museudacomunicacao.rs.gov.br
większe kawałki

Sergio Leone – mistrz popkultury mimo woli

W tym roku minęła okrągła, osiemdziesiąta piąta rocznica jego urodzin, a także dwudziesta piąta śmierci. Kim był Sergio Leone i dlaczego odcinał się od amerykańskiej kultury?

Mało który reżyser odcisnął tak gigantyczne piętno na popkulturze, jak Włoch odpowiedzialny za „Dolarową Trylogię”. Sergio Leone już dawno przeszedł w stan wiecznego spoczynku. Jego dzieła żyją jednak w naszej wyobraźni – zarówno jako wznawiane oryginały – jak premierowe wydanie „Dawno Temu w Ameryce” na blu-ray – czy wielokrotne przetwarzane nawiązania, odniesienia i hołdy. Co ciekawe, twórca wcale tego nie chciał.

Przede wszystkim, wraz innymi wielkimi reżyserami wprowadził kino w nową erę. Drogę do wielkości przebył w iście Hollywoodzkim stylu, pełnym przypadków i cudownych zrządzeń losu. Ten człowiek praktycznie urodził się z piętnem reżysera. Ojciec, Vincenzo Leone kręcił filmy nieme, a matka, EdvigeValcarenghi, zajmowała się aktorstwem. Oczywiście, jak na dobrego i typowego tatę przystało – Vicenzo marzył o innej przyszłości dla syna. Jakiś prawnik (to jedno jest potwierdzone), lekarz, strażak, murarz… Sergio się jednak uparł i poszedł w ślady reszty rodziny. Nim stanął za kamerą, asystował przy blisko pięćdziesięciu filmach wyprodukowanych we Włoszech i za Wielką Wodą. O pierwszym dziele Leone – dosyć ciepło przyjętym „Kolosie z Rodos” – mało kto dziś pamięta.

Przełomowym rokiem okazał się 1964 – do kin weszło „Za garść dolarów”, opowieść o „Człowieku Bez Imienia”. I wtedy się zaczęło. Leone po raz pierwszy zetknął się z reakcją, która miała towarzyszyć każdemu kolejnemu dziełu. Krytycy cmokali, nadymali się, zbywali chłodnym milczeniem a w najlepszym razie dawkowali komplementy w aptekarskich ilościach. Tymczasem widzowie pokochali „Za garść dolarów” miłością szczerą, trwałą i niesłabnącą do dziś.

Sergio Leone nie tylko staranował barykadę stawianą przed spaghetti westernami. Nie tylko wypromował Clinta Eastwooda, który okazał się równie dobrym aktorem, co reżyserem, (a jego wizerunek utrwalony na koszulce poprawia samoocenę małolatów cierpiących na niedobór testosteronu). Przede wszystkim zaproponował nieco inny sposób opowiadania o Dzikim Zachodzie. Jako Włoch mógł traktować amerykańskie mity z dystansem i ironią.

Wszystkich tych pionierów, kowbojów, dzielnych żołnierzy i podłych bandytów zrównał w bezwzględności, chciwości i drapieżności. Sprowadził do parteru, na bruk rzeczywistości. Dobry nie był dobry, Zły nie był do końca zły, a Brzydki miewał swoje piękne momenty. Wszystkich stać było zarówno na ludzkie odruchy, jak i największe podłości. Ot, codzienna szarość. Ale jak pięknie opowiedziana, jak pokazana!

Czarny humor, gorzka ironia, dosadna przemoc i podła whisky. Niesamowite ujęcia, panoramiczne kadry krajobrazów i zbliżenia na oczy do dziś karmią technikę operatorską. No i muzyka, nieśmiertelna muzyka Ennio Morricone, towarzysząca wszystkim tym opowieściom. Nie tylko westernom  (trylogia, „Garści dynamitu”, „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”) ale też „Dawno temu w Ameryce”. Niemniej, to właśnie przypominający wycie kojotów motyw z „Dobry, zły i brzydki” zapada najgłębiej w pamięć.

W ostatniej części Dolarowej Trylogii zakwestionował sens wojny secesyjnej i konfliktów jako takich. Również „Dawno temu w Ameryce” wyrażało zawód Stanami Zjednoczonymi. Nic dziwnego, że amerykańska krytyka uznała te historie za słabe. Ciężko przełknąć fabułę uderzającą w jedną z narodowych świętości.

Niechęć recenzentów to jednak coś, z czym wielu twórców nauczyło się żyć. Leone też sobie poradził. Tym, co zmieniło niechęć w pogardę do popkultury, był przypadek „Dawno temu w Ameryce”. Amerykańscy producenci w obawie, że przeciętny popcornojad nie ogarnie tak wielkiego filmu, zmusili reżysera do wycięcia ponad jednej trzeciej materiału i przemontowania tego, co zostało. I to mimo, że wcześniej, w Cannes pokazywano wersję pełną, trwającą ponad trzy i pół godziny. To musiało boleć, zwłaszcza, że dosyć nieśpieszna narracja i przeciągnięte, wysmakowane ujęcia były jedną z podstawowych metod twórczych Leone. Może i nabijały czas, ale też w niepojęty sposób budowały napięcie historii.

Po producentach następni w kolejce do pastwienia się w kolejce byli oczywiście krytycy. Gangsterska epopeja została zmiażdżona jak wrak na wysypisku. Gdy jednak recenzenci zobaczyli nieokrojone wydanie, jednogłośnie krzyknęli: „arcydzieło!”.

Niektórych reżyserów określa się poprzez wpływy i nawiązania, jakie można wyłapać z ich filmów. I rzeczywiście, w produkcjach Włocha widać wpływy tradycyjnych westernów, neorealizmu i filmów Kurosawy. Z japońskim reżyserem to zresztą zabawna sprawa. Dopiero co opuszczający mury liceum znawcy kinematografii wypominają, że „Za garść dolarów” przeniosło na Zachodni grunt motywy z „Yojimbo”. Kurosawa gotów był iść na noże, ale Leone wytknął, że łudząco podobny motyw samotnego mściciela walczącego z dwoma gangami pojawił się już w powieści Dashiela Hammeta, „Krwawe żniwo”. Sprawa jakoś przycichła.

Wielkość i ponadczasowość Leone wyraża się jednak przede wszystkim w ilości inspiracji, które dostarczył popkulturze. Przy tym jego dzieła wciąż pozostają świeże i wcale się nie zestarzały. Egzystują obok tego, co natchnęły.

A jest to naprawdę wybuchowa mieszanka.

Wśród fanów Leone znaleźć można takich tuzów współczesnego kina, jak Quentin Tarantino. „DjangoUnchained” to czołobitny hołd dla poetyki spaghetti westernów. Brutalni, zepsuci bohaterowie, wszechobecna przemoc i wisielczy humor reżyser zamyka w długich, przeciągniętych ujęciach, które nieodparcie kojarzą się z przygodami samotnego rewolwerowca o twarzy Clinta Eastwooda. Zresztą, twórca „Pulp Fiction” już wcześniej z lubością bawił się zagrywkami Leone – na przykład w scenie otwierającej „Bękarty wojny”. Spaghetti westerny naśladował też w „Kill Billu”. „Django” stanowiło tylko ukoronowanie tej fascynacji. Przyjaciel Tarantino, Robert Rodriguez zbudował na tym samym swój cykl o El Mariachi.

Magię i myśl spaghetti westernów próbował przenieść też na współczesny grunt Gore Verbinski, twórca „Piratów z Karaibów”. W trzeciej części przygód Jacka Sparrowa z upodobaniem wykorzystywał motywy z filmów Leone. Sekwencja na wyspie, podczas której piraci negocjują z przedstawicielem Kompanii Wschodnioindyjskiej to praktycznie western wrzucony do konwencji Pirackiej. W swoich następnych produkcjach Verbinski idzie jednak dalej. Zarówno „Rango” jak i „Jeździec znikąd” dzielą z „Dolarową trylogią” zawód amerykańską kulturą. Pod opowieściami o trwających, upadających i powstających legendach Dzikiego Zachodu kryje się głębokie rozczarowanie historią Stanów i ofiarami, jakie trzeba było ponieść w celu zbudowania „lepszego jutra”.

Z kolei Sam Peckinpah przyznał, że nie wyprodukowałby „Dzikiej bandy” bez znajomości dzieł włoskiego reżysera.

Leone praktycznie stworzył gwiazdę, która błyszczy do dziś. Clint Eastwood już dawno odszedł od wizerunku bezwzględnego rewolwerowca, ale zbudował na nim karierę i eksploatował jeszcze we własnych filmach, „Mścicielu” i „Niesamowitym Jeźdźcu”. Kropkę nad „i” w westernowym rozdziale Eastwooda stanowiło oscarowe „Bez przebaczenia”, które zresztą zadedykował Włochowi.

Wpływ filmów Sergio Leone sięga jednak daleko poza kinematografię. Już dawno dotarł do literatury czy komiksów. Nawet Deadpool miał swojego „Dobrego, złego i brzydkiego” w najnowszym runie Briana Posehna – razem z Wolverinem i Kapitanem Ameryką. Medium, w którym spuścizna Leone rozgościła się z całą swoją przestrzenią i brudną mitologią okazały się gry komputerowe. „Red Dead Redemption” od Rockstar czy polski cykl „Call of Juarez” to praktycznie stare, dobre spaghetti westerny w nowej oprawie. Dużo większe i bardziej pojemne, ale nie odchodzą daleko od pierwowzorów. Traktują o zniszczonych, twardych ludziach, przemierzających amerykański step w poszukiwaniu śmierci, odkupienia lub skarbów. Z konwencji pełnymi garściami czerpie też Hideo Kojima, twórca serii „Metal Gear Solid”, skradanek z filmową fabułą. W najmniej hermetycznej, trzeciej części cyklu, „Snake Eater”, miesza radosne, bondowskie szpiegostwo zimnej wojny ze spaghetti westernem. Masa ujęć zaczerpniętych z obrazów Włocha i zimni, zdradzieccy bohaterowie to jedno – ale w pewnym momencie bierzemy udział w pojedynku rewolwerowców.

Z kolei muzyka Morricone, która napędza klimat filmów Leone żyje własnym życiem. Doczekała się mnóstwa przeróbek, podróbek i trawestacji. Nawet współczesny mistrz patosu i powtarzalności, Hans Zimmer, wykorzystał parę razy motywy, które pasowałyby do „Dolarowej trylogii”.

Lista jeszcze się nie wyczerpała –  jeśli to w ogóle możliwe. Prawdopodobnie jeszcze nie raz i nie dwa będziemy mieli okazję powiedzieć: „Ha! Widziałem to wcześniej w filmach Leone!”.

Nawet, jeśli sam reżyser tego nie chciał.

Kategorie
większe kawałki
Hubert Sosnowski

Miłośnik popkultury pod każdą postacią – literacką, muzyczną, filmową, komiksową, grową, serialową. Publikował w „Science Fiction Fantasy i Horror”, „LiteRacjach”, „Playboyu” oraz w portalach internetowych – GRY-Online, Kawernie, Szortalu, Onecie. Od 2014 regularnie pisuje do Dzikiej Bandy. Człowiek sympatyczny, acz nękają go napady wyjątkowo czarnego humoru.

Dodaj komentarz