większe kawałki

To – sen o Ameryce, której nie ma

17 stycznia ukaże się specjalna edycja DVD filmu „To”. Horroru, który szturmem zdobył rok 2017, stając się najlepiej zarabiającym filmem grozy wszech czasów. I najlepsza adaptacja prozy Kinga od dekad. Za jej sukcesem stoi kilka konkretnych powodów.

Agnieszka ma trzydzieści siedem lat. Pracuje w PR jednej z sieci komórkowych. Przyszła do kina sama. Była ciekawa. – Ten klaun jest wszędzie. Wyskakuje z każdego fanpage’a który lubię, pojawia się na niemal każdej stronie filmowej, którą odwiedzam. – opowiada. Po chwili dodaje – z zawodowej ciekawości uznałam, że muszę się przekonać, co w tym filmie jest takiego, że w tak szybkim czasie zawładnął niemal całymi social media. Na pytanie czy zna powieść Stephena Kinga zawstydzona odparła – nie.

Jest sobota. Wczesne popołudnie w jednym z warszawskich multipleksów. Od premiery „To” minął miesiąc. Chociaż obok puszczane są animowane „My Little Pony”, „Botoks” Vegi i nowy „Blade Runner” sala jest niemal pełna. Mijając bileterkę pytam ją czy to częste zjawisko. Żeby film, który jest już grany w kinach od miesiąca, wciąż przyciągał tłumy. Dziewczyna uśmiecha się i odpowiada szybko – nie, nawet filmy z superbohaterami nie cieszą się takim ruchem. A zatem fenomen? – dopytuję. – Mega! – krzyczy za mną, gdy ludzka rzeka porywa mnie w stronę ruchomych schodów.

Kilka minut później siedzą w fotelu, obserwuję ludzi wchodzących na salę. Ponad połowa z nich, to ludzie w moim wieku. Są po trzydziestce, zbliżają się do czterdziestki. Siadają w fotelach i nic nie mówiąc, czekają na seans. Inną grupą są rozwrzeszczane dzieciaki. Chociaż „To” ma w Polsce kategorię wiekową „od ponad 16 lat”, oni mają co najwyżej piętnaście. Obrzucają się popcornem, robiąc przy tym zdjęcia na Instagrama. – Zaraz was zajebie klaunnnn – krzyczy podrostek. Dziewczyny obok niego chichoczą. Są głośni i napastliwi, jak większość dzieciaków w ich wieku. Ktoś próbuje ich uciszyć, ale reakcją na reprymendę jest tylko śmiech.

Potem na sali zapada mrok. Na ekranie mały Georgie biegnie za papierowym stateczkiem. Pada ulewny deszcz. Statek spływa do kanału. Muzyka potęguje napięcie. Pojawia się klaun Pennywise. Sala milknie. Rozwrzeszczane dzieciaki wpatrują się skupione w ekran. Gasną błyskające telefony komórkowe. Siedząca obok mnie Agnieszka, podciąga kolana pod brodę. W opinającej nogi spódnicy wygląda zabawnie. Jak mała przestraszona dziewczynka, a nie szefowa promocji w wielkiej firmie. Ale ona nie zwraca na to uwagi. Jej brązowe oczy wpatrują się w czyhającego na chłopca klauna. Jak zahipnotyzowane.

Sukces, którego miało nie być.

Kiedy „To” Andy Mushiettego wchodziło 5 września do kin żaden z filmowych analityków nie spodziewał się sukcesu. Owszem, Stephen King, autor powieściowego pierwowzoru „To”, jest na świecie marką, która rocznie sprzedaje ponad dwadzieścia milionów książek, ale w kinie nie radził sobie, tak dobrze, jak na listach bestsellerów. Najlepszym dowodem była klapa tegorocznej ekranizacji „Mrocznej wieży”. Obraz, który miał być spektakularnym hitem w Stanach zarobił tylko pięćdziesiąt milionów dolarów, nie zwracając nawet swojego budżetu produkcyjnego (sześćdziesiąt milionów). O kosztach kampanii reklamowej (kolejne pięćdziesiąt milionów) nie wspominając. Dlatego też wstępne prognozy finansowe dla „To” były niebywale ostrożne. Analitycy zakładali maksymalny przychód na poziomie trzydziestu milionów. A potem zaczęła się zabawa.

Noc przedpremierowych pokazów filmów z samych Stanach przyniosła blisko czternaście milionów przychodu, a film Muschiettego stał się najlepiej zarabiającym na przedsprzedaży filmem w kategorii „R” (czyli „tylko dla dorosłych”), jak i najbardziej dochodowym horrorem.

Po przedsprzedażowym sukcesie analitycy postawili na przychód w granicach sześćdziesięciu milionów. Trzy dni później okazało się, że się pomylili… Film zarobił sto dwadzieścia trzy miliony, ustanawiając historyczny rekord przychodu z premiery horroru. Miesiąc później „To” ustanowiło kolejny rekord. Z przychodem wysokości siedmiuset milionów dolarów stało się najbardziej dochodowym horrorem w historii kina.

Muschietti adaptując wielowątkową, ponad tysiąc-stronicową powieść Kinga uznał, że w filmie skoncentruje się tylko na okresie dojrzewania bohaterów. W obliczu tak spektakularnego sukcesu prezesi Warner Bros wydali zgodę na nakręcenie części drugiej – opowiadającej o dorosłym życiu postaci. Reżyser otrzymał absolutnie wolną rękę w kwestii obsady i produkcji. Datę premiery zaś wyznaczono na szóstego września 2019 roku.

Geneza zła

Co zatem się stało, że skromne, kosztujące raptem trzydzieści pięć milionów, „To” ustanowiło nowe rekordy? Dlaczego akurat ten film z wszystkich ekranizacji powieści Kinga – a były ich przecież dziesiątki – stał się światowym fenomenem? Aby odpowiedzieć na te pytania musimy cofnąć się w czasie do chwil, gdy King kończył pisać swoją powieść.

Był rok 1986. King był już literackim bogiem. „Lśnienie”, „Podpalaczka”, „Martwa strefa” okupowały listy bestsellerów, a on wypracował sobie status „najstraszniejszego faceta w Ameryce”. „New York Times” okrzyknął go królem horroru, zaś American Express zatrudniło pisarza do telewizyjnej reklamy swoich kart. Stał na szczycie. Tyle, że powoli zaczynał czuć się znużony przyklejoną mu przez media i wydawców łatką „mistrza grozy”. Dlatego też kończył pracę nad powieścią, która miała stanowić zamknięcie „strasznego” etapu w jego twórczości.

„To” jest Kingowską wariacją na temat starej bajki o trollu mieszkającym pod mostem. Z tym, że trolla zastąpił tu demoniczny klaun Pennywise. Opowiadając o jego krwawych polowaniach na dzieci, autor tak naprawdę oddał tu hołd, tak wszystkim potworom jakie tylko przyszły mu do głowy, jak i każdemu gatunkowi nadprzyrodzonego horroru. A wszystko po to, by wraz z ukończeniem powieści porzucić pisanie o monstrach. I fakt, przez lata nie pisał on klasycznych horrorów, za to w jego książkach pojawiali się źli kosmici, morderczynie i nękające bohaterów upiory przeszłości.

Odczytanie powieści jedynie przez pryzmat literackiego pożegnania z horrorem, ma tyle sensu, to uznanie Biblii za pospolite czytadło. Bo jest to tylko pozornie kolejna gatunkowa wprawka mistrza. Pod płaszczykiem opowieści o dzieciach ścigających zło w małym miasteczku w stanie Maine, King tak naprawdę opowiada o utraconej dziecinnej niewinności. Snuje subtelną opowieść o przemijaniu ze strachem, ale i nostalgią w tle. King układa swoją opowieść w sposób perfekcyjny. Sceny straszne sąsiadują ze scenami zabawnymi. Nostalgiczne, z czułymi. Śmiech miesza się ze łzami, a w innych miejscach łagodzi wszechobecną grozę.

Warto tu podkreślić sposób w jaki King opowiada o okresie dojrzewania. A to pożycza postaci od Marka Twaina, a to uczy swoich bohaterów bezczelności rodem z „Buszującego w zbożu”. Skojarzenie z tą ostatnią powieścią wcale nie jest przypadkowe. King, wykształcony nauczyciel i wykładowca angielskiego, był zafascynowany Salingerem i jego powieścią. W „To” pożyczył sobie nie tylko język jakim posługuje się bohater, ale przede wszystkim sposób w jaki nastolatek patrzy na świat dorosłych – z jednej strony próbując być bardziej dojrzałym od rodziców, z drugiej tonąc w własnym infantylizmie, który w chwili ostatecznej rozgrywki, okaże się dodawać odwagę, jakiej często brakuje dorosłym.

Jeśli zatem dla powieści inicjacyjnych „Buszujący w zbożu” stał się wzorem niedościgłym, tak jak dla literackiego horroru „To” staje się powieścią-matrycą, od której bite będą każde kolejne książki próbujące ukazywać grozę dojrzewania, poprzez grozę otaczającego świata. W Stanach pisać podobne będą Robert McCammon („Magiczne lata”), Dan Simmons („Letnia noc”), we Francji Maxime Chattam, w Polsce Łukasz Orbitowski („Szczęśliwa ziemia”)

Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby King opierał się tylko na erudycji i wiedzy, Nie. On poza tym zbudował „To” na własnej biografii, a dziecięcych bohaterów książki obdarzył własnymi traumami i doświadczeniami.

Ojciec, którego nie było

W 1950 roku pewnego wieczora ojciec przyszłego pisarza, Donald King powiedział żonie, że wychodzi po papierosy i zniknął. Dekady później pisarz odkryje, że w innym mieście ojciec założył nową rodzinę. W Ameryce lat 50. porzucona przez męża matka dwójki dzieci nie miała lekkiego życia. Sąsiedzi rozpuścili plotki, jakoby Donald odszedł z jej winy, w efekcie czego prace, jakie jej oferowano, były fatalne. Jak sam King w autobiografii wspomniał – gdyby matka była wdową, wszystko byłoby w najlepszym porządku, ale ona była porzuconą kobietą, która sama wystąpiła do sądu o rozwód. A takiej nikt nie chciał zatrudniać, bo przecież musiała czymś sobie zasłużyć na odejście męża.

Dzieciństwo Kinga upłynęło na przeprowadzkach i braku obojga rodziców – matka, aby utrzymać rodzinę pracowała bezustannie na dwóch, trzech etatach (m.in. jako praczka, cukiernik, piekarz, kelnerka). Dla przyszłego autora „Miasteczka Salem” czytanie a potem pisanie było formą ucieczki od otaczającej go życiowej beznadziei.

W „To” mamy zatem spojrzenie na Amerykę lat 50. widzianą z perspektywy chłopca, który jest wyrzucony poza społeczny margines. Bo wszystko przecież wówczas miało być idealne. Od przyciętych trawników, po rodzinę. King nie miał ani normalnej rodziny, ani domu na przedmieściach, dlatego jego Ameryka to kraj pęknięty, w którym dobrobyt zasłania Amerykanom prawdziwe i okrutne oblicze kraju wolności. Dlatego też zło w „To” poluje na dzieci. One widzą rozdwojenie rzeczywistości, które dorośli ignorują. Próbują z nim walczyć, choć walka dziecka z rzeczywistością skazana jest na porażkę.

Tworząc swoją Amerykę dzieciństwa, King ułożył ją z obrazków, jakie odcisnęły na nim piętno największe. Mamy więc narodziny rock’n’rolla, ale i rasizm, i wojnę klas. Mamy eksplozję filmowego horroru i kin dla zmotoryzowanych, ale i niesprawiedliwość społeczną. Lęk przed Związkiem Radzieckim, ale i dumę z potęgi Ameryki. Wszystko to układa się w amerykański mit – opis kraju, który nigdy nie istniał, choć złożony jest z elementów prawdziwych.

Amerykańska mitologia

Wybitny XX-wieczny antropolog i mitoznawca Joseph Campbell twierdził, że kultura masowa, która rozwinęła się w XX wieku, była niczym innym jak globalną projekcją lęków i pragnień współczesnego człowieka. Prace Campbella jak „Maski Boga, „Bohater o tysiącu twarzy” czy wydana pośmiertnie „Potęga mitu” stanowią podstawę do rozumienia zjawisk popkulturowych definiujących tak naprawdę świat rozrywki nas otaczający. To Campbell (odnosząc się oczywiście do dzieł Junga) snuł teorie o tym, że popularność masowego medium jest niezwykle mocno połączona ze społecznymi lękami i potrzebami. Że odkrywając, czego obawia się (lub potrzebuje, pragnie) społeczeństwo jesteśmy de facto w stanie nim manipulować. Żeby to osiągnąć nie trzeba wymyślać nie wiadomo jak skomplikowanych figur. Wystarczy umiejętnie korzystać z dobrodziejstw, jakie pozostawiły nam mity.

Największym sukcesem Campbella bezsprzecznie były „Gwiezdne wojny”. To on był konsultantem Lucasa i to on naprowadził reżysera na mitologiczny trop, pilnując przy tym, aby korzystał z niego w umiejętny sposób. Tezy Campbella sprawdziły się na tyle dobrze, że kilka lat po jego śmierci Christopher Vogler – czyli producent ze stajni Disneya – stworzył campbellowski przewodnik po pisaniu scenariuszy. Na jego podstawie powstały takie filmy jak „Król Lew” czy „Matrix”. Ale wróćmy do „To”.

King jest pilnym uczniem Campbella. Powieści zaś przyrządza według przepisu słynnego antropologa. Garściami czerpie z mitów i podań. Zręcznie rozgrywa odwieczne tematy, odwołuje się np. do wyobrażeń Indian (mamy W „To” obrządki i przywoływanie duchów), kreuje baśniową rzeczywistość, w której dosłownie wszystko jest możliwe (stwór może przybrać każdą postać), choć jest jednocześnie jak najdalszy od bezrefleksyjnego zatopienia się w tym magiczno-mitycznym panoptikum. Cały czas twardo stąpa po ziemi i mitologizując Amerykę, rozprawia się z jej przeszłością.

Gdy wydano „To”, pokolenie dzieci kwiatów, do którego należy także King, wkraczało w czwartą dekadę życia. Ideały, którymi się żywili upadły, bądź odeszły w zapomnienie. Powieść Kinga przeniosła ich do czasów, gdy dojrzewali do buntu. Dzięki temu książka ta stała się czymś w rodzaju pokoleniowego wyrzutu sumienia. W końcu dziecięcy bohaterowie pisarza, jako dorośli stają się kimś innym, niż planowali. Dopiero powrót do miasteczka, w którym walczyli ze złem, przypomina im od dawnych ideałach i potrzebach. Ale żeby to nastąpiło, muszą wspólnie wybudzić się z odrętwienia, w jakie popadli jako dorośli. Jeden z nich przypłaci to przebudzenie życiem. Popełniając samobójstwo w symboliczny sposób, ucieknie od rozczarowania sobą. Świadomości, że stał się kimś, kim jako dziecko nigdy nie chciał być.

Pokoleniowy wehikuł czasu

Twórcy filmowego „To” mając świadomość, że ich film trafia do zupełnie innego pokolenia zastosowali w nim dwa proste, ale skuteczne chwyty. Po pierwsze przenieśli akcję do lat 80. ubiegłego wieku, czyli czasów młodości dzisiejszych czterdziestolatków. Po drugie – aby mocniej wygrać sentymentalny (i rozliczeniowy) ton – ograniczyli akcję tylko do lat młodości bohaterów. Przyszłość i to kim się staną zobaczymy dopiero w części drugiej, której akcja toczyć będzie się współcześnie. Jeśli zatem powieść Kinga była rozliczeniem z dzieciństwem pokolenia dzieci kwiatów, tak w filmie stworzonym przez dzisiejszych czterdziestolatków, czyli przedstawicieli pokolenia „X” (wychowane na MTV, świadome upadku muru berlińskiego) tę funkcję pełnią lata 80.

Tę tendencję w kulturze zresztą widzimy nie od dziś. To ona sprawiła, że w dwadzieścia dni, twórcy filmu „Kung Fury” zebrali na serwisie Kickstarter, ponad sześćset tysięcy dolarów na produkcję. To ona wypromowała takich muzyków jak zespół Hurts. I wreszcie to ten sam sentyment stał się siłą napędową serialu Netflix „Stranger Things”. W tym ostatnim to jest o tyle ironiczne, że powstał on po tym jak Warner Bros odrzuciło jego twórców, braci Duffer, jako potencjalnych reżyserów kinowego „To”. Panowie zabrali swoje pomysły do Netflixa, tworząc tam serialową kalkę powieści Kinga.

Muschietti miał pełną świadomość do kogo kieruje swój film, i jak on ma wyglądać. Stąd pełno tu nawiązań i odniesień do filmów z dzieciństwa pokolenia obecnych czterdziestolatków. „Gremliny rozrabiają”, „Koszmar z ulicy Wiązów”, „Batman”, „Zabójcza broń”. To tylko kilka przykładów pojawiających się tu ukłonów. Tyle, że sama gra na sentymencie nie gwarantuje sukcesu. Dlatego filmowe „To” idzie krok dalej. W przeciwieństwie do każdego z wymienionych wcześniej filmów, nie ogranicza się do powielania motywów z lat 80., a podobnie jak King w swojej powieści – buduje na naszych oczach wymyślony świat tamtej dekady.

Bo znów mamy tu wszystko przepuszczone przez filtr osobisty. I to filtr człowieka, który w Ameryce nie dorastał (Andy Muschietti, urodził się i dojrzewał w Argentynie) i nie miał prawa jej znać. Jego Stany to Stany człowieka, który tak je sobie wyobrażał. Stany wyśnione. Oparte na percepcji obcokrajowca, który nasiąknął mitem. Ten film jest zatem pokoleniowym wehikułem czasu, który dzięki swojemu spojrzeniu na Amerykę z dystansu (i kolejnym jej zmitologizowaniem) stał się fenomenem nie tylko na skalę amerykańską, ale światową.

W Wielkiej Brytanii film zarobił blisko czterdzieści milionów dolarów, we Francji prawie siedem. W Australii jego przychód sięgnął siedemnastu milionów. W Holandii – pięciu. Do tego mamy Hong Kong z blisko dwoma milionami, Koreę Południową w której zarobił siedem, Brazylię z wynikiem siedemnastu milionów. W Polsce także „To” ustanowiło rekordy. Blisko cztery miliony dolarów przychodu. W całym Bloku Wschodnim – prawie czterdzieści. I to nie dziwi. Wszyscy przecież żyliśmy tu snem o Ameryce. I tu Campbell nie ma złudzeń, twierdząc w „Potędze mitu”, że dzisiejsza mitologia urodziła się na ekranach kin i telewizorów.

Czasy się zmieniają

Czasy wciąż się zmieniają – śpiewał Bob Dylan. Ale jedna rzecz pozostaje niezmienna i o niej w kontekście „To” należy jeszcze wspomnieć. A tą rzeczą jest strach. Jak twierdzi sam King, groza powstaje w wyniku uczucia powszechnej dezintegracji, wrażenia że rzeczy wokół zaczynają się rozpadać. Lekarstwem na lęk zaś jest oswojenie go, poprzez zażycie jeszcze większej ilości strachu. Historia kina i literatury grozy pokazuje to dobitnie.

Gdy w powojennych Stanach społeczeństwo karmione propagandą senatora McCarthy’ego popada w komunistyczny obłęd, doszukując się wszędzie szpiegów, do kin trafił film, który nie tylko zmienił gatunek, ale stał się nieśmiertelną metaforą lęku przed obcymi. Mowa oczywiście o „Inwazji porywaczy ciał” Dona Siegela – w 1956 roku film ten początkowo traktowano jako trzecioligowy horror science fiction. Dziś omawiany jest w szkołach filmowych, jako idealny przykład filmu, który odzwierciedlił grozę swoich czasów. Podobnie rzecz ma się z „Amityville Horror” Stuarta Rosenberga, które z filmu o nawiedzonym domu, stało się dla Amerykanów symbolem recesji i załamania rynku pracy w latach 70. ubiegłego wieku.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego pewne filmy z prostych horrorów nagle zamieniają się w filmy, które definiują lęki społeczne? Na które tłumy walą do kin. Z odpowiedzią spieszy sam King, który twierdzi, że jest to jedyny gatunek, którego popularność jest ściśle powiązana z okresami poważnego politycznego lub ekonomicznego napięcia. Horror bowiem to alegoria, a jej element wpisany jest w samą ideę horroru. On sam pociąga nas, bo w sposób symboliczny przedstawia lęki jak najbardziej racjonalne.

Na pięć dni przed premierą „To” Donald Trump zerwał stosunki dyplomatyczne z Koreą Północną. Dwa tygodnie wcześniej terroryści uderzyli w samym centrum Barcelony. Żyjąc w niepewnych czasach, na świecie rządzonym przez ludzi, którzy tracą społeczne zaufanie, ludzie potrzebowali odpoczynku. Czegoś co sprawi, że na chwilę zapomną o tym, co donosi telewizja i Facebook. Potrzebowali klauna w dziwnym ubraniu, który przypomni im o czasach, w których czuli się bezpiecznie i da zapomnieć o tym, co uwiera i niepokoi.

Gdy w multipleksie wybrzmiewa ostatnia nuta niepokojącej muzyki Benjamina Wallfischa, Agnieszka powoli wstaje z fotela. Dzieciaki, które tuż przed seansem głośno podkreślały swoją obecność, schodzą w ciszy po schodach. Przyglądam się im z dystansu. Żaden z nich nie sięga po telefon komórkowy. Dziewczyna w końcu podnosi się. Chwyta płaszcz i rusza do wyjścia. Kiedy mija mnie, widzę na jej policzkach łzy. Uśmiecham się. Oddaje uśmiech.

– Podobało ci się?

– Bardzo. Ale wiesz, to nie jest taki film, jak myślałam.

– To znaczy?

– Myślałam, że to horror. A to film o mnie.

– Jak to? – dopytuję, nie ukrywając zaskoczenia.

– No bo wiesz, tu nie chodzi o klauna. Ja po prostu chciałabym mieć takich przyjaciół.

Wychodzimy. Myślę o słowach dziewczyny. Tym, że wszyscy potrzebujemy bliskości i poczucia przynależności. A „To” niezależnie od szerokości geograficznej – właśnie o tym nam przypomniało.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Komentarz
  • Falkory
    1 stycznia 2018 at 16:34
    Skomentuj

    Świetny tekst. Brawo.

  • Dodaj komentarz