Jason Hunt Books
większe kawałki

Thorn, czyli literacki wirus zombie

To było tak. Rzuciłem się na „Thorna” Jasona Hunta niczym głodny wilk. Zwietrzyłem krew i miałem ochotę mordować. Wyśmiać, wyszydzić, bezlitośnie wbić w ziemię powieść blogera. Niech oskarżą mnie o hejt, niech mówią, że jestem podły. Bylem tylko nasycił się potrzebą niszczenia. A potem zacząłem „Thorna” czytać…

Bez obaw. Nie nawróciłem się na Kominka vel Jasona Hunta, a „Thorna” nie uważam za najlepszą powieść jaką kiedykolwiek wydano. Nic z tych rzeczy. Ta książka jest koszmarnie zła. I powtórzę to każdemu, kto mnie o opinię zapyta (choćby był to tylko jamniczek sąsiadki i moja ciocia z Kielc, która straciła wzrok w 1976). Mogę tę opinię poprzeć cytatami z dzieła, mogę wyłuszczyć zdanie po zdaniu, dlaczego mówię stanowcze „nie” „Thornowi”. Ale nie potrafię niestety wpaść w złość. Nie potrafię się, że tak kolokwialnie napiszę, na Hunta wkurwić. „Thorn” bowiem nie wywołuje we mnie emocji, które są niezbędne do napisania tekstu kipiącego irytacją.

Dla porównania. Kiedy czytałem nieszczęsną „Mgłę” każda strona budziła we mnie coraz większą agresję, co przełożyło się na tekst. Ktoś mógł odebrać ją jako zawiść (niesłusznie), ktoś inny mógł poczuć się urażony ilością testosteronu (słusznie), ale taka „Mgła” nad „Thornem” miała tę przewagę, że była jakaś. Powodowała, że budziły się we mnie emocje. Tu z każdą kolejną stroną zamiast się wkurzać, po prostu czułem się coraz bardziej senny. Obojętniałem na bon moty, złote myśli zamiast bawić, powodowały otępienie. Doszedłem do takiego momentu (gdzieś w okolicach strony 150), że musiałem iść z psem na długi spacer, bo inaczej zwyczajnie bym zasnął z nosem w czytniku. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułem coś takiego, czytając powieść. Postępujące znużenie, które promieniuje na całe ciało. Chyba nigdy. Więc brawo panie Hunt – mamy za sobą nasz pierwszy raz. Kiedy wróciłem do czytania zmęczenie ustąpiło, zastąpione – uwaga – tak, smutkiem. Po prostu zrobiło mi się smutno. Z zazwyczaj tryskającego jadem i złośliwościami faceta, zamieniłem się w cień siebie. Przygnębionego typa, który ma świadomość, że nie napisze najśmieszniejszego tekstu o „Thornie”. Co najwyżej najbardziej przygnębiający.

[quote align=’right’]Czytając „Thorna”, miałem wrażenie, że został napisany przez kogoś, kto zupełnie świadomie i z premedytacją postanowił wytoczyć wojnę polskiej gramatyce.

A plan na nabijanie się z „Thorna” był piękny. Z grupką znajomych usiedliśmy sobie w ubiegły piątek i czytając od tyłu co bardziej soczyste fragmenty, odkryliśmy, że prawdziwy „Kod Kominka”, polega na zaszyfrowanych informacjach, które przekazał on w „Thornie” Al-Kaidzie. Że ta powieść motywacyjna, to tak naprawdę instrukcja obsługi dla terrorystów, w której Kominek vel Jason Hunt wytłumaczył jakie cele w Polsce atakować. Tyle że ta szalona inwencja (i infantylna, przyznaję) narodziła się gdzieś po lekturze pięciu stron. Kolejne siedemdziesiąt skutecznie ją zamordowało. Następne sto doprowadziło mnie do takiego stanu apatii, że zacząłem oglądać najgorsze filmy z Leslie Nielsenem. Te koszmary włosko-hiszpańskie, w których pojawiał się pod koniec życia, raptem na kilka minut,  robiąc z siebie większego idiotę, niż było to wszystko warte. Panie Kominek – tak jest doprowadził pan, człowieka, który do tej pory myślał o sobie w dość ciepły sposób (bez szaleństw, ale zawsze), na skraj obłędu.

A zatem skąd ta apatia i przygnębienie? I tu dochodzimy do clou opowieści. Do tej pory czytałem o „Thornie” albo skrajnie absurdalne peany pisane przez blogerki, które nie potrafiłby napisać poprawnie „kurwa” na zakurzonych żaluzjach, albo złośliwe pstryczki ze strony poważnych dziennikarzy. A to ktoś zrobił konkurs – które kwestie napisał Kominek, a które Paulo Coelho. „Thorn” bowiem pełen jest skrzydlatych myśli, które tłumaczą zawiłości tego świata, podobnie jak książki Coelho. Jednak między nimi (autorami) jest pewna zasadnicza różnica. Coelho, owszem jest grafomanem, owszem wciska nam prawdy objawione i nakazuje wedle nich żyć. Tyle że większość owych myśli zaczerpnięta jest z czegoś innego. Brazylijczyk garściami kradnie (bo nigdy nie podaje źródeł) z  buddyzmu, hinduizmu, przetwarzając mądre cytaty w cytaty dla mas. Taki jego urok. Ale w przeciwieństwie do Jasona Hunta ma jakieś intelektualne zaplecze. W „Thornie” takowego brak. Wiatr hula między literami. I tyle. Poza tym jest jeszcze jedna różnica – Coelho, cokolwiek o nim nie powiedzieć, potrafi zapisać swoją sentencję w sposób poprawny językowo. Kominek ma z tym ogromny problem.

[quote align=’left’]E-book krąży w sieci i niczym literacki wirus zombie infekuje kolejne mózgi, zamieniając młodych Polaków w kretynów. Tak się bowiem dzieje, kiedy ktoś wmawia masie, że błędy są fajne, a gramatyka nikogo nie obowiązuje.

Czytając „Thorna”, miałem wrażenie, że został napisany przez kogoś, kto zupełnie świadomie i z premedytacją postanowił wytoczyć wojnę polskiej gramatyce. Że istnienie czegoś takiego jak podmiot, orzeczenie to zło, z którym do tej pory wszyscy musieli sobie jakoś radzić, a Hunt powiedział dość. Koniec dyktatury poprawności językowej. Koniec z logiką. Koniec z gramatyką. Teraz nadeszły czasy Hunta. Podam wam jeden przykład – mój ulubiony. Wszystkie decyzje jakie podejmujemy sprowadzają się do jednej prostej odpowiedzi. Pozytywnej lub negatywnej. Poza tym że oczywiście Kominek ma rację – owszem wszystko w życiu sprowadza się do decyzji, odpowiedzi. Ale nie do jednej. Matematyka i logika każe nam uznać fakt, iż stojąc naprzeciwko drzwi, z których jedne prowadzą do piekła, a drugie do nieba, stoimy de facto przed parą drzwi. 1+1=2. Zresztą tę prawdę życiową Kominek także w „Thornie” wyłuszcza. Pytanie dlaczego akurat w tym wypadku według niego 1+1=1? Nie wiem. I nie wiem też, gdzie był redaktor tego dzieła – firma poprawnie.com.pl. Chciałbym z panią, która redagowała tę powieść porozmawiać. Zapytać, czy słyszała kiedyś o orzeczeniu w zdaniu? Wie, jaką funkcję pełni w języku polskim podmiot? Jeśli tak, to dlaczego w obrębie jednego zdania, podwójnie złożonego, pozwala autorowi go zmienić ze trzy razy?

W oczach nastolatków, którzy wielbią Jasona Hunta wychodzę pewnie teraz na starego (37 lat) palanta i gramatycznego terrorystę. Dobrze, niech i tak będzie. Ale proszę o jedno. Pamiętajcie, że Kominek nie zmieni zasad polskiej pisowni. One obowiązują od lat, są dość elastyczne i pomagają nam (Polakom) w komunikowaniu się między sobą. Podstawową funkcją jaką pełni język polski, to funkcja komunikacji – dzięki niemu ze sobą rozmawiamy. Dopiero potem, kiedy już potrafimy logicznie się wysławiać, sięgamy po inne „trofea”. Jednym z nich jest pisanie – także książek.

Moja apatia i zmęczenie zatem nie tyle wynikały z lektury „Thorna”, a tak naprawdę z rodzącej się we mnie coraz większej świadomości, że oto obcuję z czymś, co w oczach ludzi urodzonych między 1997 a 2003 rokiem uznawane jest za literaturę. Że to pokolenie uznające „Thorna” za dzieło objawione, będzie uczyć się na nim pisać. Że książka Hunta może zostać uznana ze literaturę, choć nie spełnia podstawowego wymogu literatury. Nie jest napisana w języku polskim. To ponad dwieście stron gramatycznych błędów, kalek językowych i logistycznego piekła.

Sprawdziłem, ile razy odwiedzono książkową stronę Hunta – jakieś 24k. Myślę nie jest źle. Może dramatyzuję z tym kształceniem młodych imbecyli, ale potem do mnie dotarło. Przecież jest e-book. E-book krąży w sieci i niczym literacki wirus zombie infekuje kolejne mózgi, zamieniając młodych Polaków w kretynów. Tak się bowiem dzieje, kiedy ktoś wmawia masie, że błędy są fajne, a gramatyka nikogo nie obowiązuje. Otóż Panie Jason Hunt – jednak obowiązuje. I proszę o tym pamiętać. Proszę – bo za dwadzieścia lat obudzimy się w kraju troglodytów, którzy na rachunek z knajpy będą mówić komiks.

Niech Pan sobie pisze kolejne dwa tomy. Niech Pan bawi się w skandale i socjotechnikę. Niech Pan manipuluje odbiorcą. Niech Pan odniesie sukces i będzie autorem bestsellera. Tylko bardzo Pana, ale to bardzo Pana proszę – niech Pan swoje złote myśli składa z poszanowaniem zasad pisowni. Słowo PISownia, nie ma nic wspólnego z PISem i nie jest polityczne. Więcej – jest kompletnie apolityczne. A jak Pan to zrozumie, że PISząc po polsku, nie schlebia Pan władzy, a traktuje poważnie swoich czytelników, kolejne tomy będą tylko lepsze. Znaczy to wciąż będzie koszmarny bełkot, ale bez obaw będzie mógł go Pan sobie postawić na półce obok książek. Póki co „Thorn” odsłona pierwsza to Bóg jeden wie co, wydrukowane na papierze. Drogim i ładnym. Przyznaję. Ale jak to było w pewnej bajce – nie szata itp. itd.

Kategorie
większe kawałki
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

20 komentarzy
  • Paweł
    25 sierpnia 2015 at 22:02
    Skomentuj

    Świetne podsumowanie. Osobiście dawno porzuciłem lekturę bloga Kominka z powodu tandetnej treści i widzę że na przestrzeni lat nic się nie zmieniło.

  • Łukasz Golowanow
    25 sierpnia 2015 at 22:14
    Skomentuj

    Kalek językowych? Czy może jednak kalk? 🙂

    • El
      25 sierpnia 2015 at 22:28
      Skomentuj

      Chyba jednak uznałabym to za grę słów – kalek, takich połamanców językowych skrzyżowanych z kalkami:))))

  • Marchewka
    25 sierpnia 2015 at 22:18
    Skomentuj

    A można prosić o większą porcję cytatów z babolami? Bo aż korci, a nie chcę do tej pozycji sięgać 🙂

    • Robert Ziębiński
      Robert Ziębiński
      25 sierpnia 2015 at 22:26
      Skomentuj

      ale musiałbym łapką przepisywać 🙂 dobra ale w weekend, bo teraz czasu brak na kopiowanie:)

  • El
    25 sierpnia 2015 at 22:27
    Skomentuj

    Fantastycznie mądry tekst i jaki uniwersalny, bo przecież nie tylko o tej książce (?) Aż chyba przeczytam… wróć… przewertuję to dzieło, bo jestem żądna takich smaczków, choć na pewno poza chorą satysfakcją, że ma Pan tak samo jak ja, będę smutna, a może nawet wpadnę w otchłań rozpaczy. Niestety, z tymi antywzorcami jakoś tak jest ostatnio, że są ślepo i głucho naśladowane / uwielbiane przez nie zrażoną (nigdy nie wiem, czy tu to „nie” ma być razem czy osobno, pokornie przepraszam) swoją niewiedzą i miernotą owych antywzorców młodzież. I wiadomo już, jakie będą Rzeczypospolite… Obsewruję to w codziennje z nią pracy, i już nie mam siły walczyć z tym smokiem o niewyczerpanej liczbie głów.
    Może warto rozpowszechnić taką myśl: Co wolno w/na blogu, to nie tobie, bajkopisarzu.
    Ech… Tak mi przykro, że bezwartościowe równa się popularne…

  • Anonim
    25 sierpnia 2015 at 22:32
    Skomentuj

    „Podstawową funkcją jaką pełni język polski, to funkcja komunikacji” – to tyle, jeśli chodzi o gramatycznego terrorystę…
    Nie – nie jestem zainfekowana „Thornem”, ocena książki mnie nie ubodła (bo rzeczonej książki zwyczajnie nie znam), ale zrobiło mi się smutno, że na pierwszy i nawet drugi rzut oka nie spostrzegłam, o co chodzi z tym zmienionym podmiotem – a wydawało mi się, że znam nasz język nie najgorzej. Tymczasem czytam sobie dalej i widzę, że nie tylko Hunt ma problemy z językiem. Nie usiłuję się wyzłośliwiać, ale jak się kogoś za coś krytykuje, to trzeba bardzo uważać, żeby samemu nie zostać przyłapanym na błędzie.

    • crusia
      30 sierpnia 2015 at 16:40
      Skomentuj

      Widzę, że nie tylko mnie zdziwiło wybranie akurat mało oczywistego przykładu błędu i jeszcze pastwienie się nad nim co najmniej tak srogo, jak nad „wziąść” pewnej posłanki.

  • AAA
    26 sierpnia 2015 at 07:51
    Skomentuj

    Logistyczne piekło?

  • Shigella deShige
    26 sierpnia 2015 at 08:08
    Skomentuj

    Zastanawia mnie zwrot „logistycznego piekła”. Chodzi chyba o logiczne?

  • agatagotuje
    26 sierpnia 2015 at 09:45
    Skomentuj

    Pani, która podjęła się redakcji/korekty tego dzieła, dała również ciała w „Blogerze i socjal mediach”.

  • Anna Kijak
    26 sierpnia 2015 at 11:10
    Skomentuj

    Podstawową funkcją języka JEST funkcja komunikacji. – tak będzie poprawnie 😀

    • Groza
      26 sierpnia 2015 at 13:39
      Skomentuj

      Albo „Podstawowa funkcja, jaką pełni język polski, to funkcja komunikacji”. 🙂

  • Sylwia “Miłośniczka Książek” Węgielewska
    26 sierpnia 2015 at 22:10
    Skomentuj

    Czytać nie zamierzałam, a po Twoim tekście nie zrobię tego już na pewno. Nienawidzę błędów, o których piszesz, w książkach. Jestem cięta na wszelkiego typu wpadki gramatyczne, stylistyczne itd. Dla mnie lektura w/w książki byłaby czystą męczarnią. Więc autorowi mówię: nie, dziękuję.

  • Anonim
    26 sierpnia 2015 at 22:42
    Skomentuj

    W końcu. Ktoś. Dziękuję 🙂

  • marcinkamishi
    28 sierpnia 2015 at 14:46
    Skomentuj
  • Adam Czarnecki
    30 sierpnia 2015 at 22:09
    Skomentuj

    Recenzent, krytykując autora, sam powinien zadbać o bezbłędność własnego tekstu.
    Jeden z przykładów, gdzie można poprawić interpunkcję i składnię:
    „Podstawową funkcją jaką pełni język polski, to funkcja komunikacji (…)”

  • Vandrer Uggle
    25 września 2015 at 14:29
    Skomentuj

    Rzeczywiście THORN może chłodzić czytelnika, tymi tekstami motywacyjnymi, ale jeśli chodzi o pisownie sowa nie czepiała by się tak bardzo. To raczej opowieść, a nie powieść. Język bardziej mówiony niż pisany jest jak najbardziej na miejscu. Nie mniej jednak wpadek stylistycznych tam sporo, więc redaktorka wstydzić się powinna. Zapraszam do siebie na recenzję pisaną z sowiego punktu widzenia. Pozdrawiam.

  • Anonim
    23 października 2015 at 15:06
    Skomentuj

    Im większy dystans czasowy dzieli mnie od tej lektury, tym bardziej bezwartościową literaturą Thorn się wydaje. Produkt obliczony na blogerów, którzy łykna wszystko od swojego mistrza (nota bene akcja „Biorę do buzi” też się temu środowisku podobała). Nie mogę tylko zrozumiec jak niektórzy inteligentni ludzie, np Paweł Opydo dali się w to wciągnąć i piszą teraz o jakichś bestsellerach na podobieństwo „Buszującego w zbożu”. Życzę Kominkowi wszystkiego dobrego, ale w sukces kolejnych części szczerze wątpię.

  • Jason Hunt "Thorn" – recenzja
    16 września 2017 at 20:49
    Skomentuj

    […] które teoretycznie powinny zmieniać nasze życia, często szwankuje logika. Przytoczę przykład, na który zwrócił uwagę Robert Ziębiński, a który przy okazji dotyczy jednego z ulubionych cytatów pochodzących z tej […]

  • Dodaj komentarz