większe kawałki

Steven Seagal i jego kitka


Galapagos Films wypuściło niedawno dwuczęściową kolekcję DVD, zawierającą dziesięć filmów Stevena Seagala. Z tej okazji (nieco spóźnionej) przybliżamy sylwetkę długowłosego pogromcy zła.

 

Jest to sylwetka co się zowie niebanalna: 193 centymetry wzrostu. 7 dan w aikido. 45 ról. Pierwszy biały właściciel dojo w Japonii (co wnikliwsi twierdzą, iż zwyczajnie wżenił się w ten zaszczyt.) Człowiek, który zaczął łysieć w latach osiemdziesiątych i w chwili, gdy piszę te słowa, nadal zaczyna.

 

Jakkolwiek charakterystycznej fryzury Seagala (w internecie zwą ją „zaczesem Drakuli”) z tajemnych powodów nie nadgryzł czas, jego kariera nie okazała się równie trwała. Przyczyn tego należy szukać tyleż w proteuszowym obliczu kultury popularnej, regularnie zmieniającej nastrój i tonację filmów akcji, co w samym gwiazdorze. Seagal jest osobistością co się zowie ciężkostrawną. Znany jest m.in. z manier primadonny (jeśli nie podoba mu się scenariusz, zamyka się i godzinami dąsa w swej przyczepie). Ze złośliwego, celowego uszkadzania kaskaderów na planach filmów, w których grał. A także z molestowania seksualnego swych licznych filmowych partnerek oraz asystentek. Kilka z nich swego czasu podało go do sądu za nadużywanie stosunku pracy, jedna za gwałt. Fanki, które znalazły się w bezpośredniej bliskości gwiazdora potwierdzają, iż ma on lepkie łapy. Kelly LeBrock, eks-żona nr 3 twierdzi, iż była przez niego gwałcona przez lata. Wrócimy jeszcze do tych żon.

 

Powiedzieć, że Seagal nie jest lubiany w branży, to nic nie powiedzieć. Koledzy po fachu, a konkretnie Sly Stallone i Jean-Claude van Damme od lat rozpowszechniają o nim ambarasujące historyjki. Moja ulubiona to ta, w której w późnych latach 90-tych Seagal podczas przyjęcia buńczucznie zapowiada, iż pokona Van Damme’a w walce wręcz. Gdy zirytowany tymi przechwałkami Belg odstawia piwo i proponuje: „cho na solo fajansiarzu”, nasz bohater wskakuje w swą kosztowną brykę i oddala się – nadzwyczaj chyżo. 

 

To fakt, dawnemu mistrzowi refleksu się przytyło. Lecz humorystycznie komentowany przybytek w pasie (z żylastego chłopaka Steve przeistoczył się w Obelixa, w związku z czym ostatnio większość roboty na planie wykonują zań kaskaderzy) to na tle licznych przywar aktora doprawdy pestka.

 

Dla dzieciaków urodzonych jak ja we wczesnych latach osiemdziesiątych Seagal był legendą. Arcydzieła z jego udziałem przybywały do nas w postaci zgranych do imentu, trzeszczących kaset VHS – odtwarzanych w domach nielicznych szczęściarzy, którzy mieli magnetowid.  Zanim ujrzałam pierwszy film, streściły mi go rozemocjonowane koleżanki. Stałym zwieńczeniem takich opowieści było: „Wtedy on wziął i ich wszystkich pokonał!” W tym właśnie Steve był najlepszy. W pokonywaniu.

 

Ten mój pierwszy film to był bodajże „Liberator.” Desperacka zrzynka z o ileż znakomitszego „Die Hard”, ale ja o tym nie wiedziałam. Kibicowałam dzielnemu kucharzowi w walce z terrorystami, choć sam Seagal nie chwycił mnie za serce. Jego jedna jedyna, zarzynana do upadłego mina (mars na wysokim czole i usteczka w ciup) wydała mi się już wtedy cokolwiek niezbyt wyszukana.

 

Lecz przecie nie za aktorstwo, drewniane jak kij jo Seagal był tak kochany. W rozrywce panuje dzika konkurencja. Warto wyrzeźbić sobie niszę. I Seagal wyrzeźbił: wąską, na miarę swych wąskich możliwości. Nie był wszak żadnym artystą estrady, a instruktorem i filmowym choreografem sztuk walki. W historii tego ostatniego fachu zapisał się zresztą na wiek wieków, gdy na planie bondowskiego „Never Say Never Again” (1983)…złamał Seanowi Connery nadgarstek. 

 

 

 

W popisywanie się na ekranie wciągnął Stevena agent talentów Michael Ovitz, zresztą jeden z jego uczniów. Począwszy od debiutanckiego „Nico” z 1988 roku (znanego także pod tytułem „Above the law”, czyli Ponad prawem) seagalowi bohaterowie są wszyscy cięci z tego samego spłachcia. Jeśli nie są policjantami, to posiadają powiązania ze służbami specjalnymi rozmaitego autoramentu, łagodne usposobienie (do czasu, dopóki ich Zły Człowiek nie rozjuszy) – oraz pewną cechę magiczną, odróżniającą Steve’a od reszty peletonu gwiazdorów kina akcji lat 80. i 90-tych. Mianowicie: nietykalność. Kto kiedykolwiek widział rannego, zmarnowanego po bitce, ubłoconego, ciężko dyszącego Seagala – przyznać się! Jego herosi, widząc krzywdę dziejącą się bezbronnym nieodmiennie biorą sprawy w swoje ręce i sprawiają tęgi łomot draniom, nie doznawszy przy tym bodaj draśnięcia. Tu zapewne należy szukać źródła fascynacji Seagalem, rozpowszechnionej zwłaszcza wśród dzieci i nastoletnich chłopców. Ten facet nie dość, że Zawsze Zwyciężał Zło – to jeszcze nawet się przy tym nie brudził.

 

Inną, niewątpliwie pozytywną cechą wczesnych filmów Seagala były rozbudowane, drobiazgowo ukazane sekwencje walki. Nie wdając się w dywagacje, dlaczego dziwnym trafem wszyscy przeciwnicy naszego gieroja są odeń niżsi o półtora głowy, co poważnie ułatwia mu sprawę: szybkość i precyzja bojowa Stevena zaprawdę robiły ongiś wrażenie.

 

Dziś już nie robią. Nasz bohater, jako się rzekło, zdał się w tym zakresie na bezimiennych kaskaderów. Ale też i filmy, które produkuje od dawna wędrują prosto do dystrybucji DVD.

 

Gdyby spytać samego gwiazdora, dlaczego tak się stało, odrzeknie bez namysłu – To wszystko przez CIA! Tajniacy utrącili moją karierę! Steve istotnie miał na pieńku z facetami w czerni, a zwłaszcza z jednym nazwiskiem Robert Strickland. Ponoć zaoferował agentowi pokaźną sumę w zielonych…za usunięcie z tego padołu kogoś, kogo nie lubił. Po sukcesie „Liberatora” (w oryginale „Under Siege”) Seagal tak się wczuł w swoją rolę, że zaczął tu i ówdzie rozpowiadać, jakoby on sam służył ongiś w CIA. Używając w tym celu anegdot Stricklanda.

 

Steve uwielbia opowiadać o sobie. Gęsto i szeroko. Historie te należy cedzić dużym sitem, bowiem chłop ma przebogatą wyobraźnię, która regularnie miesza mu się z rzeczywistością. Według samego Seagala, jest on nie tylko byłym agentem sił specjalnych, lecz także:

 

– Włochem z pochodzenia, urodzonym na Brooklynie. (Jest krwi irlandzko-żydowskiej, zas urodził się w mało legendarnym Lansing w stanie Michigan.)

 

– nieustraszonym pogromcą yakuzy w czasach, gdy prowadził dojo w Osace. (Eks-żona numer jeden, Miyako Fujitani, również mistrzyni aikido, twierdzi, iż nic podobnego nie miało miejsca. „Przepędził raz jakichś pijaczków, co się napatoczyli i tyle.”)

 

– wcześnie rozkwitłym, wybitnym talentem bluesa, który wywarł swego czasu wrażenie na starych wyjadaczach z Detroit. Oddajmy głos mistrzowi: „Wychowałem się w Detroit, gdzie blues wisiał w powietrzu. (…) Little Milton usłyszał, jak gram i powiedział: Ten skubaniec nie jest biały.” W rzeczywistości rodzice Seagala opuścili Detroit, gdy ich syn miał 5 lat. Do gitary dorwał się zdecydowanie później. Owszem, wydał dwie płyty z rzewnymi kawałkami. W niektórych z nich śpiewa z jamajskim akcentem. I to chyba wszystko, co można ciekawego o jego karierze bluesmana powiedzieć.

 

 

Jednym Seagal jakoś nigdy się nie tytułował – pogromcą serc niewieścich. Lecz coś musiało być na rzeczy, skoro był żonaty czterokrotnie i sprowadził na świat w sumie siedmioro dzieci. Małżeńskie więzy traktował nader niefrasobliwie. Gdy wytypował już kandydatkę na kolejną panią Seagal, nierzadko zapominał poinformować o tym obecną. (Casus Fujitani, z którą formalnie rozwiódł się dopiero po ślubie z Adrienne La Russa – by potem powtórzyć ten sam manewr na rzecz Kelly LeBrock.)

 

Eks-żony nie zapomniały mu afrontów. LeBrock napisała książkę o swoim życiu – także z Seagalem. Fujitani sprezentowała mediom wdzięczną anegdotkę: „Steven nigdy nie dostałby tego czarnego pasa, gdyby sędzia, znany leń, nie przysnął podczas jego egzaminu. Ocknął się dopiero pod sam koniec!”

 

Ostatni raz mieliśmy okazję podziwiać Steve’a na dużym ekranie w roku 2010, gdy wystąpił jako pulpowy boss mafii w „Maczecie”. Fakt, mamrotał nierozumiale, ale nie położył roli. Zapewne dlatego, iż była drobna.

 

Nieusatysfakcjonowany obrotem, jaki przybrała jego kariera, Seagal próbuje zatrzeć granicę między swym kinowym wizerunkiem a rzeczywistością. W tym celu w 2011 zaangażował się w policyjny reality show o nazwie „True Justice”. Umundurowany i uzbrojony po zęby, siał postrach wśród filmowanych na żywo rzezimieszków. Zasiał go permanentnie w sercu pewnego psa oraz kilkudziesięciu kurczaków, które zostały zastrzelone podczas inscenizowanego najazdu policji na dom pewnego łamacza prawa. Łamacz ów nie poznał się na praworządnym duchu Seagala i pozwał aktora do sądu za straty moralne. „Moje dzieci uwielbiały tego psa!” stwierdził.

 

Szczerze mówiąc, wątpię, czy Steve jeszcze nas czymś pozytywnym zaskoczy. Póki co, uporczywie odmawia Stallone’owi udziału w jedynym przedsięwzięciu, które mogłoby go podratować wizerunkowo: w serii Expendables. Najwyraźniej poza wszystkimi swymi zaletami jest także pamiętliwy.

Kategorie
większe kawałki
Nina Wum

Nina Wum – niedoszła absolwentka teatrologii. Recenzuje książki dla wydawnictw, czasem tłumaczy. Kocha kulturę tzw. masową miłością namiętną i nierozsądną. Czyta, słucha, łupie w gry, ogląda, przetwarza – niekoniecznie w tej kolejności.

Dodaj komentarz