wszystkie one składają się na skomplikowaną osobowość sześćdziesięciopięcioletniego muzyka, który z pijaństwa uczynił najwyższą formę artystycznej ekspresji.

Bo przecież siedemnaście albumów które do tej pory nagrał podniosły pijackie pieśni do rangi prawdziwej sztuki, a ich bohaterów – barowych gawędziarzy, snujących wydumane opowieści np. o sypianiu z Marilyn Monroe – uczyniło uniwersalnymi przykładami pechowców i nieudaczników, którzy wciąż mają nadzieję na lepszy los.

Tom Waits ze swoją zapuchniętą gębą ochlapusa wcielał się w takie persony nie tylko na scenie, ale i w kinie. Przez lata specjalizował się w rolach drobnych pijaczków, barmanów i żebraków. Karierę zaczynał w filmach Francisa Forda Coppoli, m.in. w „Cotton Club” (1984), i u Jima Jarmuscha w „Poza prawem” (1986). W „Chwastach” (1987) Hectora Babenco wcielił się w postać kloszarda Rudy’ego i grał u boku Jacka Nicholsona i Meryl Streep. To z tego filmu pochodzi dialog, który stał się znanym dowcipem. Gdy Rudy obwieszcza z uśmiechem bohaterowi granemu przez Nicholsona, że ma raka, ten pyta go, co w tym wesołego. „Wiesz – odpowiada Rudy – to w końcu jedyna rzecz, która jest moja”.

Gdy w maju 1973 roku ukazał się debiutancki album „Closing Time”, krytycy pisali o narodzinach nowego Boba Dylana. W tym samym roku co Waits debiutował Bruce Springsteen i obu muzyków przez lata do siebie porównywano. Krążą nawet legendy, że w muzycznej branży przyjmowano zakłady, który z nich zostanie wielką gwiazdą. Podobieństwo polegało na tematyce utworów – piosenek o życiowych rozbitkach – i na ich brzmieniu.

Springsteen pozostał piewcą Ameryki i rockmanem. Tymczasem o ile na „Closing Time” słychać jeszcze zdrowy, czysty głos Waitsa i konwencjonalne ballady, to na następnych płytach wokalista zaczął przypominać Franka Sinatrę, próbującego śpiewać jazz z ciężkim zapaleniem gardła.

Apogeum barowych opowieści o podróżach i samotnych podróżnikach jest płyta „Small Change” (1976), arcydzieło skacowanej muzyki. Potem Waits romansował z bluesem i grywał na gitarze elektrycznej („Blue Valentine” z 1979 r.), by w latach 80. rzucić się w wir dziwacznych eksperymentów. Łączył odgłosy rodem z fabryki (wydobywane z instrumentów własnego projektu) z rockiem i jazzem na albumach takich jak „Swordfishtrombones” (1983), „Rain Dogs” (1985) czy „Bone Machine” (1992).

Co ciekawe na największą stylistyczną woltę Waitsa wpływ miała… kobieta. Kiedy Francis Ford Coppola zabierał się w 1980 roku za pracę nad musicalem „One from the Heart” nie przypuszczał, nawet, że film ten wywoła rewolucję nie tylko w jego życiu, ale i nowego kolegi muzyka. Dla Coppoli prosty musical  „One…” miał być odtrutką po traumach jakie przeżył na planie „Czasu apokalipsy”. Tyle, że prościutki film zamienił się w kolejne produkcyjne piekło, które w przeciwieństwie do „Czasu…” nie zamieniło się w sukces a pierwszą spektakularną porażkę niegdyś wybitnego reżysera. A dla Waitsa, no cóż… jemu „one from the Heart” wywróciło życie i karierę do góry nogami… Otóż zanim zaczął komponować piosenki do filmu spotkał on na planie młodą dziewczynę wprowadzającą poprawki do scenariusza. Nazywała się Kathleen Brennan i była jedyną kobietą, która potrafiła tak przygadać Waitsowi, że ten zapominał języka w gębie. Kiedy Tom zaczynał pracę nad muzyką do „One…” pił jak smok (stąd też na koncertach często żartował, że to fortepian jest pijany… nie ja), mieszkał w motelach, uznawał się za ostatniego beatnika oraz spadkobiercę Jacka Kearouca. Brennan postawiła mu proste ultimatum –jeśli chce się z nią spotykać,  ma skończyć udawać kogoś innego, ograniczyć picie a przede wszystkim znaleźć dom… I co? I tak skończyła się zabawa Waitsa w muzykę, a narodził się świadomy artysta, który nie chce być beatnikiem, a sobą. Od 1980 roku są małżeństwem. Komponują wspólnie piosenki (jedną z pierwszych jaką nagrali była „Jersey Girl”, która stała się wielkim hitem, dzięki… Bruce’owi Springsteenowi), mają trójkę dzieci i farmę, na której mieści się ich domowe studio (dziś nagrywają tak także dzieci Waitsa).

I gdy wydawało się, że muzyk nie jest już w stanie zaskoczyć żądną woltą, a każdą możliwą muzyczną konwencję ograł do bólu, najpierw wydał znakomity album „Real Gone”, gdzie barowe opowieści połączył z reggae i rockowymi gitarami, by stworzyć antywojenne protest songi, a potem „Bad as Me” – wariackie podsumowanie kariery i każdej muzycznej estetyki z jaką miał do czynienia.

Co dalej? Nie wiadomo. Z nowym albumem się nie spieszy, bo nie musi. Dziś ma status legendy i ikony. Przyjaźni się z Jimem Jarmuschem, pożycza pieniądze wiecznie spłukanemu Keithowi Richardsowi, jego piosenki pojawiają się w serialach a na ryku co chwila ukazują się nowe płyty w stylu „w hołdzie dla”. I tylko w reklamach nie chce się udzielać, a każdą firmę, która wykorzystuje w spotach melodie które przypominają jego piosenki oddaje do sądu. Fanaberia? Nic z tych rzeczy. Jak sam twierdzi – Wydaje się, że największą chwałą jaką nasza kultura obdarza artystów w dzisiejszych czasach jest wystąpienie w reklamie – całkowicie nagim sikając na maskę nowego samochodu. Zawsze z determinacją i uporem odrzucałem ten wątpliwy zaszczyt. Bowiem dla Waitsa, co dziwne i niespotykane – liczy się rodzina, muzyka i zdobywanie kompletnie niepotrzebnej wiedzy, którą potem wykorzystuje ośmieszając dziennikarzy. I jeszcze jedno… Nie pije. Pijacki nastrój i klimat tworzy się u niego sam. Ten typ tak ma.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz