większe kawałki

„Split”, czyli pochwała gatunkowej dewiacji

Stopniowy powrót M.Night Shyamalana do formy cieszy niezmiernie. Po serii komercyjno-artystycznych porażek reżyser nie tak dawno odbił się od dna „Wizytą”, a najnowszy „Split” zasłużenie święci triumfy w amerykańskim box office.

Na wstępie uczciwie ostrzegam – popłyną spoilery, ponieważ aby dotknąć sedna najnowszego dzieła Shyamalana trzeba, a nawet warto wgryźć się w jego formalne aspekty i wszystkie fabularne wolty, wnoszą one bowiem dużo świeżości do tej odmiany kina rozrywkowego, którego znakiem rozpoznawczym jest gatunkowy miszmasz. W tym tkwi główna zaleta „Split”, wymyka się on zgrabnie jednoznacznej, gatunkowej przynależności i pokazuje profity płynące z takiego podejścia do opowiadanej historii. Oczywiście wszelkie korzyści mogą uwydatnić się jedynie w rękach sprawnego reżysera, który doskonale wie czego chce i jak najlepiej obrobić dostarczony mu materiał.

Z Shyamalanem jest o tyle ciekawa sprawa, że materiału dostarcza on sobie sam. Inaczej było z tymi, którzy wyraźnie wpłynęli na drogę twórczą hinduskiego reżysera. Alfred Hitchcock przetwarzał we własną filmową wizję cudze scenariusze, Brian De Palma tylko czasami partycypował od początku w tym procesie. Shyamalan konsekwentnie wymyśla (z niewielkimi wyjątkami) własne historie, a jego znakiem rozpoznawczym stały się końcowe twisty, zmieniające nasze spojrzenie na całą opowieść. To wszystko nie działa, kiedy reżyser wychodzi znacznie poza kameralność fabuły i dodatkowo każe swym bohaterom przemieszczać się gdzieś dalej poza początkowe miejsce akcji, jak miało to miejsce w „Zdarzeniu”, czy w „1000 lat po Ziemi”. Jak udowadniają to „Wizyta” i „Split”,  to lokalność świata przedstawionego potęgująca także psychologiczną klaustrofobię u widzów i bohaterów, jest siłą napędową fabuł Shyamalana, o którym po jego pierwszych filmach mówiło się jako o następcy Hitchcocka.

Sęk w tym, że do dzisiaj styl opowiadania Alfreda Hitchcocka jest w zasadzie niepodrabialny, choć przecież często słyszymy o naśladowcach wielkiego reżysera i kolejnych filmach w jego stylu. Na niepodrabialność składają się i lata, w których Brytyjczyk tworzył swe najważniejsze dzieła,  i jego szczególna formalna wrażliwość, pozwalająca mu tworzyć z dostarczanych scenariuszy ich niepowtarzalne wariacje. Oprócz atrakcyjności samych fabuł, uderzał w nich przede wszystkim wizualnie przetworzony konglomerat psychologicznych współzależności bohaterów. Obsesje, traumy, lęki, słowem wszelkie gry ludzkiej podświadomości wżerały się w fabularne schematy nadając im drugie dno.

Następcy (czy raczej epigoni) reżysera, tworząc własne wariacje zbyt często popadali w wizualną dosłowność budowanych metafor – po prostu nikt tak jak sam Mistrz nie potrafił porozkładać wszystkich akcentów w ten jedyny, niepowtarzalny sposób. De Palma wielokrotnie próbował doścignąć Hitchcocka raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem, a zaskakująco dobre rezultaty osiągał, kiedy elementy hitchcockowskiego formalizmu udawało mu się wpleść w nie hitchcockowską fabułę (choćby w „Człowieku z blizną”). Gdy chciał być dokładnie taki jak Hitchcock, nie zawsze zdawało to egzamin.

Swoją indywidualną ścieżkę, korzystając z wielu wskazówek wielkiego reżysera znalazł Shyamalan – ścieżkę, która stała się dla niego rodzajem pułapki. A to dlatego, że wikłając się w oczekiwany przez widzów konstrukcyjny schemat (tajemnicza, niepokojąca fabuła plus końcowy twist), zaczął grać w grę typu jak przeskoczyć samego siebie. Tylko czy po jedynym w swoim rodzaju „Szóstym zmyśle” rzeczywiście mogło to się udać? Shyamalan próbował. „Niezniszczalnym” większość widzów wprawił w konsternację, proponując nietypowy, superbohaterski origin. „Znaki” były wielkim sukcesem kasowym, ale zbierały także negatywne opinie, dla wielu osób zawarte tam fabularne połączenia i metafory nie zadziałały odpowiednio. „Osada” coś w sobie miała, ale mówiło się, że tym razem reżyser z końcowym twistem przesadził. A potem, wraz z „Kobietą w błękitnej wodzie” zaczęła się równia pochyła. Shyamalan wyraźnie się pogubił.

W międzyczasie zdewaluowało się również określenie „film w stylu Hitchcocka”. W rezultacie, co drugi thriller psychologiczny miał szansę dostać taką łatkę, a inna złota zasada reżysera z początkowym trzęsieniem ziemi, po którym napięcie ma wciąż rosnąć, w rękach hollywoodzkich speców bardzo często stawała się karykaturą samej siebie. Porażki Shyamalana zaczęły oznaczać, że nazywanie go nowym Hitchcockiem tuż po „Szóstym zmyśle” i kolejnych filmach było zdecydowanie na wyrost. Czy jednak kiedykolwiek ktoś dogłębnie zastanowił się, czemu Shyamalan był tak określany? Konstrukcyjnie przecież przeciwdziałał zasadzie „trzęsienia ziemi”, następowało ono dopiero na końcu filmu. Poza tym tworzył w większości fabuły stricte fantastyczne, które nijak mają się do wielkich dzieł Mistrza. A zatem co pozwalało porównywać go z Hitchchockiem? Atmosfera niepokoju, nastrój tajemnicy? To już trochę bliżej, ale przecież wciąż zbyt ogólnie. Psychologiczne reperkusje wplatane w formalną wizję filmu?  Nie, psychologia u Shymalana jest zbyt płaska. Co zatem?

Nic innego, jak gatunkowe zabawy, które w rękach reżysera nabrały cech gatunkowej rozwiązłości, a nawet niech będzie, że dewiacji. „Szósty zmysł” po trochu był psychologicznym dramatem rodzinnym, po trochu horrorem, a w rezultacie okazał się być ghost story. Z kolei „Znaki” pod płaszczykiem tradycyjnej fantastyki o inwazji obcych okazywały się być pieśnią pochwalną transcendencji i rodzinnych wartości, a sami kosmici stanowili tu metaforę psychicznej rekonwalescencji głównego bohatera, próbującego radzić sobie z traumą. Tego rodzaju schemat – coś udające coś innego – znajdziemy też w pozostałych filmach.

To rodzaj – nawiązując nomen omen do fabuły „Split” – gatunkowego (ale i szerzej, bo także popkulturowego) rozdwojenia jaźni, które sprawia, że fabuły Shyamalana tak jak i fabuły Hitchcocka trafiają do widza na różnych poziomach percepcji, karmiąc jego różnorakie stany podświadomości. O tak, w tym zakresie Shyamalan jest prawowitym spadkobiercą Hitchcocka. Problemem jest, że dla wielu może zbyt dosłownym, czy niemal prostackim w budowaniu własnych metafor (kłania się konkluzja „Znaków”) i z pewnością nie tak finezyjnym i elastycznym we wszystkich twórczych aspektach. Reżyserem pragnącym za każdym razem stworzyć coś wyjątkowego, podczas gdy Hitchcock trzaskał swe arcydzieła jakby od niechcenia. Za to niewątpliwie jest filmowcem cholernie konsekwentnym w swym uporze, co doskonale widać na przykładzie dwóch ostatnich filmów Shyamalana.

„Wizyta” była zwiastunem powrotu do formy wyśmiewanego zewsząd reżysera. To połączenie mockumentary z found footage jest jedną z najlepszych fabuł w kręgu tych mocno eksploatowanych ostatnio filmowych formuł, być może nawet rodzajem ich artystycznego podsumowania. To przy okazji znakomicie działające połączenie komedii, horroru i thrillera w opowieści, w której jak to zazwyczaj miało miejsce u Hitchcocka, ktoś kogoś udaje, ktoś jest w pułapce, ale też ktoś jest po prostu ciekawski. Rzecz w tym, żeby ciekawskim uczynić również samego widza – i to w przypadku „Wizyty” udało się Shyamalanowi ponownie osiągnąć. Najlepiej jest traktować  ów film jako wprawkę przed „Split”, dzięki któremu reżyser na dobre wrócił do hollywoodzkiej gry.

Shymalan wymyślił fabułę, która sama z siebie jest popkulturowym samograjem. Tradycja bohaterów cierpiących na rozdwojenie jaźni jest przecież przebogata i zazwyczaj gwarantuje duże zainteresowanie odbiorców. „Dr Jekyll i pan Hyde”, „Psychoza”, „Fight Club” – każdy z wymienionych tytułów to dzieła uznane, prezentujące przy tym różne warianty wizji człowieka, w którym ścierają się sprzeczne siły. Mogą być one typową, choć atrakcyjnie opakowaną metaforą owych walczących ze sobą przeciwieństw, mogą być pokłosiem traumy, albo mogą być po prostu pięknym kłamstwem, którym bohater karmi sam siebie i obserwującego jego perypetie widza. W pewnym sensie w „Split” Shyamalan wrzucił do jednego worka wszystkie te opcje, po czym podkręcił je do maksimum. Bowiem bohater grany przez chwalonego zewsząd za tę rolę Jamesa McAvoya, ukrywa wewnątrz swej głowy aż dwadzieścia trzy osobowości (co wcale nie jest czymś aż tak niezwykłym – wiedzą o tym dobrze czytelnicy znakomitej książki Daniela Keyesa, „Człowiek o 24 twarzach”).

Sam bohater to jednak za mało. Film zaczyna się tym razem od postulowanego przez Hitchcocka trzęsienia ziemi, czyli porwania trzech nastolatek. Nie ma tu typowej choćby dla kingowskich fabuł długiej ekspozycji, żadnego budowania podwalin, z miejsca jesteśmy wciągnięci w intrygujący, podążający w zaskakującym kierunku thriller. Przez długi czas nie wiemy, dlaczego główny bohater – nazwijmy go Kevin, bo tak ma na imię macierzysta osobowość bohatera – porwał dziewczyny. Czy dlatego, że jest po prostu szalony? Cóż, to nie takie proste. W oczach zajmującej się jego przypadkiem, starszej wiekiem psycholożki (świetna rola Betty Buckley ), Kevin bardziej niż szalony i  chory, jest fascynujący. Jeśli pamiętacie fabułę „Lucy” Bessona i wykorzystany tam patent na pełne procentowe wykorzystanie możliwości ludzkiego mózgu – to właśnie w tę stronę podąża fabuła „Split”.

Shyamalan wymyślił sobie bowiem, że to co dla nas wygląda na ewidentny problem i pokłosie traumy (co zresztą podkreślone jest w jednej, znaczącej scenie), dla bohatera okazuje się rodzajem może nie tyle błogosławieństwa, co ewolucyjnej transformacji. Nie sposób tu nie wspomnieć o postaci Czerwonego Smoka z serii o Hannibalu Lecterze, do której „Split” w tym aspekcie wyraźnie nawiązuje. Shyamalan robi jednak z tym pomysłem coś, na co chyba żaden poważany reżyser by się nie zdecydował, mając w ręku materiał na popkulturowe arcydzieło. Bowiem zwrot fabularny – czyli ujawnienie zapowiadanej przez pozostałe osobowości Kevina jeszcze jednej, dwudziestej czwartej jaźni, przenosi gatunkowy ciężar „Split” z thrillera na fantastykę. I to w końcowym efekcie bynajmniej nie na spodziewany w wyniku gatunkowego twistu horror.

A mogło być tak pięknie – pomyślało zapewne wielu krytyków. Wystarczyło uciec od dosłowności przemiany – zwłaszcza że reżyser dysponował fabularnie równorzędną dla Kevina bohaterką w postaci intrygującej swym niestandardowym zachowaniem Casey (jedna z porwanych dziewcząt). Dlaczego  Kevin naprawdę musiał przemienić się w niemal biblijnym stylu w zapowiadaną Bestię, czy nie mogła być to jedynie projekcja doświadczonej podobną traumą dziewczyny  (dla porządku nadmieńmy, że w tej roli również świetnie dająca sobie radę, znana z „The Witch” Anna Taylor-Joy)?

Shyamalan miał wszystko, żeby zrobić ze „Split” odpowiednik „Dziecka Rosemary” (bądź innych, nieoczywistych dzieł Polańskiego) lub „Fight Clubu”. Mógł postawić na niejednoznaczność i czytelną metaforykę wykoncypowanej fabuły – co przez cały czas trwania seansu, dzięki iście komediowemu zacięciu McAvoya, dzięki formalnym zabiegom na czele ze wzmagająca emocje ścieżką dźwiękową i często zaskakującą pracą kamery, wychodziło mu znakomicie. W niezłym stylu pożeglował po obszarach atrakcyjnej filmowo psychologii, podkręcając ją gatunkowymi wyskokami (czasem idąc w stronę parodii, czasem w stronę dokonań wspomnianego wyżej Romana Polańskiego). Shyamalan to wszystko odrzucił. Zamiast tego, dał nam wzięty z superbohaterskich historii tzw. origin. W przypadku „Split” mamy jednak do czynienia nie z  genezą superbohatera, tylko  łotra. Jak wyszło na jaw w ostatnich sekundach filmu, genezą umiejscowioną w uniwersum z wcześniejszego filmu Shyamalana, w świecie „Niezniszczalnego”.

Na tym polegał twist, który u Shyamalana czasami bywa tylko fabularny, ale szczególnie dobrze sprawdza się w połączeniu z twistem gatunkowym. Najpierw fantasmagoryczna wydawałoby się Bestia okazała się być nad wyraz realna i posiadająca nadludzkie przymioty, a potem wyszło na jaw, że to wszystko być może stanowi przedśpiew nadchodzącego filmowego pojedynku miedzy Brucem Willisem i Jamesem McAvoyem. Shyamalan poświęcił zatem świetny, filmowy materiał na rzecz przyszłej ( i być może takiej, która wcale się nie ziści)  superbohaterskiej wariacji. Rzeczywiście, trzeba być wariatem, aby na coś takiego się porwać. Zamiast arcydzieła stworzyć coś, o czym nikt inny chyba by nawet nie pomyślał. To jest…

… po prostu piękne. To jeden z najlepszych, najbardziej oryginalnych (i w jakimś stopniu inspirowanych twórczością Hitchcocka) filmowych zwrotów, jakie zaoferowało kino XXI wieku. Cholernie odważne postawienie sprawy, w jakimś stopniu aroganckie, mające punkowo-rewolucyjny posmak,  a przy tym pokazujące coraz bardziej nudnemu, filmowemu Marvelovi i DC, jak wspaniale można bawić się tymi klockami.

Nie wszystkich takie rozwiązanie przekona, nie do wszystkich trafi, u niektórych pewnie wywoła konsternację. Dla wielu widzów „Split” pozostanie przede wszystkim bardzo fajnym thrillerem z nieprzekonującą końcówką. A prawda jest taka, że „Split” jest po prostu gatunkową dewiacją, która powinna spodobać się wszystkim popkulturowym dewiantom oczekującym od twórców czegoś więcej niż bezustannego powielania schematów, najczęściej przykrywanych zajefajnymi one-linerami i widowiskową stroną filmów. W rzeczy samej – Shyamalan stworzył właśnie widowisko, jego film spełnia wszystkie definicyjne jego wymogi.

„Split” daje całemu dzisiejszemu kinu superbohaterskiemu solidnego kopniaka, pokazując jak można robić filmy tego gatunku. Nie siedząc w Marvelu, nie robiąc dla DC, Shyamalan udowodnił, że jest specem od originów, nikogo nawet nie informując, na co miał zamiar porwać się w tym przypadku. Czapki z głów panie reżyserze – nie trzeba być Hitchcockiem, trzeba po prostu odważnie robić swoje, trzeba umieć podnieść się po porażce. Shyamalan udowodnił, że po prostu znakomicie czuje popkulturę, która w odpowiednich rękach staje się nagle wyjątkowo elastycznym materiałem. Może nie jest tak wielki jak Hitchcock, Polański lub Tarantino ale jego film jest wyrazem szczególnego rodzaju miłości do sztuki popularnej. To miłość na wskroś dewiacyjna, lecz czyż nie z takiej właśnie jej odmiany czerpiemy niekiedy najwięcej przyjemności?

Kategorie
większe kawałki
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz