większe kawałki

Starcraft – Powrót kultowego, strategicznego space-westernu

W ramach przygotowań do remasteru Starcrafta Blizzard wypuścił załataną wersję za darmo. Pobierając grę należy pamiętać o jednym. To coś więcej, niż słynna platforma e-sportowa. Kultowy RTS jest jednym z najlepszych space-westernów w historii wirtualnej rozrywki.

Starcraft to fenomen. Taki prawdziwy, pełnokrwisty, zniewalający dziesiątki tysięcy graczy, przeklinających Zergrushe i marzących o tym, by dorównać Koreańczykom w ich sporcie narodowym. Zachował rzeszę fanów nawet mimo dominacji League of Legends i innych MOBA, a kampanie wciąż się bronią. Te poświęcone ludziom to zresztą pełnoprawne space-westerny, które po lekkich poprawkach mogłyby posłużyć za materiał na film lub serial.

Zresztą, konwencja nie była jakoś przesadnie eksploatowana w ostatnich latach. Nawiązują do niej niektóre symulatory kosmiczne (Freelancer), czy polski Bulletstorm. W dosyć śmiały sposób weszła w romans z Mass Effect: Andromeda – gra Bioware opowiadała wszak o pionierach odkrywających nowy świat. Westernowe akcenty możemy też znaleźć w MMO Star Wars: The Old Republic, zwłaszcza, jeśli wybierzemy odpowiednią klasę postaci.

Pełnokrwisty space-western – najbliżej były chyba Borderlands – z przyziemnymi wątkami, zdradzieckimi dowódcami i określoną estetyką zdarza się niezwykle rzadko, nawet jeśli gry video eksplorują kosmos tak bardzo, że gwiazd i planet mamy po kokardkę.

Kowboje kontra obcy

I tu pojawia się Starcraft ze swoim rozbudowanym światem, z klimatem dzikiego kosmosu, nieprzyjaznych krain, gdzie przetrwają tylko ludzie więksi niż życie, zakuci w pancerze space-marines. Twardzi jak skała, ale często też podli, bezwzględni i interesowni. Uwikłani w tryby machiny politycznej lub renegaci pragnący osiągnąć swój cel za wszelką cenę. Zupełnie, jak bohaterowie spaghetti westernów. Zresztą, najczęściej kończą podobnie do bohaterów kultowych filmów. Zgorzkniali i zniszczeni, nawet w chwili tryumfu.

Główne motywy serii to walka o władzę, starcia z obcymi, tajemniczymi cywilizacjami, które najechały Terran – ludzi. Ważniejsze od nich są jednak wątki osobiste, zbudowane na prostych, przyziemnych motywach i emocjach.

Taka jest przecież historia Jima Raynora i jego pogoni za Kerrigan, ciągnąca się przez niemal wszystkie odsłony serii. Raynor i jego ferajna w głębokim poważaniu mają inwazję obcych i rozgrywki żądnych władzy polityków – których ofiarami często zresztą padali w przeszłości. Sam Raynor to raczej bandzior z zasadami, który został szeryfem – takim z prawdziwą gwieździstą odznaką – a po wszystkim chce mieć spokój i zasiąść w spelunie ze szklanicą podłego trunku.

Starcraft to nie tylko westernowa opowieść, ale też estetyka. Marinesi serwują nam bezczelne odzywki z tym swoim południowym akcentem. Dzielnych rednecków w pancerzach wspierają też odpowiednie brzmienia podparte brzęczącą, jakby rozstrojoną gitarą. Zwłaszcza w przerywnikach filmowych. Kiedy wykonujemy misje na planecie Mar-Sara (kampania Terran w podstawce), mijamy szyldy zdemolowanych barów, saloonów innych przybytków rodem z epoki pionierów. Niektóre wątki z serii, zmagania separatystycznych organizacji i przedstawicieli dominującego porządku były zresztą inspirowane Wojną Secesyjną. 

Starcraft 2: Wings of Liberty poszło jeszcze dalej. Na statku Raynora – który zgorzkniał jeszcze bardziej – mieliśmy dostęp do iście westernowej kantyny, w której stała szafa grająca. Już nie wspominając o fabule, która opowiadała o osobistej krucjacie eks-szeryfa. Jego ekipa, na czele ze starym przyjacielem Findlayem, który nie rozstawał się z cygarem i pancerzem, wyglądała jak banda zbirów rodem ze spaghetti westernów. Nawet jeśli pod koniec zaczęły do nas docierać jakieś natchnione proroctwa, to były to raczej poboczne tropy, które zdominowały dopiero następne kampanie – Heart of the Swarm i Legacy of the Void. Choć nawet tam Raynor pozostawał skwaszonym zakapiorem, który wprawy w walce nabierał rabując banki.

Inne ślady

Naturalnie Starcraft to dużo bardziej skomplikowana układanka i mozaika motywów. Wiele osób wskazuje na podobieństwa do klasycznych Starship Troopers, czy Obcego. Fakt, nie da się ukryć, że dziewczyny i chłopcy z kosmicznego południa stają naprzeciw potwornościom, które niejednego by złamały – przed Zergami, które mają w sobie coś z projektów Hansa R. Gigera dopasowanych do możliwości ówczesnych komputerów. Znajdziemy tu też mniej lub bardziej zasygnalizowane elementy body-horroru (motyw transformacji Kerrigan w Królową Ostrzy).

Dzieło Blizzarda nie odżegnuje się też od space-operowego rodowodu. Gdzieś tam na horyzoncie czai się większe zło, a w wiele wydarzeń uwikłana jest wszak potężna, choć zagubiona, rasa starożytnych obcych, Protossów. To zresztą nie jedyne ogniwo, przez które wielu odbiorców łączy Starcrafta z inną popularną marką poświęconą wielkim wojnom w kosmosie…

Ciche wydawców utarczki

Jeśli wierzyć niektórym głosom – epopeja o Terranach, Zergach i Protossach ma trochę wspólnego z Warhammerami. Swego czasu wiele mówiło się o tym, że Starcraft w pierwszej fazie powstawał jako gra, którą Blizzard chciał zaproponować Games Workshop jako Warhammer 40,000 w wydaniu RTS, jednak przyszły gigant spotkał się z odmową. Nie byłoby w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że podobny los spotkał wcześniej Warcrafta, który zaczynał jako przeniesienie Warhammera Fantasy na komputery. Oba -crafty miały bardzo zbliżony rdzeń rozgrywki…

A podobieństw na pierwszy rzut oka jest całkiem sporo – marinesi dający odpór hordom obcych, tajemniczy obcy (u Blizzarda Protossi, u GW – Eldarowie) i świat toczony wielkim konfliktem. Tyle, że po odmowie Starcraft poszedł w inną stronę. Stał się światem odrobinę bardziej stonowanym, historia – mniej rozbuchaną. Potężnych rycerzy walczących za nieprzejednanego Imperatora zastąpili rozbestwieni kowboje, dla których rebelia była chlebem powszednim. Mało któremu przeszło przez myśl, by popadać w dystopijny fanatyzm.

Nawet jeśli ktoś na początku żałował takiego stanu rzeczy – to jednak nieporozumienie z Games Workshop – wyszło wszystkim na dobre. Blizzard miał pełną kontrolę nad marką, dostarczył opowieść na odrobinę mniejszą skalę. Bardziej przystępną i swojską, zawierającą bilet wstępu do świata sieciowych zmagań. Miłośnicy starć z siłami Chaosu dostali potem Dawn of War, również świetną grę, której trzecia część zbliża się wielkimi krokami.

Starcraft to dziecko wielu tropów kulturowych, choć pozostaje wierny space-westernowej estetyce i duszy. Teraz możecie się o tym przekonać sami i to za darmo. Albo poczekać na odpicowany remaster.

Kategorie
większe kawałki
Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który potrafi płynnie przejść od słodkiego lenistwa do nadaktywności - i z powrotem. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, rozmaitych hobby, a czasem nawet w otchłań studiów. Publikował, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych - GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz